LiN – Niejasność, która śni się po nocach

Po rozmowie z liderem LiN, Bartoszem „Niedźwiedziem” Matuszewskim, zacząłem zastanawiać się, czy facet ma w ogóle czas na normalne życie. Gra w kilku zespołach, ciągle pisze nową muzykę, wydaje ją, rozkręca klub muzyczny, a w przerwach na lunch medytuje z buddyjskimi mnichami. Prawdę mówiąc, dopiero po tym wywiadzie zacząłem postrzegać „Rad” nie jako bardzo sentymentalną ucieczkę do niedzisiejszych już inspiracji, ale jako album, który nie tyle jest światem wykreowanym przez twórcę, co po prostu jego światem – zakręconym, nieco dziwnym, ale też chyba takim, którego nie chce się zmieniać.  

W swojej recenzji zauważyłem, że mimo, że „Rad” to wyraźnie tripowa płyta, duży nacisk położyłeś też na piosenki, po prostu. Jak duże znaczenie ma dla ciebie właśnie zwykła piosenka?

Piosenki są początkiem mojej muzycznej drogi. Ponad 20 lat temu liczył się tylko tekst, przesłanie i energia. Na początku nie słyszałem nawet pewnych pasm dźwięków. Przez lata to się mocno odwróciło, ale dalej lubię pisać piosenkiLiN_Krol_Fot_Adamski_(29) i ich słuchać.

Domyślam się, że teksty utworów również mają dla ciebie istotne znaczenie?

Tak, bardzo. Staram się mieć też do tekstu dystans, ale czasem jakaś słowna niewyrazistość, niejasność, śni mi się po nocach.

To, o czym mówisz, widoczne jest w twoich tekstach – z reguły są dosyć oszczędne i pełne dość nieoczywistych metafor. Przyznam szczerze, że interpretacja liryk nie należy też do szczególnie łatwych, jednak zdaje się za nimi kryć pewien koncept.

Możliwe. Zawsze wykręcam się z tłumaczenia tekstów anegdotą o Lechu Janerce, który odpowiada na wszystkie teksty fanów i opowiada historie do momentu, aż ktoś zapyta co to jest ta „ryba-lufa” lub coś innego. Wtedy milknie i mówi.. „Tak, tak, Wy macie rację”. Mogę zdradzić, że jest pewien koncept. Poza muzyką interesuje mnie bardzo tzw. duchowość, jakkolwiek źle można zinterpretować to słowo. Mam chyba dość ułożone przemyślenia na ten temat. Fascynują mnie podobieństwa wielu kultur z kręgu pozachrześcijańskiego. Nie chcę jednak słuchaczom nic wrzucać do głowy. Niech każdy myśli i szuka, jeżeli czuje, że tego potrzebuje.

Masz na myśli podobieństwa pomiędzy poszczególnymi religiami, kultami?

Tak. Podobieństwa w postrzeganiu pewnych procesów. Słyszałeś, że ustawienia Berta Hellingera pochodzą z kultury Zulusów? Brzmi to dość abstrakcyjnie, ale jest to dziś popularna terapia. Moi koledzy regularnie robią sobie obrzęd Kambo. Jeden przyjaciel opowiadał mi o eksperymentach na umierających ludziach w szpitalach na Zachodzie. Pod sufitem zostawia się obrazki, które można zobaczyć tylko, jeżeli faktycznie uniesiemy się ponad swoje ciało. Podobno sporo odratowanych ludzi je widziało. W książce „The Heart`s Code” można przeczytać o raczej przemilczanych w naszej kulturze następstwach transplantacji organów. Sam brałem udział w Poła, tygodniowym kursie świadomego umierania. Byłem też między innymi na inicjacji Dukar z tybetańskim Lamą Szierabem Dzialtsenem Rimpocze. Wspominam to często. Było lato i nagle pojawiła się mocna lokalna burza. Stary Lama dzwoniąc dzwonkiem i uderzając w bębenek, powtarzał mantry i uśmiechał się serdecznie na grzmot każdego pioruna. Klimatu tej chwili nigdy nie zapomnę.  Zawsze się zastanawiam, zagłębiając się w ten temat w publicznych rozmowach, czy jesteśmy jako ludzkość gotowi by zadać sobie kilka trudnych pytań. Mało dalej o sobie wiemy i udajemy, że jest nam to niepotrzebne. Ale to temat może na inną rozmowę…

Niejasność, która śni się po nocach

Niejasność, która śni się po nocach

Innymi słowy ważniejsze jest, co ktoś wyciągnie z tych tekstów niż to, co sam masz do przekazania?

Może bardziej pozostawiam to szczęściu. Czasem ludzie się rozumieją bez słów, czasem nie pomagają dyskusje do rana. Możliwe, że właśnie dlatego moje teksty są coraz krótsze i mają coraz mniej zwrotek (śmiech).

Niemniej nie mogę ci odpuścić jednej rzeczy – słuchając „Rad” mam wrażenie, że jest to – pomimo dużej swobody tych dźwięków – krążek pełen tęsknoty.

Dużo różnych emocji się w niej kryje. Owszem, jest i tęsknota. Ta płyta dużo mnie kosztowała emocji i energii. Bardzo możliwe, że tęsknota, którą w tej muzyce zauważasz, to po prostu typowa gorzowska melancholia, charakterystyczna dla muzyków z tej szerokości geograficznej (śmiech). W zasadzie dałem się namówić do nagrania tej płyty w dziwnej sytuacji. Błażej Król zapytał, czy nie zrobię w końcu coś sam, a nie z zespołami i jednocześnie Mateusz Rosiński zachęcił mnie do pracy z komputerem, której unikałem jak ognia, bo lubię salę prób i zespołowe granie. Potem kilka razy zmieniałem koncepcję. Najpierw miał być to solowy projekt. Potem, jak zaczęło mi się podobać to, co się urodziło, zacząłem myśleć, by zrealizować to w ramach swojego starego zespołu anTeny. Okazało się to niemożliwe z różnych powodów. Zagrałem pierwszy koncert solo i zrozumiałem, że to musi być zespół, że nie znoszę martwych loopów na scenie. Wtedy trochę niespodziewanie zaproponował mi współpracę Łukasz Machała z Siły i pojawił się też Tomek Korytowski. Staliśmy się zespołem w dwa tygodnie. Elektronika nabrała dynamiki dzięki żywej perkusji i dwóm gitarom. N zamieniło się LiN. Ale po drodze było jeszcze dużo innych przygód.

Czy można mówić o czymś na kształt gorzowskiej sceny? Z tego, co wiem, jesteś związany z klubem Magnetoffon – może to gdzieś wokół tego miejsca tworzy się muzyczny ferment?

Gorzowska scena była przez niektórych zauważona w czasach swojej największej aktywności… około sześć i więcej lat temu. Koncentrowała się wokół klubu Magnat. Większość osób ją tworzących jest dalej aktywna muzycznie i jest kilka nowych ciekawych postaci. Jeżeli chodzi o Magnetoffon… to dopiero się rozkręcamy.

Czy Magnetoffon jest w pewnym sensie spadkobiercą Magnata?

Był chwilę taki plan. Potem stwierdziliśmy, że nie będziemy odcinać kuponów i jechać na sentymencie. Tworzymy nowe miejsce.

Z tego co się orientuję, „Rad” miał ukazać się nieco wcześniej. Czym spowodowane było odwlekanie premiery?

Tak. Kiedyś to opiszę w książce. To była bardzo dziwna sytuacja. Straciliśmy przez to chyba osiem miesięcy i dużo nerwów. Potem zdecydowaliśmy się ratować akcją na Polakpotrafi.pl. Chyba nawet wyszło z tego coś dobrego… Założyłem dzięki temu wydawnictwo Czarna Korona. Właśnie dostałem od miasta Gorzów stypendium na wydanie kolejnej płyty. Jest szansa, że uda się wypromować kilka lokalnych ciekawostek.LiN_Krol_Fot_Adamski_(3)

Można zatem powiedzieć, że wydawca tak naprawdę nie był wam potrzebny. Czyżby znak czasów?

Wiesz… To teraz dość proste. Przynajmniej jak patrzę na to, co mam za sobą. Ale wolałbym się jednak tym nie zajmować. W kolejce na wydanie czekają dwa inne moje muzyczne projekty (jak ja nie znoszę tego słowa), pracuję też nad kolejną płytą LiN.

Czyli kariera wydawcy nie jest chyba dla ciebie?

Chyba jestem na to skazany wbrew woli, bo jakoś mi się to samo układa. Trochę tak właśnie jest z klubem i wydawnictwem. Cieszę się, że są to rzeczy, które są związane z muzyką. Może to kolejny znak czasów. W takim mieście jak Gorzów, które jest notorycznie opuszczane przez najbardziej interesujące postacie, ci, którzy zostają, muszą robić więcej. Nie narzekam na brak zajęć.

Wspominałeś o nowej płycie LiN – faktycznie nie próżnujesz. Zapewne na następcę „Rad” nie będziemy musieli czekać zbyt długo?

Nie chcę się spieszyć, bo czas sprzyja dojrzewaniu muzyki, ale to idzie do przodu.

Nie mogę nie zapytać o inne twoje projekty. Ze strony anTen chyba już nie możemy liczyć na kolejne ruchy, ale sam wspominałeś, że pracujesz nad paroma innymi rzeczami.

Zjarany Pies Kory to trochę zappowski pastisz i muzyka lekkich obyczajów. Wrzucam tam wszystko, co nie przystoi rozsądnym ludziom. Kiedyś robiłem wszystko w ramach jednego zespołu anTeny. możliwe, że właśnie przez to był on niezrozumiały stylowo dla słuchaczy i zbyt dziwny. Progres sąsiadował z disco i z funkiem, a poezja śpiewana z indie rockiem, jazzem i elektroniką. Staram się rozdzielać dzisiaj to, co wychodzi mi z głowy. Od lat zdaję sobie sprawę, że jestem muzycznym freakiem trudnym w odbiorze i od jakiegoś czasu szukam zgody ze słuchaczem i dla jego dobra rozdzielam pewne rzeczy. Kolejnym projektem jest Nie Nein Niet (dawniej N.). Jest to muzyka gitarowo-eksperymentalna. Pierwszą płytę „Rok Koguta” wydał mi gorzowski Dym Records. Aktualnie pracuję nad drugą. Co do anTen to może jeszcze przyjdzie na nie czas. Nie zawieszam ich. Raz na pół roku spotykamy się na piwo i koncert. Niestety, część składu podróżuje po świecie.

Czy ze strony LiN możemy liczyć na większą aktywność sceniczną?

Bardzo chcę grać koncerty. Myślę, że zaczniemy podróżować jak zrobi się cieplej. Rozmawiam z kilkoma klubami.

Rozmawiał Michał Fryga

Zdjęcia: Daniel Adamski