KRÓLESTWO – Szukanie nowego klucza

Impro w czasach apokalipsy, czyli Królestwo na kwarantannie. Kiedy ostatnio rozmawiałem z zespołem, chwalili się „Ćwiczeniami repetytywnymi”, dzisiaj wraz z  „Antracytem” (warto wspomnieć jeszcze o eksperymentalnym „Słuchowisku”) są w nieco innym miejscu i nie mam tylko na myśli siedzenia w domu. Nowy materiał, choć nadal jest w nim cała masa improwizacji, zdecydowanie bardziej niż w stronę jazzu, spogląda w mroczniejsze rejony, jeszcze bardziej stawia na trans, ale mierzy się też z krótszymi, bardziej hałaśliwymi formami. Czy to profilaktyczne otwieranie dodatkowych furtek i szukanie wyjścia ze ślepego zaułka? Absolutnie nie, co udowadniają wariacje na temat utworu tytułowego, ale tu odsyłam do recenzji. Jeśli chcecie poznać punkt widzenia samego zespołu na zmiany – w świecie i w swojej muzyce – zapraszam do poniższego wywiadu. W dyskusji udział wzięli gitarzysta, który nie chce już grać na gitarze, czyli Max Białystok (M), oraz basista Sebastian Goertz, szerzej znany jako Stefan (S). Może coś się wyjaśni, bo sztuka lubi kwitnąć w ciężkich czasach…

Wywiad, który miał dotyczyć tylko muzyki, bo przecież jest nowa płyta, musimy rozpocząć od innej kwestii, która zdominowała w 200% wszystkie łącza, nieprawdaż?

M: Nie da się inaczej…

Pytanie, które nasuwa się samo przez się brzmi: czy świat po wszystkim faktycznie będzie inny?

M: Były już kryzysy różnej natury, ale od czasów stanu wojennego na pewno nie było tak odczuwalnej zmiany w tak krótkim czasie i w tak globalnej perspektywie…

To prawda, nie było. Jest to też ciekawy moment na obserwacje socjologiczne. Zanim skupimy się na naszej branży chodzi o to, co dzieje się w świecie, w polityce. Są głosy, że może to jakiś przedsionek apokalipsy…

M: Będzie inaczej jak po każdej tego typu, radykalnej historii. Wypłyną pewne pozytywy, ale na początek czeka nas kolejny kryzys ekonomiczny. Mam swoje przemyślenia, ale wolę wypowiadać się na tematy, o których mam jakieś pojęcie. Od wieszczenia mam wszakże całe zastępy mądrych głów, jak widać w Internecie.

No tak, ale mamy sytuację, która uderzy w naszą branżę. I która też się zmienia. Ewoluuje i tu upatruję szansę dla nas wszystkich. Myślicie, że ta sytuacja nas, muzyków, dziennikarzy itp. skonsoliduje? Zjednoczy?

S: Moim zdaniem, w tej płaszczyźnie nie tyle następują zmiany, co uwypuklenie pewnych cech. Polska scena niezależna od dawna funkcjonuje trochę jak taka mocno specyficzna rodzina i w tej sytuacji widać różne próby wspólnego przebrnięcia przez ten trudny, pozbawiony koncertów okres – od transmisji/retransmisji online po zbiórki pieniędzy i pewnie pierdylion innych akcji, o których jeszcze nie mam pojęcia. Myślę za to, że tam gdzie te podziały już wyjściowo były, sytuacja się pogłębi, kiedy każdy będzie ratować sam siebie.

M: Sztuka lubi kwitnąć w ciężkich czasach. W Polsce dzieje się to już od paru lat jak widać (jedyny pozytyw z PISu he he). Środowisko na pewno się skonsoliduje bo od dawien dawna działa z powołania a nie z chęci zysku. Muzyka niezależna nigdy nie miała łatwej drogi; generowała się dzięki zdrowej sile twórczej i egzystowała dzięki sile wspólnoty. O niezal nie musimy się martwić. Gorzej będzie tam gdzie muzyka to już nie hobby a praca.Królestwo fot. P. Jóźwiak

No właśnie – praca. Czyli kasa. O pieniądzach bardzo dużo mówi się w kontekście sceny. Od komedii, czyli np. zjebów Skiby pod adresem spasionych gwiazdek, co jęczą, że zbiednieją, przez prawdziwe dramaty, czyli niezależne kluby, centra, które tego czasu mogą nie przeżyć, po samo dno, czyli jakikolwiek brak reakcji ministra kultury (edit – reakcja była, ale to temat na inną komedię). Jak zapatrujecie się na np. ew pomoc dla środowiska niezależnego?

M: Na ludzi pokroju pan S i menistra kłęltury (zachowajmy pisownię…) opuśćmy od razu zasłonę milczenia. Pewne priorytety okażą się ważniejsze, więc co do budżetów na kulturę, które w czasie boomu były i tak żenujące, to nie liczył bym na wiele także w okresie kryzysu.

Ok, było o złych czasach, więc pytanie: czy takie czasy, to co się dzieje, może być w jakimś sensie kreatywne?

M: Coś tam sobie dłubię muzycznie od 17 roku życia a dożyłem już sędziwego wieku. Wiele się zdarzyło w międzyczasie, więc to, czy było lepiej czy gorzej, nie miało na moją twórczość większego wpływu. Trudniej być kreatywnym gdy człowiek nie może zbytnio zejść z tej karuzeli codzienności i pochylić się nad tym co mu się w głowie roi. Tu jest większa trudność. To nasze zabieganie, praca, dzieci, związki… Ciężko wyciąć z tego tortu czas na takie zbytki jak muzyka, która raczej nie jest rozrywkowa.

S: Ostatnie wydarzenia dosyć mocno rozregulowały nasz rytm grania prób i tworzenia, szczególnie, że z uwagi na wykonywany przeze mnie zawód dość asekuracyjnie oszczędzam ryzyka wszystkim z otoczenia. Wszyscy u nas zdrowi, ale jednak izolacja jest, a to wymusza zupełnie inne podejście do muzyki. Cały nasz materiał powstaje głównie w oparciu o to co razem wyimprowizujemy i skomunikujemy między sobą, a teraz nagle okazuje się, że każdy ma przymusowo czas na pracę indywidualną. Nie spodziewam się, żeby po powrocie do grania nastąpiło narzucenie czyjejkolwiek indywidualnej wizji, ale może każdy trochę dopieści technikę albo pomysł na siebie. W ostatnich miesiącach mieliśmy plany, żeby pójść z graniem w nieco innym kierunku niż dotychczas, zmienić częściowo instrumenty i może delikatnie poszerzyć skład (teraz chociażby dostajemy korespondencyjnie trochę syntezatorowych nagrań do potestowania czy to zażre…).

Zanim przejdziemy do nowości, może coś sprzed epidemii: po nagraniu „Ćwiczeń…”, które ujrzały światło dzienne w czasie rozkwitu sceny impro, wydarzyło się coś godnego uwagi? Pytam, bo od jakiegoś dłuższego czasu panowała wokół was cisza. Myślałem wręcz, że polegliście…

S: Mimo, że repetytywność jest naszym standardem, to po jednym sezonie z „Ćwiczeniami” szybko odczuliśmy potrzebę nowych bodźców i zaczęliśmy myśleć o nowym materiale, takim który wciąż byłby „nasz” z charakteru, ale jednak inny niż Ćwiczenia. Tytułowy „Antracyt” zaczął powstawać bodajże po 2-3 spotkaniach kombinowania, ale zmieniał się praktycznie do samego nagrywania płyty. Ogólnie materiał sam w sobie okazał się dość czasochłonny tym razem, szczególnie, że dużo szkiców kawałków odrzuciliśmy, ale najwięcej czasu pożarły chyba jednak wątki poboczne. Materiał nagraliśmy ponad rok temu, a dopiero niedawno udało się wszystko dopiąć.

M: Trochę nam zeszło, ale nie spaliśmy. Próby robimy regularnie 1-2 razy w tygodniu nie przerwanie od początku zespołu więc ruch cały czas jest. Zaraz po Ćwiczeniach nagraliśmy „Słuchowisko”, które jak sobie zaplanowaliśmy było kompletnie eksperymentalnym wydawnictwem. Płyta przeszła kompletnie bez echa, ale ustaliliśmy, że między regularnymi wydawnictwami będziemy pozwalać sobie na różne, muzyczne szaleństwa i nie dziwiło nas chłodne przyjęcie. Tak jak pisze Stefan (Sebastian ma taką ksywę) zaraz po tym jak opadł kurz po debiucie, powiedzieliśmy sobie, że szukamy nowego klucza i nie robimy Ćwiczeń#2. Naprawdę długo kombinowaliśmy i 90% tego co zrobiliśmy poszło do kosza. Potem nas olśniło i postawiliśmy że druga płyta ma być osadzona na rytmie. Ma być groove i żeby nóżka chodziła.

Szukanie nowego klucza

Szukanie nowego klucza

Co to są te „wątki poboczne”? zawsze takie historie mnie interesują…

M: Różnie to było. Dwa razy nam salkę zalało. Stefan miał okres praktyk w szpitalu w Kościerzynie plus jakieś kursy w Warszawie. Związki nam się wszystkim porozwalały itp. Wątki poboczne, nad którymi trzeba było się pochylić. Kościerzyna to akurat wcześniej była, tak dla sprostowania.

S: Ogólnie proza życia, tak jak mówi Maksiu, praca, kursy, przeprowadzki. Lokalnie pojawiało się już trochę żartów, nawiązujących do tego ile to czasu nie możemy się ogarnąć z praktycznie gotowym materiałem. Łukasz Ciszak, który ekspresowo uwinął się z naszym miksem, jest chyba najlepszym świadkiem naszego przewlekania tematu.

Cieszy zatem fakt, że jesteście znowu na chodzie. Cieszy tym bardziej, że nowa płyta jest… ale: nie żałujecie, że ukazuje się w takim momencie? Nie było myśli o przełożeniu premiery?

M: Co do pytania to premiera się nieco przesunie bo „Antracyt” fizycznie ukaże się nakładem legendarnego Gusstaff Records jakoś dopiero pod koniec maja. Wiesz, to, że ona ujrzała światło dzienne to jest trochę cud. Historia tej płyty jest długa i zawiła. Tak jak pisałem wcześniej, po tym niezrozumiałym dla nas hajpie na „Ćwiczenia” mieliśmy mały zonk jak zrobić coś co nie będzie kontynuacją. Trochę nam zeszło na szukaniu koncepcji. W grudniu 2018 wskoczyliśmy na weekend do salki nagrywać i po odsłuchu w poniedziałek okazało się że najlepsze wersje z niedzieli szlag trafił z powodów jakiś problemów ze sterownikami do karty. Robimy drugie podejście w styczniu na zasadzie „wysypie się albo nie”. Z tej sesji są właśnie dwie długie impresje „Antracytu”. Jakimś cudem ślady są ok. Robimy selekcję nagranych wersji bo nagrywki są robione po bożemu na tak zwaną setę. Mam cztery numery na płytę plus jakieś impro. Podchodzę do miksu i zaczynają się rozterki czy to warto w ogóle wydawać. Wydaje się, że to totalnie asłuchalny szajs. Brakuje czasu więc miks ląduje u Łukasza Ciszaka, który robi to tak, że po odsłuchu patrzymy na siebie i mamy wielkie banany na twarzach. Płyta gotowa. Kolejny dylemat: co wchodzi na płytę, plus temat oprawy graficznej, która też musi być czymś więcej niż tylko grafiką. Tak nam zeszło do lutego, kiedy już jesteśmy daleko, daleko myślami w nowym materiale, więc męska decyzja – wylewamy do sieci to co jest i bierzemy się za nowe rzeczy bez zbędnego balastu.

Czy to swoiste cofnięcie się z elementów/rejonów jazzowych w rejony transu było podyktowane czymś konkretnym? Szukaniem mniej zatłoczonej niszy?

S: Zupełnie szczerze to nie było podyktowane żadnym większym zamysłem; taki mieliśmy kaprys żeby trochę się sprawdzić w innym podejściu do grania, pobawić się rytmami i w tym duchu powstały pierwsze z nowych kawałków, a potem zależało nam na tym, żeby (w jakiś pokrętny sposób) nowy materiał tworzył spójną całość. Ogólnie zdaje się, że ucieczka od jazzowych smaczków jest tylko chwilowa, bo następne rzeczy, nad którymi teraz pracujemy znowu mocno zbliżają się w te rejony, sądzę, że wręcz dużo bardziej niż dotychczas.

Materiał ma dużą rozpiętość bo o ile „Tęga Jola” czy „Stefan” są w sumie hałaśliwymi i zahaczającymi o post punka piosenkami o tyle koniec płyty czyli dwie impresje utworu tytułowego to nadal wyraźna dominacja improwizacji. Swoją drogą, mam rozumieć że te dwa ostatnie utwory to swobodne wariacje będące efektem chwili/potrzeby?

M: Ma. W zarysie płyta to cztery pierwsze numery, które kończy tytułowy „Antracyt”. Ze względu na perturbacje nagraniowe udało nam się zarejestrować dodatkowy materiał. Są to improwizacje/impresje „Antracytu”. Toczyliśmy długie rozmowy czy umieścić je na płycie, ale stwierdziliśmy, że obecnie żywot albumu to głównie digital/streaming a tam nie ma ograniczeń czasowych i jeśli ktoś poczuje się zmęczony zwyczajnie przerwie odsłuch. To też taka tradycja płyt jazzowych, że masz parę wersji jednego tematu do posłuchania i to nas ostatecznie utwierdziło w przekonaniu, że wrzucamy całość. Zaczynamy mocno w dur, ale koniec – jak w życiu – jest raczej w moll.K2 fot. R. Soćko

Jak sami mówicie, płyta miała być konkretna, mocniejszy rytm itp. Ale jednocześnie czuję w niej taki, hmm, niepokój wewnętrzny, wyraźne spoglądanie w różne strony bo i elementy noise, dużo post rocka trochę math core’a w „Antracycie”, jest impro, psychodelia w gitarach. Sporo dobra i mnóstwo ścieżek do wytarcia…

M: Miało być spójnie a wyszło jak zawsze. Bardzo dużo tworzyliśmy i dość dużo odrzucaliśmy na przestrzeni długiego czasu, więc w pewnym momencie mieliśmy poczucie, że może to być trochę niespójne w całości. Wyszła nasza natura podróżników muzycznych. Zlało się też do środka to co się dzialo poza-muzycznie. Sytuacja polityczna i personalna. Wielki chaos. Żyjemy w ciekawych czasach.

Czyli można przyjąć, że to muzyka na czas apokalipsy. Kontrolowany chaos i pytanie o to co się z nami stanie…

M: Pułkownik Kurtz byłby dumny. Apokalipsa jeszcze daleko przed nami. Trochę jedynie wyjdziemy ze strefy komfortu. Może dobrze nam to zrobi i skupimy się na tym co jest ważne. Zapędzamy w tej totalnej konsumpcji. Zobaczymy…

Znowu przywołujemy demony. Ale słuchając finału płyty, miałem wizję spalonej ziemi trochę. Może dla tej ziemskiej spasionej zadowolonej i cholernie znudzonej populacji to jednak będzie apokalipsa i oczyszczenie? Taki mentalny restart?

M: Fajnie jak to co robisz jest interpretowane. Nam udzieliły się te nasze wewnętrzne, osobiste apokalipsy. Mieliśmy swoje kataklizmy, ale dalej stoimy jak Elton John. Idziemy do przodu. Kolejna płyta będzie już inna. Sekcja jest już turbo akustyczna, czyli kontrabas i perkusja, a ja szukam instrumentu bo gitara mi tam już nie leży.

Bez gitary…. no ciekawie. Równie ciekawe są tytuły utworów. Skąd te wesołe skojarzenia?

M: Zbieram takie rzeczy. Łepetyna cały czas działa, kreuje, łączy kropki. Jest telefon, aplikacje. Zapisuję. Trochę przesrane z tym kreatywnym umysłem. Człowiek chciały normalnie egzystować a tam pod czajnikiem cały czas buzuje…

Zatem na koniec najgłupsze pytanie w tej sytuacji: co dalej??

M: Zacytuje i reinterpretuje. Love, peace, noise & empathy. Dzięki!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Paweł Jóźwiak/Radek Soćko