KRÓLESTWO – Domena improwizacji

Dokąd zaprowadzi nas ta muzyczna podróż – chciałoby się zapytać chłopaków z Królestwa po lekturze debiutanckiego materiału fikuśnie zatytułowanego „Ćwiczenia repetytywne”. Rzecz to intrygująca, modnie rozimprowizowana, niezaskakująco instrumentalna i bardzo rokująca. Gdzie rokująca i dlaczego, czemu yass jest fajny i czy kontrabas zmieści się w maluchu, dowiecie się z poniższej rozmowy, w której udzielali się niejaki gitarzysta Max, znany z łamów Violence Paweł oraz mniej znany Arek, z milczącą obecnością pana Sebastiana w tle. Zapraszamy.

Paweł: No to może od początku, bo wiemy o Was niewiele – skąd pomysł na wspólne granie?

My z Sebastianem graliśmy wcześniej w White Black ale ten projekt jakoś się rozpuścił. Paweł z Sebastianem grali w Alterton i ten skład również nie przetrwał próby czasu. Jakoś tak logicznie wyszło żeby się spotkać. W Trójmieście ta cyrkulacja jest dość naturalna

Arek: Paweł w recenzji „Ćwiczeń” napisał, że poprzedni rok stał w polskiej muzyce pod znakiem transu. Królestwo bardzo mocno wpisuje się w ten obrazek. Kiedyś młodzież chciała hałasować a dzisiaj wpada w trans, Co takiego jest w tym transie? Czy można powiedzieć, że to taka odpowiedź alternatywnego środowiska na jazz?

Coś zaiskrzyło chyba w odbiorcach. Transy to nie jest jakaś nowość, ostatnie parę lat to stonery, space i post rocki. To wszystko jest mega transowe. Wydaje mi się, że to bardziej był rok minimalizmu. Ten efekt jazzowy wynikał chyba ze zmęczenia rozwiązaniami w typowym w układzie rockowym.

Arek: Masz na myśli Lotto oczywiście (śmiech) Minimalizm, trans, yass, improwizacja… Co sięK porobiło, już nikt nie chce grać punk rocka. Jest w tym co gracie jakiś bunt? Tym bardziej, że rock w zestawieniu z waszym graniem jest nieco archaiczny w formie.

Paweł: Jak tylko zobaczyłem tytuły Waszych numerów, od razu mi się z yassem skojarzyły.

Ta płyta to na pewno taki ukłon w stosunku do sceny yassowej. Podziękowanie może również. Mam bardzo pozytywne wspomnienia z tego okresu. Człek był młody słuchał głównie mainstreamu z MTV a tu nagle takie zjawisko na własnym podwórku. Ci ludzie otworzyli mi oczy na jazz i muzykę ogólnie. To wszystko oczywiście z mega dawką humoru co bardzo sobie cenię.

Arek: Tytuł „Ćwiczenia repetytywne” sugeruje w pewnym sensie – przynajmniej tak to odbieram – że to co znalazło się na płycie jest w dużej mierze formą improwizowaną. Na ile pozwoliliście sobie na taką nieskrępowaną formułę podczas tworzenia materiału?

Na próbach głównie improwizujemy. Potem powoli zaczynamy z tej masy tworzyć jakieś kształty. Z czasem jest już jakaś forma, która ma ramy, ale środek jest zawsze płynny. To co słychać na płycie to najciekawsze wersje z czterech podejść, które udało się nam zarejestrować. Nagrywaliśmy tak, że wciskałem „rec” i graliśmy cały materiał od A do Z.

Arek: Ostatnio kolega z zespołu Guiding Lights powiedział mi w sekrecie, że napisali piosenkę o tym, że… nie cierpią długich piosenek. Wyobrażasz sobie, że nagrywacie kompozycję, która będzie miała standardowo dwie lub trzy minuty długości?

Chyba nie musimy he, he. Paweł robi to Dule Tree. Ja w (beznazwowym projekcie) z Krzysiem Wrońskim z Kiev Office. Staramy się działać w granicach 2-4 minut. Królestwo to jednak domena improwizacji a tu nie da się stać z zegarkiem w ręku.

Arek: Ale narzucacie sobie jakieś ramy? Powyżej ilu minut nie wyjdziecie?

Paweł: Dwuminutowe improwizacje, to mogłoby być ciekawe. Domyślam się, że podczas koncertów te kilkunastominutowe numery mogą się rozciągać do 40 minut.

No cóż, poczucie czasu w trakcie grania jest bardzo względne. Coś jak ze spaniem. Wstajesz po 12 godzinach a wydaje ci się ze spałeś tylko dwie. Wiecie, długość numeru to nie kolejny wyznacznik w gatunku itp. Warto sobie zdawać sprawę kiedy trans nudzi a kiedy wciąga. Percepcja muzyki to kwestia momentu, nastawienia, kierunku wiatru, goryczki w piwie.

Domena improwizacji

Domena improwizacji

Paweł: Łatwo jest przedobrzyć. Zamiast transu mamy wtedy nudę. Wam udało się tego uniknąć; sporo w tej muzyce nieoczekiwanych zmian, jak np. końcówka pierwszego numeru. No i te dysonanse nie pozwalają się nudzić… A co z tym buntem, o którym Arek wspominał? Ta muzyka to jest jakiś rodzaj buntu w waszym odczuciu?

To chyba nie ten kierunek. Bunt to jakaś społeczna płaszczyzna. Tu jest chyba jakaś wewnętrzna podróż. Może trochę „sny o potędze”. Jest tu jakiś nerw związany z tym co się dzieje. Co do muzyki to faktycznie numer trzeba poprowadzić. Czasami coś udaje się intuicyjnie. Reszta to po prostu praca na bazie wewnętrznego wyczucia. Inna sprawa jak odbiorą ją ludzie.

Arek: Poszukiwacze ukrytych znaczeń na pewno będą dorabiać do tych tytułów, o których już Paweł wspomniał, jakąś filozofię – może im pomożemy?

Nazewnictwo w muzyce to ogólnie jest bardzo fajna sprawa. Kiedy w trakcie komponowania rodzi się utwór nr. dwa pojawia się problem. Zaczynasz próbę i mówisz dobra, panowie, gramy jedynkę. Tu pada hasło, który numer to była jedynka. No ten (tu się gra jakiś charakterystyczny motyw) i pada „acha”. Przy większej ilości to jest już problem. Utwory potrzebują więc nazw. Płyta potrzebuje tytułu. Te powstały już po nagraniu i osłuchaniu całego materiału. Klucz to faktycznie ukłon w stronę yassu: abstrakcja i opary absurdu. Wystarczy sięgnąć po jakąkolwiek płytę Łoskotu czy Kur. Tak samo było z pomysłem na okładkę płyty. Tu akurat zaiskrzyły obrazy z ekranizacji „Nagiego Lunchu” Burroughsa.

Arek: To wszystko razem plus wyrazista okładka daje szansę, że płyta w tym całym tumulcie nie zginie. Macie poza tym jakieś swoje pomysły, jak rozepchać się łokciami w tłoku panującym na polskiej scenie?

Materiał nagraliśmy w połowie października bo zaczęły nam kwitnąć nowe numery i trzeba było zamknąć płytą jakiś rozdział. Trochę trwały miksy bo Królestwo to typowe DIY i robimy wszystko sami. Ostatecznie postanowiliśmy wrzucić efekty na Bandcampa na początku stycznia. To co zaczęło dziać się potem, trochę nas zaskoczyło. Dostaliśmy masę pozytywnych słów od ludzi. Obecnie płyta radzi sobie całkiem dobrze sama co jest bardzo fajne i nieco dziwne. Najważniejsze w tym wszystkim, że pojawiły się pierwsze, interesujące propozycje koncertowe. Mamy nadzieję, że uda nam się zagrać wszędzie tam gdzie jest parę osób zainteresowanych naszym graniem bo rdzeń takiej muzyki leży w graniu koncertów. Bez tego ona się dusi.

Arek: Skoro mówisz o koncertach – każdy zespół ma jakieś tam swoje preferencje: jedni lubią surowiznę, inny stawiają na „szoł” i ruch. Niektórzy odgrywają materiał w stosunku 1:1, inni wyciągają z niego nowe pierwiastki. Jakie jest to Królestwo koncertowe?

Gibanie do transu i nie stawianie nogi na odsłuchu to mogę zapewnić. Ja osobiście lubię wizualki do koncertów instrumentalnych, więc w miarę możliwości robimy tak samo. Muzycznie trzymamy się ram, aż nas nie poniesie muzyka. Sam jestem ciekaw. Wiemy, że musimy zagrać materiał z „Ćwiczeń”, ale na pewno wyskoczymy też z tym co przygotowujemy obecnie.

RArek: No właśnie, słuchając „Ćwiczeń”, zastanawiałem się w  którą stronę pójdziecie – będzie jeszcze więcej ukłonów w stronę jazzu, czy raczej zamierzacie dociążyć muzykę, albo wręcz pójść w elektronikę (też modne)?

Nie jestem w stanie powiedzieć co znajdzie się na kolejnej płycie do momentu ostatecznego miksu. Sami tego nie wiemy. Mamy myśl, żeby część dziwniejszych pomysłów wydawać co jakiś czas jak ep-kach pod tytułem roboczym „Ukryte – część enta”. Pełne albumy będą bardziej dopracowane i przystępne. Rodzi się też opcja jakiegoś akustycznego materiału bo Sebastian radzi sobie coraz lepiej z kontrabasem.

Paweł:  Co masz na myśli używając zwrotu „dziwne pomysły”?

Czasem eksperymentujemy z dźwiękami, które wydobywa się niestandardowo z instrumentów, efektów czy w przypadku Pawła z perkusji itp. Nie jest to nic nowego, ale lubimy poszukać i w tym jakiegoś sensu muzycznego. Co jakiś czas wracają do nas awangardowcy na swoich płytach i nie powiem, że by nas to nie pobudzało muzycznie.

Arek: A ja się uczepię tego kontrabasu, bo to jednak mi jazzem pachnie dość mocno i „się kojarzy”… Jednocześnie – strasznie niewygodny instrument. Maluchem na koncert nie da rady…

Da radę. Kontrabas do malucha i na hol. Tak na poważnie z tym kontrabasem to na razie podchody. Zobaczymy, kiedy Sebastian będzie gotowy i jaką ocenę otrzyma na koniec kursu od mistrza Janusza Mackiewicza. Mieliśmy parę podejść do numerów na dwie gitary basowe. Fajnie to chodzi, może coś z tego wykluje.

Arek: A może…. wokal? Nie myśleliście o takim rozwiązaniu, czy opcja „bez głosu” jest zamknięta i nieruszalna?

Nie mówię tak, nie mówię nie…  Ogólnie czasy mamy trochę przegadane. Duuuuużo gadających głów.  Więc nie widzę sensu dorzucać jeszcze czegoś od siebie. Na razie.

Arek: Myślę, że na koniec pozostanie zadać standardowe do bólu pytanie – co tam w planach, panie?

Muzycznie chyba już wiadomo. Najważniejsze, że ruszamy z koncertami. Pierwsza stacja: Szczecin w lutym, tak na rozgrzewkę. Potem musimy usiąść i zorganizować coś dalej. Poczekamy na propozycje. Zobaczymy czy nas chcą a może i nie. Sami jesteśmy ciekawi, jak to się potoczy.

Rozmawiali Paweł Drabarek i Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu