KRISTEN – Własny klucz

Czy to brak kompromisów czy talent, a może jednak arogancja? Nie wiem, co tak na prawdę siedzi w głowach muzyków Kristen, że rozkręcają się ostatnio w niewiarygodnym tempie. Przecież już płyta „The Secret Map” pokazywała zespół nietuzinkowy, z wyobraźnią wybiegającą daleko przed te wszystkie nojzy i transe. Tymczasem wydaje mi się że dopiero „Las”, o którym niedawno było pisane na naszych łamach, ujawnia ich prawdziwe aspiracje i możliwości. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Z nutką zazdrości rozmawiam z panem Łukaszem Rychlickim, odpowiedzialnym w zespole za strun sześć.

Długą i ciekawą drogę przeszedł Wasz zespół… Jeśli miałbyś określić, w jakim miejscu znajduje się dzisiaj Kristen, to odpowiedź brzmiałaby…

Na pewno po tylu latach mamy dużo dystansu do tego co robimy i daje nam to więcej luzu w działaniu na co dzień. Czuję się swobodnie w tym co robimy i wiem, że możemy obrać dowolny kurs. Tak jakby nasza niezależność w podejściu do muzyki stała się pełniejsza. Wcześniej na pewno spędzaliśmy ze sobą o wiele więcej czasu, byliśmy razem w zasadzie non stop. Teraz ze zrozumiałych względów jest inaczej, każdy ma swoje życie, co też wpływa na muzykę. Nie słuchamy np. już tych samych rzeczy co moim zdaniem jest dla zespołu korzyścią. We wczesnym okresie w zasadzie razem żyliśmy, szliśmy bardziej jednotorowo. Teraz można szerzej się rozejrzeć. Kristen nie jest też dla nas jedyną działalnością. Kiedyś skupialiśmy się tylko na tym, teraz każdy z nas robi też inne rzeczy w muzyce co jest dodatkową zaletą bo te różne doświadczenia mogą się tu spotkać, przez co mam nadzieję może powstać coś w miarę oryginalnego. Ale też mimo tych wszystkich zmian ciągle trzymamy się razem, łączy nas przyjaźń.  Pod tym względem jesteśmy w tym samym miejscu co kiedyś.

Przy okazji poprzedniej rozmowy, padło stwierdzenie, że poszukiwanie jest dla Was najważniejsze, tymczasem na nowej płycie zauważam pewne syndromy, hmmm, sentymentalnego powrotu w rejony bardziej hałaśliwego grania („Amra”). Czy to oznacza, że przepastna skarbnica hałasu znowu zaczyna Was kusić?

Nie wydaje mi się, żeby był w tym jakiś sentymentalizm albo powrót. Myślę, że nigdy tak nie brzmieliśmy. Nawet jeśli pojawia się tam hałas to jest to inny hałas. Na pewno nie przyświecało nam myślenie typu „zagrajmy jak za dawnych lat”. Choć szczerze, kiedy myślę o naszych wcześniejszych płytach to nie widzę zbyt wielu14102575_1377933942235346_4977916401548157909_n podobieństw.

Całkowicie się zgadzam, brzmi to bardzo indywidualnie, choć w stosunku do „The Secret Map” jest bardziej hałaśliwie. To jedna strona medalu – z drugiej jest odważny eksperyment, i tu ważnym (dla mnie…) utworem jest „Wyspa”. Skupię się jednak na tytule – bo w moim odczuciu powinien on nosić tytuł „miejskie targowisko”. Jest w nim coś z miejskiego zgiełku…

To prawda, trochę się z tym zgadzam. Choć jest też takie określenie jak miejska dżungla, to można to jakoś połączyć. Tytuł „Las” odnosi się głównie do tekstu, czy też zaczerpnięty został z tytułu jednego z utworów. Jedynego, w którym pojawia się głos i tekst. Bardzo osobisty tekst Michała, który wiele mówi o życiu i o tym jak potrafi się zmieniać w nieoczekiwany dla nas sposób. Pomyśleliśmy, że można to potraktować jako łącznik albo posumowanie dla całości. Ostatnio syn zadał mi pytanie, gdzie jest gorzej się zgubić, w lesie czy w mieście. Nie do końca wiedziałem co mu odpowiedzieć… W sumie i tu i tu możemy mieć problem z odnalezieniem drogi.

Jednocześnie, słuchając muzyki, można po jakimś czasie złapać „drogowskaz”. Przyznam, że po pierwszym razie byłem zdezorientowany i błądziłem. Nie wiedziałem, jak oswoić muzykę i faktycznie gubiłem się… Potem znalazłem drogowskaz – melodyka. Dużo ciekawych, zaskakujących melodii, budowanych pozornie „pod powierzchnią”. Czy to jest klucz?

Nie wiem czy to jest klucz, ja w każdym razie bardzo lubię takie podskórne działanie, melodię, która nie jest oczywista. Nie przepadam za rzeczami, które wszystko podają na tacy, tak że nie trzeba się w nie w jakiś sposób wgłębić. Dla mnie jest to duża zaleta. Sam jak słucham tej muzyki i odkrywam dla siebie nowe rzeczy. Jest to przyjemne, przy okazji daje też nadzieję, że ktoś może chcieć wrócić do tej muzyki. Że nie odkryje wszystkich kart za jednym razem. Każdy może znaleźć swój własny klucz do tej muzyki.

Cały czas nadrzędnym narzędziem spinającym Waszą muzykę jest TRANS. Dźwięki płyną, zapętlają się i hipnotyzują. Macie jakiś tajemny patent, jak wprawiać zespołową machinę w taki obłędny taniec? Na ile jest to sprawa znalezienia dobrego rytmu a na ile wieloletnie zgranie i porozumienie, jakie między Wami panuje?

Na pewno wieloletnie granie nie jest tu bez znaczenia. Nie potrzeba zbyt wielu słów żeby zrobić utwór. Po prostu zaczynamy grać i pchać to wszystko w przyjemnym dla nas kierunku. Ważną rzeczą jest, żeby wszyscy czuli się komfortowo w tym co gramy. Żeby nikt się nie zmuszał do rzeczy, które mu nie leżą. Jakiegoś jednego patentu na pewno nie mamy, robimy to intuicyjnie. Transowy aspekt tych utworów może w nieświadomy sposób wynika z tego, że takie granie sprawia nam dużą przyjemność. Nie ma tego rygoru dyktowanego poprzez charakterystyczne struktury piosenki. Z tym, że dziś jest tak a jak będzie jutro, tego nie wiadomo. Być może za jakiś czas zatęsknimy za klasyczną piosenką…

Kiedyś przyznałeś, że mieliście momenty całkowitego braku pomysłu na zespół. Co powoduje obecną płodność? Słuchając nowej płyty, wydanej w sumie krótko po „The Secret Map”, człowiek aż ugina się pod ilością pomysłów… Mam wrażenie, że z jednego Waszego utworu można by zbudować kolejny album…

To wynika z tego o czym już wcześniej wspominałem, że mamy więcej dystansu. Składa się na to wiele czynników; jednym z ważniejszych, o czym też już mówiłem, jest to, że robimy też inne rzeczy poza zespołem. Być może wtedy byliśmy za bardzo skupieni na Kristen, co wywoływało niepotrzebne ciśnienie, a to często może powodować, że nie ma pomysłu na to co chce się zrobić. W każdym razie ciągle uważam, że robienie pewnych rzeczy na siłę nie ma sensu. Bardzo istotą rzeczą jest też pojawienie się Maćka, który przy okazji tej płyty pełnił już pełnoprawną rolę w zespole, od początku brał udział w jej powstawaniu. I wniósł też swoje ogromne doświadczenie (można wspomnieć tylko AGD, Robotaobiboka, czy Małe Instrumenty, żeby wiedzieć z czym ma się do czynienia), wiedzę, wyczucie i brzmienie swoich instrumentów.

Własny klucz

Własny klucz

Właśnie, kwartet… W dzisiejszym świecie, im większy skład, tym większy opór organizatorów. Nie wydaje Ci się, że dużo łatwiej jest zaistnieć w rzeczywistości koncertowej zespołom, dwu, maks trzyosobowym?

Na pewno tak jest, dlatego też dużo jest takich projektów jedno, dwuosobowych. Aspekt finansowy ma tu duże znaczenie, tak sądzę. Ale też trudno tak to kalkulować. Nie można sobie pozwolić żeby pieniądze decydowały o wszystkim. Taka konfiguracja jest teraz dla nas najlepsza, widzimy w tym sens.

Długo trwał proces „zgrywania się” z Maćkiem? To jednak była jakaś tam ingerencja w zespołową tkankę…

W zasadzie to nie. Po tym jak wpadł do nas do studia w czasie nagrywania „The Secret Map”, zaczęliśmy grać razem koncerty, najpierw sporadycznie, później coraz częściej. Na początku mieliśmy trochę problem z tym, żeby na koncercie wszystko spójnie brzmiało, żeby syntezator nie był zbyt odklejony od całości. Rozwiązanie znaleźliśmy takie, że Maciek używa gitarowego wzmacniacza dzięki czemu razem brzmimy pełniej. Później już wszystkie próby graliśmy w czwórkę. Dogadaliśmy się dość szybko. Na występy zaczął też jeździć z nami Tony Kinsky i on pomógł nam określić to brzmienie, pilnując, żeby na koncertach wszystko się zgadzało. Warto też wspomnieć, że znamy się dość długo z Maćkiem. Poznaliśmy się chyba w 2001 roku na festiwalu Gdynia Jazz Days (chyba tak to się nazywało). Grał tam z Robotoobibokiem.

Nowe kawałki są dla mnie takim „ciągiem świadomości”, konstrukcja powoduje, że w zasadzie mogą trwać pięć, dziesięć albo i godzinę. Macie jakiś taki, nazwijmy to, zespołowy stoper, który mówi Wam, kiedy jest już dość? Od czego to zależy?

Nie, nie mamy czegoś takiego. To kwestia wyczucia. Staramy się pilnować, żeby wszystko miało dość skondensowaną formę, nasze płyty zawsze trwają około 35 minut. Nie przepadamy za przegadaniem, czy jakimiś monumentalnymi płytami. Koncerty to inna sprawa i czasami faktycznie ciężko określić długość trwania danego utworu. Tu dużo zależy od kontekstu i okoliczności. Ale faktem jest, że są to dość otwarte formy i ich długość jest kwestią umowną.

Tak subiektywnie – który z utworów z „Lasu” ma szansę na największe, koncertowe rozwinięcie?

Nie wiem, ciężko powiedzieć, w zasadzie wszystkie mają taki potencjał. Pamiętam, że np. „Amra” była o wiele dłuższa na koncertach czy na próbach. Sam jestem ciekaw, w którą to stronę pójdzie, bo tego tak do końca nie wiem. Utworów „Wyspa” czy „Tony” nie graliśmy jeszcze na koncertach, to jest dodatkowa zagadka.las

„Las” kojarzy mi się z rytuałem, jest w tym kawałku coś pogańskiego, pierwotnego. To mnie niepokoi… No i okładka – też dość, hmmm, tajemnicza, nieokreślona. Wyrwana poniekąd z kontekstu…

Utwór „Las” opowiada o czymś niepokojącym, o czymś co spotka każdego z nas, a na co nie zawsze jesteśmy przygotowani. Dlatego ma też taki klimat. Jeśli on, ten utwór w taki sposób na Ciebie działa to znaczy, że coś nam się udało, taki był zamiar. Ma on też najbardziej klasyczną, korzenną formę co dodatkowo może wpływać na taki odbiór. Samo zdjęcie wybraliśmy na okładkę, ponieważ naszym zdaniem pasuje do muzyki. Być może nie odnosi się bezpośrednio do któregoś z utworów, ale ma w sobie to niedopowiedzenie, otwartość na interpretację, tak samo jak muzyka. Pewne rzeczy pozostawia otwartymi.

Wróćmy na chwilę do tego co działo się między wydaniem nowej płyty a poprzednim krążkiem – Polska ostatnimi czasy jest przepełniona muzyką. Może nawet aż za bardzo. Udaje się wam w tym wszystkim znaleźć miejsce dla siebie?

Chyba tak, jakoś sobie radzimy. Raczej nie mamy problemów z zorganizowanie sobie koncertów, choć z drugiej strony sami nie dostajemy zbyt wielu propozycji. Poruszamy się też wedle znanych schematów, poprzez znajome kluby, miasta, przydałoby się trochę zejść z tej drogi, zagrać trochę w mniejszych ośrodkach. Przypuszczam, że można tam znaleźć zainteresowane osoby, trzeba poszukać jakiejś ścieżki by do nich dotrzeć. Być może spróbujemy tego tym razem. A jeśli chodzi o ilość muzyki, to nie wiem czy jest to jakiś problem. Odbieram to jak najbardziej pozytywnie, jako coś normalnego. Jakiś czas temu narzekało się, że jest mało rzeczy. Wolę tę drugą sytuację. Po prostu jest większa możliwość wyboru. Nie trzeba słuchać wszystkiego.

I na koniec zdradź właśnie – jakie macie plany, co się będzie działo w najbliższym czasie…

Teraz będziemy grać koncerty. Jesienią i przypuszczam, że wiosną. I będziemy robić nowe rzeczy. Na próbach nie ćwiczymy starych utworów. Zawsze staramy się zrobić coś nowego.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcie: Dawid Gąsiorek