KONTINUUM – Kawałki naszych serc

Już pierwszymi swoimi nagraniami – „Earth Blood Magic” oraz „Kyrr” – Kontinuum pokazali się jako godni reprezentanci islandzkiej rockowej sceny. Mocno post-punkowym „No Need To Reason” trochę zrywają z łatką kolejnego, islandzkiego zespołu, odchodząc od tekstów w ojczystym języku oraz post-rockowej melancholii pierwszych płyt. To wciąż są oni, smutni i podniośli, ale dzisiaj wygrywają te emocje przy użyciu zupełnie innych narzędzi. Na moje pytania odpowiadał perkusista zespołu, Thorlakur Thor Gudmundsson.

Każda kolejna płyta Kontinuum stanowi dość wyraźne odejście od stylu poprzednich nagrań. Powiedziałbyś, że to naturalna ewolucja, czy raczej wyznajecie zasadę, że nieustanna zmiana jest czymś niezbędnym?

Mam wrażenie, że ewolucja dla ewolucji jest dla nas rzeczą obcą. Powiedziałbym, że pewna uniwersalność jest wpisana w istotę tego zespołu – wywodzimy się z różnych rejonów sceny i odkąd pamiętam, za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć uwiązania do jakiegoś podgatunku czy łatki. Porównałbym to do pędzącego pociągu, który nigdy się nie zatrzymuje, a jego klimaks to ciągły ruch. Stagnacja zabiłaby tę grupę. Tym, co pcha Kontinuum naprzód, jest ciągła ciekawość nowego. Sprawdzanie, jak nasza wrażliwość odnajdzie się w takiej czy innej estetyce. Zaczynamy od jakiegoś punktu odniesienia i podążamy za instynktem, by za chwilę ocknąć się i przekonać, że gramy muzykę pop… To też się zdarza.

Umiesz wyobrazić sobie sytuację, w której w określonej estetyce poczujecie się na tyle komfortowo, że pragnienie zmiany zejdzie na dalszy plan?

Hm, te zmiany często wynikają mimowolnie, to ciąg przyczynowo-skutkowy. „Earth Blood Magic” to była płyta napisana przez Birgira (Thorgeirssona) i Kristjana (Heidarssona, pierwszego perkusistę Kontinuum – red.). Miała swój specyficzny, surowy sznyt. To jasne, że na żywo, w pełnym składzie, ten materiał zabrzmiał zupełnie inaczej. Mądrzejsi o te doświadczenia, z dobrze ogranymi piosenkami z debiutu, podeszliśmy do pisania „Kyrr”. W tamtym okresie zaczął kształtować się pewien styl Kontinuum. Przeskok między „No Need To Reason” a poprzednikiem nie jest tak wyraźny, jak ten między debiutem a „Kyrr”, bo, jak wspomniałem, w okolicach drugiej płyty odnaleźliśmy jakąś własną tożsamość. Ten rdzeń, szkielet muzyki będzie z nami już zawsze, co nie zmienia faktu, że w kwestii kompozytorskiej to jest niekończąca się podróż. Nigdy nie wskażemy palcem pewnych strukturalnych rozwiązań i nie powiemy „tutaj jest perfekcja, dalej nie szukamy”. Zawsze będziemy… może nie tyle szukać nowego, ale zawsze będziemy na nowe otwarci.

Kawałki naszych serc

Kawałki naszych serc

W jednym ze starszych wywiadów wspomniałeś, jak wielki wpływ wywarły na was zespoły nowofalowe, ale mam wrażenie, że dopiero na „No Need To Reason” daliście tym inspiracjom dojść w pełni do głosu.

Tak, to jest studnia bez dna. Od oczywistych inspiracji w stylu Killing Joke i Duran Duran, przez te bardziej obskurne, jak The Damned, po zupełnie podziemne niemieckie kapele. Uwierz, że, chociaż jesteśmy maniakami tamtej ery w muzyce, nieustannie odkrywamy nowe, wartościowe nagrania. Wątpię, by post-punkowe wpływy miały kiedykolwiek zniknąć z muzyki Kontinuum; to jest w nas zbyt głęboko zakorzenione.

W wywiadzie dla Dead Rhetoric Brigir stwierdził, że jednym z powodów, dla których na „No Need To Reason” odeszliście od islandzkich tekstów, była chęć zerwania z etykietką kolejnego, islandzkiego zespołu, trochę pragnienie wybicia się na niezależność.

Tak, ale nie tylko. Taka decyzja miała też podłoże czysto muzyczne. Dotychczas używaliśmy islandzkiego w numerach, w których wokal miał pełnić rolę kolejnego instrumentu, funkcję stricte rytmiczną. Oczywiście, mieszaliśmy języki. Podchodziliśmy do sprawy jednostkowo – przy każdej kolejnej piosence rozważaliśmy, jak najlepiej ją zaśpiewać. I nie było tak, że na „No Need To Reason” użycie wyłącznie angielskiego wynika z jakiegoś głębszego konceptu. Ponownie, jak w przypadku wcześniejszych płyt, próbowaliśmy obu języków, ale z jakichś powodów nie było tutaj numeru, w którym islandzki pasowałby bardziej, niż angielski. Ten drugi język lepiej dopełnił estetyki nowej płyty. Jednak, tak jak wspomniałeś, chcieliśmy też uciec od stereotypowego zestawu skojarzeń „Islandia-natura-melancholia-Sigur Rós”.

Z drugiej strony, nie uważasz, że popularność waszej sceny jest zjawiskiem po części pozytywnym? Na pewno zespołom łatwiej o kontrakt płytowy, jako, że każda wytwórnia chce mieć własny zespół z Islandii; jeden, lub kilka.

Jasne, ma to swoje plusy, ale zastanówmy się – to przecież myślenie o muzyce w kategoriach mody. Islandzka muzykaokładka jest modna. To o tyle interesujące, że ludzie zapominają, że wyjątkowość tej sceny nie bierze się z aspektów geograficznych, a demograficznych. Jesteśmy narodem 300 tysięcy ludzi ściśniętych na małej powierzchni. To tutaj powstaje muzyka. Moglibyśmy robić to samo na Sycylii, geografia nie gra tutaj żadnej roli. To trochę dziwna, klaustrofobiczna, sytuacja, kiedy dzielisz z inną kapelą muzyków i salę prób, a później jedziecie we wspólną trasę na kontynent. Specyfika islandzkiej sceny polega na tym, że to nie jest scena sensu stricto; zespołów nie łączy czasem nic poza miejscem pochodzenia, nie tworzą się podziały, grupy czy podgatunki, bo po prostu nie ma tutaj wystarczająco wielu kapel. Popatrz nawet na Eistnaflug – kiedyś festiwal typowo metalowy, dziś imprezę całkowicie otwartą, stojącą ponad podziałami gatunkowymi. To właśnie przemieszanie i stylistyczny ekumenizm tworzą całą magię. Jasne, że dobrze jest być jednym z islandzkich zespołów, które budzą dziś zainteresowanie na całym świecie, jednocześnie jednak… bycie częścią tego zjawiska może chwilami stawać się uciążliwe.

No dobrze, a jakie jest twoje zdanie – czy osławione „islandzkie brzmienie” faktycznie istnieje? Gdyby ludzie słuchali tych zespołów bez uprzedzeń, nie wiedząc, że to nagrania z Islandii, w dalszym ciągu potrafiliby wyczuć różnicę?

Do pewnego stopnia – tak. Słuchacz o szerokiej bibliotece porównań i odniesień zazwyczaj dostrzeże w nagraniu coś, co pozwoli mu stwierdzić, że to płyta islandzkiego artysty. I zazwyczaj będzie miał rację. Chodzi o niezwykłe przemieszanie stylów i inspiracji, to wszystko zderza się ze sobą, rzeczy dzieją się na różnych poziomach. Jak wspomniałem wcześniej, specyfika tutejszej sceny sprzyja takiemu ekumenizmowi. Z drugiej strony, są tutaj młode zespoły, jak np. Une Misere – „brytyjski” hardcore z naleciałościami brzmienia z Savannah – które do perfekcji opanowały określony sznyt i właśnie w tej gatunkowej „specjalizacji” są w kontekście całej sceny odmieńcami; bo nie mieszają, a skupiają się na szlifowaniu jednego brzmienia. W większości przypadków w nagraniach stąd tkwi jednak przynajmniej jeden element, który pozwala być niemal pewnym, że to z Islandii.Band

Poruszyliśmy już temat angielskich tekstów na „No Need To Reason”. Jak to wygląda z twojej perspektywy? Na przykładzie naszych polskich artystów mogę chyba powiedzieć, że często pisać po angielsku jest po prostu łatwiej, a słowa ważą mniej. Kiedy trzeba zmierzyć się z językiem ojczystym, doświadczenie jest na tyle intymne i wymagające, że wielu porównuje to do uczucia stawania przed odbiorcą nagim.

Na poziomie warsztatowym nie mamy z tym problemu. Rzecz w tym, że islandzki to bardzo „kruchy” język. Powiedzmy, że w angielskim niewielkim nakładem sił możesz napisać tekst, który jest w porządku, natomiast w islandzkim stąpasz po cienkiej linie – nietrudno wypaść nieudolnie lub po prostu tanio. Trochę ciąży na nas dorobek kulturowy sprzed stu czy dwustu lat i dzieła ludzi, którzy umieli posługiwać się tym językiem w nieporównywalny, błyskotliwy sposób. Takie dziedzictwo może przerodzić się w problem, kiedy – przyrównany do niego – brzmisz pretensjonalnie lub jak kopista. Tym bardziej, że islandzki na przestrzeni lat uległ znacznym przekształceniom, dzisiaj brzmi bardziej „miękko”. Angielski jest w gruncie rzeczy niezmienny na przestrzeni wieków.

Ostatnie pytanie dotyczy release party „No Need To Reason”, gdzie zagraliście razem z GlerAkur. 

Planowaliśmy coś takiego już przy okazji wydania „Kyrr”, ale dopięliśmy swego dopiero wraz z trzecią płytą. Pomyśleliśmy: „nieważne, na jaką skalę to zrobimy – to nasza celebracja tego krążka”. Przy okazji sprawdziliśmy, jak ludzie odbierają ten materiał na żywo, i wychodzi na to, że Kontinuum live to zjawisko dużo bardziej intensywne, niż na nagraniach. Taka jest „No Need To Reason” – szczera, z kawałkami naszych serc wrzuconymi w muzykę, bardzo… esencjonalna. Pod względem muzycznym ta płyta to pięciu z nas stojących przed słuchaczem takimi, jacy jesteśmy, bez żadnych upiększeń.

Rozmawiał Adam Gościniak

Zdjęcia: archiwum zespołu