KOMETY – nie mam mentalności kombatanta

Powstała na gruzach zespołu Partia formacja Komety przejęła po części schedę twórców „Żoliborz-Mokotów”. Głównie mentalną, bo w propozycji Komet nadal można wyczuć nostalgię za ulicą i tym specyficznym, przez jednych uwielbianym, przez innych wyśmiewanym, warszawskim klimacikiem. Jednocześnie najnowsza płyta „Paso Fino” jest chyba najbardziej słodko/gorzką porcją muzycznych wynurzeń grupy. Pogodną muzyką, zahaczającą o korzenny rock’n’roll z jednej i swing z drugiej strony, zilustrowano teksty będące indywidualnym spojrzeniem na niezbyt wesoły świat jaki nas otacza. Jako taka, wydaje się być „Paso Fino” najdojrzalszą, muzyczną wędrówką: od porannej kawy, przez modną restaurację, aż do pustego… konta. Reszty dowiecie się od samego zainteresowanego. Przed Państwem  gitarzysta, tekściarz i wokalista zespołu – Lesław.

Stwierdziłeś, że Komety to całe Twoje życie. Ktoś może powiedzieć – ale ograniczony gość, inny z uznaniem pokiwa głową – pasjonat. Kim jest zatem Lesław?

Lesław jest świadomym swoich ograniczeń pasjonatem (śmiech). W wieku 15 lat założyłem swój pierwszy zespół i jestem szczęśliwy, że w takiej czy innej formie istnieje on do chwili 126obecnej.

Taka konsekwencja to dzisiaj rzadkość. Jeśli miałbyś wymienić najważniejszą motywację, która jest Twoim paliwem, to byłoby to…

Miłość do piosenek. W młodości były dla mnie najważniejsze i pomyślałem, że chciałbym spróbować pisać własne. Kiedy dowiedziałem się, że moje piosenki a szczególnie ich słowa trafiają w czułe miejsca wielu osób, wiedziałem już, że znalazłem swoje powołanie.

Komety to już całkiem długa historia polskiej piosenki – jeśli miałbyś wybrać te najważniejsze, kluczowe momenty w karierze tego zespołu, na co byś postawił?

Było ich wiele. Nie jest mi łatwo wybrać, ale spróbuję. Większość osób dowiedziała się o istnieniu Komet dzięki piosence „Bezsenne noce” z płyty Via Ardiente, więc jej premiera była na pewno kluczowym momentem w historii zespołu. Wolę słowo historia niż kariera. Moim zdaniem, bardziej pasuje do Komet. Ogromnym zaskoczeniem dla nas były koncerty w Meksyku, podczas których meksykańska młodzież śpiewała razem z nami cały nasz repertuar… w języku polskim. Były to uskrzydlające doznania. Uświadomiły mi, że twórczość Komet trafia do serc mieszkańców różnych zakątków naszego globu. Szczerze mówiąc, dla mnie ważniejsza jest przyszłość zespołu niż jego przeszłość. Nie mam mentalności kombatanta.

Skupmy się zatem na teraźniejszości, czyli płycie „Paso Fino”. Dla mnie zaskoczeniem był powrót Twoich starych kompanów, szczególnie Arkusa. Co spowodowało, że znowu występujecie razem? Skąd ten zwrot akcji, tym bardziej, że skład z Miko za garkami prezentował się całkiem nieźle (śmiech).

O każdym składzie Komet mogę powiedzieć, że był to najlepszy skład w danej chwili. Staram się pracować w osobami, które tu i teraz mają wizję artystyczną zbliżoną do mojej. Uważam, że zmuszanie muzyków do czegokolwiek mija się z celem. Skład Komet zmienia się często, ale tego wymaga sytuacja. Dzięki temu w Kometach nie ma osób niezadowolonych (śmiech). Muzycy, którzy towarzyszyli mi podczas nagrywania „Akcji v1” nie byliby w stanie nagrać „Paso Fino”.

nie mam mentalności kombatanta

nie mam mentalności kombatanta

Nowa płyta zaskoczyła mnie pewną przewrotnością – muzyka jest zasadniczo dość optymistyczna, jednak teksty niosą ze sobą spory bagaż goryczy, może nawet rozczarowań. Chciałeś za ich sprawą zrzucić ciężar z pleców?

Pisanie piosenek jest zawsze terapeutyczne, ale przede wszystkim piosenkami nawiązuję kontakt z osobami o podobnej wrażliwości i doświadczeniach. Jest to oczywiście specyficzna forma kontaktu, ale listy, które otrzymuję i spotkania z fanatykami Komet podczas koncertów uświadamiają mi, że do kogoś mój komunikat jednak trafia. To niesamowite uczucie szczególnie dla osoby tak zamkniętej w sobie jak ja. Nie należę do osób, które potrafią podejść do kogoś i zacząć rozmawiać.

Nawet jeśli przyjąć, że tak jest, i tak tematyka może zaskoczyć. Sparaliżowana dziewczyna, nerwica natręctw… Zastanawiam się, czy to kreacja literacka, czy historie z życia wzięte?

W każdej piosence wygląda to inaczej, ale najczęściej mają charakter autobiograficzny. Czasami wymyślam bohaterów, ale są oni z reguły amalgamatem osób, które poznałem.

W „Prywatnym piekle” śpiewam o życiu wymyślonej przez siebie bohaterki a w „Ulicy Kasprowicza” o sobie. Jeżeli chodzi o mnie to kocham każdy aspekt życia w mieście! Jednak z roku na Zdjęcie prasowerok coraz bardziej inspiruje mnie natura. Słychać to zresztą na płycie „Paso Fino”.

Paso Fino to – o ile dobrze sprawdziłem – gatunek konia, krzyżówki – do czego zatem odnosi się tytuł płyty? Czy chodzi właśnie o mieszaninę słodko/gorzkich spraw, które składają się na życie?

To ciekawe skojarzenie! Spotkałem się już z najróżniejszymi interpretacjami tego tytułu. Dla każdego słuchacza „Paso Fino” oznacza coś innego. Nie chciałbym nikogo rozczarować wyjaśniając dlaczego tak postanowiłem nazwać tę płytę.

Z tego wszystkiego wyziera taka postawa dorosłego człowieka, który bardzo mocno stąpa po ziemi. Co zatem powiesz na teorię, w myśl której ludzie po 30-ce nie powinni grać rock’n’rolla?

Nigdy nie wierzyłem w uniwersalne recepty dla całej ludzkości. Moim zdaniem to indywidualna kwestia. Jestem przekonany, że Chuck Berry, który ma już prawie 90 lat i nadal koncertuje, czuje się dużo młodszy niż niejeden dwudziestoparoletni krawaciarz.

Czytając wkładkę, doszedłem do wniosku, że czwartym członkiem Komet jest Robert Srzednicki z Serakosa (śmiech). To jego własna inicjatywa, czy został przez was poproszony? Jego wkład w sumie wcale nie jest taki symboliczny. Czy zatem pomagał on także nieco w ostatecznym szlifowaniu tych piosenek?

 Paso Fino

Paso Fino

Robert jest bardzo uzdolnionym muzykiem grającym na wielu instrumentach. Z nim i z jego żoną Magdą współpracujemy od wielu lat i rozumiemy się bez słów. Cenię ich między innymi za to, że zawsze potrafią zrealizować moje pomysły a także zaproponować własne. Magda i Robert są dla nas tym czym dla Beatlesów był George Martin.

Płyta brzmi bardzo naturalnie, wręcz analogowo. Z tego co wiem, Serakos raczej na taśmę nie nagrywa, czy coś się zmieniło? Skąd u Ciebie taka wielka miłość do korzennego rcok’n’rolla i okolic?

Strona produkcyjna nagrań zawsze była dla mnie bardzo ważna. Jestem zdziwiony tym, że tak wiele zespołów decyduje się na brzmienie nie posiadające żadnych cech osobniczych. Podczas pracy w studio korzystamy z urządzeń analogowych. Ma to ogromny wpływ na charakter płyt Komet. Odkąd pamiętam, zawsze kochałem stare nagrania. Jest w nich coś magicznego, nieprzystającego do współczesnego świata i inspirującego zarazem.

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: archiwum zespołu/Luiza Kwiatkowska/Skorossi