KIEV OFFICE – pozytywny, dźwiękowy panzerfaust

Ciągnie wilka do lasu, czyli… nad morze. No i kolejny raz lądujemy w Trójmieście, by razem z Kiev Office wykorzystać nieco miejską infrastrukturę, zabalować na molo i wreszcie odwiedzić dziewczyny z Rewy. Ta odrealniona podróż jest możliwa za sprawą najnowszej, czwartej już płyty zespołu „Statek Matka”. Jako, że alternatywnie zabarwionego rocka nigdy za wiele, postanowiłem zasięgnąć nieco informacji u samego źródła, którym był Michał Miegoń, producent, członek znanego tu i ówdzie The Shipyard, w Kiev Office odpowiedzialny za dźwięki wokalne i gitarowe. 

Może to głupie pytanie na początek, ale intryguje mnie Wasza nazwa. Skąd pomysł i czy ona coś konkretnego oznacza, jest odbiciem jakiegoś wydarzenia itp?

Nazwa powstała dość spontanicznie w grudniu 2007, po części wynikła z moich fascynacji reżyserem Sergieiem Parajanovem (film „Kiev Frescoes”) a po części z powodu naszej pierwszej sali prób – graliśmy w biurze położonym przy malowniczych dźwigach działającej wówczas bardzo głośno gdyńskiej stoczni. Jako, że samo The Office kojarzy się z serialem, dodaliśmy Kiev, które jako samo słowo jest interesujące i ma 4 litery (a 4 to liczba, którą cenimy). W Kijowie jeszcze nie byliśmy i niekiev-office graliśmy, może kiedyś się uda!

Kijów rozumiem, ale liczba cztery? O co chodzi? Nie wywiniesz się…

Słowo Kiev, czyli po angielsku Kijów, ma 4 litery. Cztery to liczba harmonii i solidności. Zależało mi, żeby w nazwie było coś z czwórką, choćby słowo na 4 litery.

Ale Was jest troje. Nie czujesz dysonansu? Może trzeba kogoś przyjąć do zespołu?

Cztery osoby to więcej zabranej przestrzeni w samochodzie, więcej technicznej zabawy, mniej miejsca na scenie, a krajowe sceny bywają bardzo różne. Jako nastolatek sporo słuchałem Rush i Primusa, idea tria mi się podobała. Poza tym trio właśnie burzy dysonanse – sytuacja jest jasna – jeżeli dwóm osobom nie spodoba się pomysł jednej, to jest on zarzucany. W kwartecie jest to już trudniejsze. Dodatkowo prawdziwym wyzwaniem jest stworzenie bardzo pełnego, harmonijnego brzmienia za pomocą trzech instrumentów. O ile w studiu można nagrać dogrywki to na żywo wychodzi sama prawda. Gramy na scenie bez komputerów – tylko 3 instrumenty i dwa głosy – tak też nagraliśmy nasz najnowszy album „Statek Matka” – prawdziwe brzmienie klasycznego, gitarowego tria. Także w tym wypadku, idąc tropem liczbowym, liczba 3 łączy się u nas idealnie z czwórką…

Pokręcona ta matematyka. Może dlatego, że z 3M pochodzicie. Jesteście kolejnym zespołem, który uosabia magiczną aurę tego miejsca. I kolejnym, którego pytam się – co w Trójmieście jest takiego niesamowitego, że muzykę stamtąd od razu można rozpoznać?

Wydaje mi się, że chodzi jednak o bliskość morza. Inaczej tworzy się w miejscu śródlądowym, inaczej w sąsiedztwie bezkresu morza. Szukając pomysłów, wystarczy nam kilka minut by wyjść ku plaży i stamtąd czerpać inspiracje. Poza tym, spuścizna absolutnie wyjątkowej trójmiejskiej sceny alternatywnej (choćby formacja artystyczna Totart, któremu złożyliśmy hołd na albumie „Anton Globba”) oraz tego, iż tu postał krajowy Rock robi swoje i daje do myślenia. Młodzi ludzie mają tu tego świadomość i nie są zapatrzeni jedynie w zachodnie wzorce. Poza tym Trójmiasto to rozbudowana we wzajemne koneksje sieć muzyków – wiele osób gra w wielu grupach równolegle, osoby się spotykają, wymieniają inspiracjami i pomysłami, panuje wielka chemia. W ten sposób powstał też Kiev Office. Joannę(Kucharską, basistkę) znałem z formacji Jazz 1/2 a Krzysztof (Wroński, perkusista) chodził ze mną do liceum i grał w post-punkowej formacji Kolonia.

Skoro przy 3M scenie jesteśmy – są jakieś płyty/wykonawcy z tego miejsca, którzy szczególnie zapisali się w Waszej pamięci?

„Płyta Redłowska” Szelestu Spadających Papierków, „Half Łoś” zespołu Prawatt, „Białe Wakacje” Ścianki, debiut Old Time Radio, sporo tego się by uzbierało…

Najnowsza płyta Kiev Office zwraca uwagę okładką i tytułem – możesz mi to jakoś naświetlić? Statek Matka?

Tytuł „Statek Matka” to sformułowanie dziennikarza muzycznego Kamila Wicika, który tak określił zespół podczas wywiadu z nami na antenie Radia Gdańsk. To określenie tak nam się spodobało, iż stało się tytułem albumu. Kiev Office jest dla nas „Statkiem Matką”, bo mimo aktywności w innych formacjach (1926, The Shipyard, Bubble Chamber, Trans-Syberia, Black Mynah i inne…) zawsze wracamy do Kiev Office jako do zespołu najważniejszego, jest to nasza główna baza działania. Ów wywiad i koncert na urodzinach miasta Gdynia 10.02 tego roku dał nam wenę i energię by nagrać nową muzykę, co stało się błyskawicznie. Okładka przedstawiająca ów statek jest autorstwa Krzysztofa Wrońskiego, naszego perkusisty, który jest bardzo utalentowanym artystą grafikiem.

Czyli wszystko w rodzinie – muzyka, produkcja i grafika. Układ idealny, ucieleśnienie idei DIY, nieprawdaż?

Dokładnie, jeśli dodać do tego naszego wydawcę Nasiono Records, który daje nam całkowitą wolność artystyczną, jest to najfajniejsze i nasze wymarzone DIY.

pozytywny, dźwiękowy panzerfaust

pozytywny, dźwiękowy panzerfaust

Wolność artystyczna to chyba klucz do Waszej muzyki – jest ona dla mnie zaskakująco eklektycznym tworem. Coś jak punkowcy grający psychodelię gdzieś manchesterskich magazynach.

Czasami zdarza się nam tworzyć rzeczy skrajne. Ciężko postawić obok siebie utwory „Uda Clinta Eastwooda” i „Hexengrund”, tak jak różna jest nasza debiutancka płyta od obecnej. Ale na tym polega nasz klimat. Nie stawiamy sobie jakiś barier, tego w jakiej jedynej stylistyce się obracać. Eklektyczność jest pociągająca. Ile rzeczy dziwnych działo się chociażby u zespołu Ween – a nadal było słyszalne, że to oni. Jedyne, co jest niezmienne to nasze instrumentarium, z gitarami czujemy się najbardziej komfortowo. A że na łącznie 10-ciu strunach w tym składzie pod gryfem gitar czai się sporo melodii to mamy jeszcze duże pole do manewru. Jesteśmy takimi morskimi punkowcami grającymi psychodelię po gdyńskich podwórzach (śmiech…).

W dodatku dość zwichrowanymi lirycznie czyli tekstowo. Przyznam, że zatrzymałem się nieco dłużej przy tekstach, bo są nieźle pokręcone a przy tym w ciekawy sposób nostalgiczne. Pewne klisze, obrazy, które się z nimi wiążą. Czy to dla Was taki strumień świadomości, czy może stoją za nimi jakieś konkretne wydarzenia, emocje?

Teksty były dla nas zawsze trochę takim strumieniem świadomości, ale jako, że świadomość to coś co jest tu i teraz i wynika z jakiś doświadczeń, teksty dotyczą sytuacji prawdziwych. Świadomość to rzeczywistość. Świadomość to życie. Teksty na „Statek Matka” są bardziej dosłowne, to zapis tego co działo się z nami przez ostatni rok. Są tu też historie osób realnych. „Szary Mistyk” to postać często spotykana w centrum Gdyni zaczepiająca przechodniów. „Indianin” to świętej pamięci były radny dzielnicy Gdyni Pogórze. „Po Południu Mechowo” to z kolei historia ucieczki od rzeczywistości w świat eksploracji podziemnej. Myślę, że na tej płycie udało nam się stworzyć teksty na tyle zakręcone, że wręcz będzie można się z nimi utożsamiać.

KIEV OFFICE Statek Matka (Nasiono)  Szum morza. Dźwięk portowych syren. Piasek. Mewy. Ścieżka wzdłuż plaży. Nie ma szans, by uniknąć tych skojarzeń, słuchając Kiev Office. To kolejny zespół, potwierdzający wyjątkowość trójmiejskich składów. Kwestia powietrza, morskiej przestrzeni, otwierającej się na świat a może jeszcze coś innego? Nieuchwytnego. Bo przecież Statek Matka to niby normalna, dość mocna, rockowa płyta. Niby, bo podskórnie czuć w tej muzyce niepokojące wibracje, poczucie wolności i luzu. Ta wolność objawia się min. w tym, że każda z płyt Kiev Office jest zupełnie z innej bajki. Najnowsze dzieło nosi w sobie całkiem spory pierwiastek punkowy, objawiający się w niektórych partiach wokalnych, mocnej, prującej doKIev okładka przodu sekcji rytmicznej i ogólnie gwałtownym charakterze generowanych dźwięków. Do tego opisu pasuje chociażby „Po południu Mechowo” który faktycznie mogłyby ozdobić jakąś kompilację spod znaku „no future”, jednak w pozostałych przypadkach tak łatwo nie jest. Czasami do głosu dochodzą fascynacje hałaśliwym indie („Bulwar molo”), pobrzmiewa wczesny Pixies („Szary mistyk”, świetny, lekko schizolski kawałek tytułowy czy lekko psychodeliczny „Girls from Rewa, Boys from Hel”). Kiedy trzeba, zespół potrafi po staremu pójść na całość w mrocznym, lekko transowym „Opacie”. Podobać się może łączenie stylistyk, czasem całkiem zaskakujące, kiedy indie rockowe zwrotki przechodzą w mocny, punk rockowy refren w „Zawracaniu z wykorzystaniem infrastruktury”. Skoro przy tym dziwnym tytule jesteśmy – zwróćcie uwagę na teksty, bo te są cokolwiek zastanawiające. To w zasadzie zabawa słowem, jego plastyką niż właściwym znaczeniem, choć, jak w wywiadzie utrzymuje zespół, u podstaw leżą dość konkretne sytuacje. Całość w ryzach trzyma bardzo surowa, analogowa produkcja i za każdym, kolejnym przesłuchaniem płyta smakuje lepiej. Nie powiem, że „Statek Matka” odkrywa nieznane mi rejony, ale w przyjemny sposób łączy rockowe granie z duchem starej, dobrej alternatywy.

Nieczęsto spotyka się w zespołach rockowych kobiety. Wasza urocza basistka także wpisuje się w 3M klimat, bo to właśnie w tym miejscu powstało sporo załóg z płcią piękną na pokładzie. Czy taki mariaż wnosi pierwiastek delikatności do zespołu, czy może jest zupełnie inaczej?

Może nie jest to delikatność, ale na pewno zupełnie inny rodzaj groove’u niż męska gra na basie, inne flow. Gitara basowa jest u nas pełna uczucia, ale i zdecydowana, nie bojąca się przeszkód w postaci pojawiania się dziwnych dźwięków w tle czy połamanego bitu. Jest to składowa naszego soundu, bez której nie brzmielibyśmy tak jak brzmimy. Dodatkowo Joanna przynosi sporo pomysłów muzycznych, które wspólnie przetwarzamy. Warto dodać, że wszystkie partie basowe grane są przez Joannę na 50-letnim instrumencie Jolana Alexis Super II. Dzięki temu w domenie niskich tonów jesteśmy bezbłędnie skuteczni niczym pozytywny, dźwiękowy panzerfaust. Zawsze basowo, zawsze do celu.

Z tego co wiem, jesteś też wziętym producentem. Zatem pytanie – czy trudniej realizuje się własne dźwięki w studiu?

Realizuje się pomysły i dźwięki łatwo bo mając środki i możliwości, można uzyskać dokładnie ten efekt jaki słyszy się w głowie, jednak jestem zwolennikiem szybkiej pracy przy własnym materiale, uchwyceniu chwili – im więcej się człowiek zagłębia, tym bardziej traci esencję. Mamy ten komfort, że w studiu nikt nas nie pogania, poganiamy się sami. „Statek Matka” powstał, łącznie z wokalami, w około 10 godzin (choć oczywiście, mixy i mastering trwały trochę dłużej niż 10 godzin…).

Te uchwycenie chwili słychać, bo mam wrażenie, że w niektórych miejscach muzyka jest tylko takim – nie zrozum mnie źle – szkicem, który będzie dojrzewał, np. na koncertach…

To są formy właśnie z koncertów. Gramy je w większości jeden do jednego i nie planujemy modyfikacji. Kto chciałby przyjść na naszą próbę, ten może puścić „Statek Matkę” i poczuje się jak na niej. Wiadomo, koncert generuje inny rodzaj mocy przy bezpośrednim zetknięciu się ze słuchaczami. Dojrzewanie utworów na koncertach stosowaliśmy w okresie „Anton Globba”. Podoba mi się powrót do muzycznej powściągliwości. Po eksplozji post rocka na krajowych rubieżach alternatywy i nie tylko pojawia się obecnie zmęczenie ciągłym napięciem naciągniętej struny emocji. Ludzie są spragnieni piosenek i melodii. My też jesteśmy ich spragnieni.kiev office

Gracie sporo sztuk – kto jest w zasadzie – jeśli to dobre pytanie – odbiorcą Waszej muzyki? Indie hispterzy czy bardziej otwarci przedstawiciele środowisk hc/punkowych?

Myślę, że każda, otwarta głowa jest odbiorcą. Uwielbiamy grać w małych miejscowościach, gdzie to zetknięcie z naszymi dźwiękami publiczność odbiera szczerze, bez kalkulacji i porównań. Byliśmy odbierani pozytywnie zarówno wśród metalowców jak i wśród fanów bluesa i reggae. Graliśmy z NoMeansNo, ze Schizmą czy Plum i zawsze był to bardzo pozytywny cios towarzysko-muzyczny. Obecnie bliżej nam chyba do klimatów HC niż Indie. Staramy się łączyć dwa światy. Gdy zaczynaliśmy działalność, w kraju był boom sceny indie rockowej. Nie będę ukrywał, że uważam iż pierwsza fala nowego indie rocka pozytywnie przewietrzyła nieco skostniałą scenę niezależną i była impulsem do stworzenia przeze mnie Kiev Office. O ile debiutancka płyta była dość gładka, to na koncertach podobała mi się idea zespołu The Fall, gdzie nie było wiadomo co się za chwilę wydarzy. Gitary nie raz lądowały na ziemi a po zakupie większej ilości efektów nie wykorzystywaliśmy ich do tworzenia harmonii a raczej do tworzenia chaosu, wyrwania ludzi ze strefy komfortu. Graliśmy punk rockowe piosenki wymyślane na poczekaniu, na totalnym spontanie. Esencja wolności twórczej. Tym samym byliśmy zbyt hardcore’owi dla publiki Indie, ale wydawaliśmy się zbyt Indie dla publiki „wyrobionej”. Po albumie „Anton Globba” to się zaczęło zmieniać i w tym momencie jesteśmy dumni z naszej bazy fanów kievowych, którzy rozprzestrzeniają te dźwięki dalej do ludu. Robimy trochę egoistycznie te dźwięki pod siebie, pod nas, pod zespół jako odbiorców, i patrzymy co się wydarzy dalej, kto to odbierze i w jaki sposób (śmiech).

Należy zatem zapytać, co wydarzy się w związku z promocją Matki? Czym nas uraczycie i co zaskoczy?

Trasy koncertowej jako takiej nie będzie, natomiast czekamy na sygnały gdzie mamy się pojawić. Takowe powoli spływają ku nam. Jeśli chcecie nas w swoim mieście – dawajcie cynk to wpadniemy. Statek będzie obierał kurs z towarem do portów w potrzebie by zaopatrzyć je w groove. Najbliższa okazja by nas zobaczyć na żywo : 28.12 w Gdańsku Klubie Parlament podczas festiwalu „Metropolia jest Okey”. Zachęcamy do kupna płyty, na serpent.pl lub prosto od wydawcy!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Oskar Szramka