KIEV OFFICE – Demony z kanałów i diabły w głowach

Dlaczego podoba mi się oferta Kiev Office? Bo uosabia wszystko, co w dobrym rocku jest najciekawsze. Świetne teksty, trochę absurdu, szczypra arogancji i powiew wolności. Nie jest to załoga, która przełamuje kolejne bariery, ale w swojej klasie staje się jednym z symboli Trójmiejskiej, pachnącej morzem i psychodelią sceny. Na okoliczność „Modernistycznego horroru” z Michałem Miegoniem rozmawialiśmy o różnych rzeczach – życiu w wielkim mieście, improwizacji, protest songach i… vivie zwei.

Kiedy rozmawialiśmy ostatni raz, w 2014 roku, zakończyłeś słowami Jeśli chcecie nas w swoim mieście – dawajcie cynk to wpadniemy. Zatem, rozpocznijmy na luzie od tego właśnie – w ile miejsc udało się wpaść między wydaniem „Statek Matka” a „Horrorem”?

Od wydania ostatniej płyty minęły trzy lata, więc to spory okres na odkrywanie nowych rejonów kraju i nie tylko. Splotem różnych zdarzeń, z których najważniejszym była przerwa regeneracyjna i kompozycyjna odwiedziliśmy kilkanaście nowych miejsc w kraju, jednak nie możemy powiedzieć, że prowadziliśmy bardzo aktywne życie koncertowe. Nie mniej, skromniejsza liczba koncertów sprawiła, że zagraliśmy tylko te, o których wiedzieliśmy i czuliśmy że będą „tym czymś” – czy to szalona, imprezowa Ustka czy Tajemniczy Wrocław podczas koncertów związanych z Europejską Stolicą Kultury.

Nie mogę w tym miejscu nie zapytać o Joannę; to zawsze jest problem, kiedy członek zespołu zaczyna grać w innym składzie, który tłucze sporo koncertów. Logistyczny problem, czy tylko mały kłopocik?

Sam gram w kilku formacjach, Krzysztof również, więc nie widzę tu żadnej kolizji interesów, na szczęście, nigdy też niePrzyjaciele było sytuacji, w której przez inne aktywności zespołowe członków grupy należało odwołać lub przesunąć jakiś występ Kiev Office.

Nieuchronnie zmierzamy zatem w stronę nowej płyty… Wiem, że to nudne, ale po raz kolejny udało się Wam w kawałku plastiku zakląć morską bryzę i portową duszę, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Macie już dość tych „trójmiejskich” porównań?

Porównań nie mamy dosyć bo jesteśmy dumni z tym, że jesteśmy kapelą Trójmiejską, czy wręcz Gdyńską, jeśli mamy być dokładni geograficznie. Takie granie naturalnie nam wychodzi absolutnie i nie mamy ambicji by brzmieć zgodnie ze światowymi trendami, czy tym, co jest teraz modne w alternatywie – to po prostu nasz taki strumień świadomości z morskimi odchyłami. Na pewno robi sporo to, że wszystkie nasze sale prób oraz studia nagrań było położone w bliskim sąsiedztwie słonej wody. Uważam, że to zaklinanie morza i trójmiasta w muzyce to też nurt powszechny, słychać to zarówno u yassowych tuzów jak i u świeżych kapel z okolicy. Może u nas jest tego akurat większe natężenie, też przez teksty nawiązujące do lokalnych opowieści i miejsc. Zawsze jestem ciekaw odbioru naszej muzyki przez ludzi z innych części kraju, którzy są pozbawieni kontekstu czasu i miejsca, w którym nasze dźwięki powstają; póki co odbiór raczej jest pozytywny. Fajnie patrzeć jak Warszawiacy i Wrocławianie śpiewają razem z nami na koncercie teksty o dzielnicy Gdynia Działki Leśne, gdzie nigdy nie byli (śmiech).

W tym kontekście jawicie się mi jako spadkobiercy Apteki (wiem, niezbyt to oryginalne…), ale w związku z tym mam pytanie: czy ten 3M duch przekłada się na szaleństwo poza-dźwiękowe? Mówiąc wprost – na backstage’u jest „grubo”? Właściciele klubów boją się was zapraszać?

Na pewno ta energia przekłada się na nasze inne działania twórcze i spontaniczność w niektórych kwestiach, natomiast raczej nie należymy do pokoncertowych niszczycieli. Pod względem imprezowości, im starsi jesteśmy, tym bardziej cenimy kameralność i wypoczynek, choć staramy się nie uciekać od razu po występie. Może ktoś to nazwać dziadostwem, ale sam osobiście czuję się spełniony pokoncertowo pod względem świętowania i nie mam wymagań używkowo – afterowych. Nie wypowiadam się tu w kwestii imprez za Asię i Krzysztofa. Choć wydaje mi się, że Asia jest najbardziej społecznie nastawiona z nas pod względem afterów (śmiech). Może w początkowym okresie koncerty i powroty z nich były bardziej intensywne ale sprzyjały temu warunki. Pierwszą trasę odbyliśmy po wydaniu LP „Jest Taka Opcja” kolejkami PKP wypożyczając sprzęt w klubach. PKP to brak kierowcy za kółkiem. Raczej imprezujemy w trójkę przy dość hermetycznych żartach. Ostatnio po koncercie w Ustce obejrzeliśmy cały film „The Room” Tommy’ego Viseau i to był lot. Wysłuchaliśmy też cały album „Amarok” Oldfielda. Ja go uwielbiam, ale dla Asi i Krzysztofa było to wielkie przeżycie. Wczoraj skończyłem za to przygotowywać nalewkę z Agawy. Nie ważcie się nazwać jednak nas nudziarzami – mamy w sobie abstrakcję werbalną, której niektórzy nie rozumieją podczas styczności pokoncertowych (śmiech).

Czyli bardziej rockowi intelektualiści. Tak się zastanawiam – co was ciągle trzyma razem? To w sumie dość rzadko spotykana sytuacja, że zespół przez tyle lat – mimo braku jakichś strasznych sukcesów – gra w jednym składzie, bez żadnych zawirowań. Jaka jest recepta na taką długowieczność?

Zaczęliśmy grać razem na pierwszym roku studiów, przeżyliśmy razem erę totalnej zajawki i dzikości, warto wpisać w youtube hasło „kiev office” i są tam niezłe perełki z dawnych lat, o których sami już prawie nie pamiętamy. Internet nie zapomina! Kiedyś postanowiliśmy, że będziemy działać, grać tyle czasu ile się da. Chciałbym żebyśmy nagrali coś razem za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, jak los da. Po dziesięciu latach spędzonych razem wiemy dokładnie co możemy razem zdziałać, jakie mamy oczekiwania muzyczne i co nas kręci a czego unikamy. Może chodzi po prostu o to, że jesteśmy  przyjaciółmi? Mimo tego, iż brak nas (jeszcze!) na regularnych radiowych playlistach i zespół nie jest naszym głównym źródłem utrzymania to właśnie ta więź jest naszym wielkim sukcesem. I to też klucz do długowieczności. Nie wyzbyliśmy się nastolatka w nas. Nie kalkulujemy komercyjnie i nie patrzymy na statystyki – może to też odpowiedź na zadane pytanie?

No właśnie – nowa płyta taka jest. Nastolatek w głownie. Nie wykalkulowany, ale szczery. No i inspiracje pozostały – Soniki, morze i 3M. Ale jednocześnie jest w tej płycie coś takiego, hmmm, punkowego, narwanego. Użyłbym słowa „garaż”, ale chyba za daleko bym się posunął. Czy może nie?

Karol Schwarz, nasz wydawca, też twierdzi, że garażowy rock, choć akurat naszym zdaniem jest tu go mniej niż na poprzedniej płycie „Statek Matka” – tutaj czwartym instrumentem było studio, a na poprzedniej płycie były tylko 3 instrumenty i setka. Ale masz rację, punk u nas jest. Max Białystok z Królestwa mówi, że gramy Indie Art-Punk i może coś w tym jest. Ja dodam tylko, że przy tej płycie nieco inspirowałem się Vivą Zwei, tej stacji nie ma już lata. Leciał tam super rock niezależny. Tony niemieckich kapel i zagranicznych, grających świetną, alternatywną muzykę. Jest to taki hołd dla Vivy Zwei. Na pewno kojarzysz ten krzyżyk w logo i tą stację. Od Toola po Sonic Youth i niemiecki hip-hop. Ostatnia true stacja. Potem już nic nie było takie samo. Jesteśmy wychowani na vivie zwei, mniej na trójce (śmiech).

Demony z kanałów i diabły w głowach

Demony z kanałów i diabły w głowach

Modernistyczny horror, kolażowa okładka, teksty – trochę mi to śmierdzi takim zakrętem, nadmiarem bodźców z jakimi spotykamy się na co dzień. Czym jest ten „modernistyczny horror” z twojego punktu widzenia?

Słuszna uwaga! I okładka autorstwa Asi i teksty wraz z muzyką to taki obrazek z życia w wielkim mieście, które skręca niekoniecznie tam, gdzie chcemy lub się spodziewamy. Modernistyczny Horror to zabudowa wszelkich miejskich przestrzeni przez inwestycje deweloperskie oraz inne aktywności architektoniczne, które pozbawiają nas zieleni, drzew i swoistego przewiewu. Modernistyczny Horror to również koszmar pędu życiowego i bezlitośnie kurczących się zasobów czasowych. To wreszcie historie z dreszczykiem czające się w podwórkach. Potwory z szafy, demony z kanałów, diabły w głowach. Na okładce to wszystko się znajduje, słuchacze znajdą to też w piosenkach.

To co mnie najbardziej rajcuje na tej płycie, to fakt, że grając „podpunkowione” piosenki, w zasadzie w każdym numerze narracja może kojarzyć się z improwizacją. Przemycacie te smaczki i luźniejszą pracę instrumentów po to, by bawić się muzyką na koncertach, zmieniać ją?

Z tym wiąże się ciekawostka na temat realizacji albumu. Wpierw napisałem teksty. Jeden do „Lekcji 1” przyniosła Asia i do nich zaczęliśmy robić muzykę w sali prób, rejestrując to na prosty dyktafon. Po dwóch latach pracy i aranży stwierdziliśmy, że pierwsze demówki mają pierwotną moc, i wszelkie repetycje, powtórzenia – atmosferę i konstrukcje demówek przenieśliśmy jeden do jednego do studia. Wszystkie zmiany tonacji i długość przejść są tu zachowane jeden do jednego w stosunku do tego, gdy pierwszy raz mierzyliśmy się z materią nowych utworów. W ten sposób zachowaliśmy nieskrępowaną niczym radość i pierwotną energię demówek, ale z profesjonalnym podejściem produkcyjnym. Pierwsze podejścia są najfajniejsze, to wiemy z doświadczenia. Choć w sumie nagraliśmy około 20-tu utworów, spośród których wybraliśmy te, które tworzą ostatecznie album

Przeczytałem gdzieś, że zespołem, z którym łączy was stylistyczne powinowactwo, są Kobiety. Zgadzasz się z tym? Oczywiście, znowu wkraczamy na terytorium „trójmiejskości…”

Zespół Kobiety jest tropem, szczególnie jeśli chodzi o ich debiutancki album, który nadal robi wrażenie zaginionego ogniwa pomiędzy yassem a sonic youth’ową neurotycznością w wydaniu kaszubskim, aczkolwiek nigdy nie słuchaliśmy tego zespołu z nabożnością i chęcią odwzorowania brzmienia czy ich stylu kompozycyjnego. Ale stawianie nas z nimi w jednym szeregu jeśli chodzi o powinowactwo jest bardzo miłe. Mamy w sobie dozę kobiecości.

Jaką długość na koncercie osiągnie „8 lat w Tybecie”?

Ostatnio udało nam się zagrać utwór minutę dłużej niż na płycie podczas koncertu w B90 (9 minut), wszystko przed nami. Najdłużej za to graliśmy cover „Children of the Revolution” T-Rex, który na jednym z koncertów osiągnął 16 minut.

Ostatnie pytanie było pretekstem do rozważań na temat roli improwizacji w muzyce Kiev Office. To jest ta improwizacja, czy też używanie tego słowa jest nadużyciem?

Improwizujemy cały czas, w życiu i w muzyce. Strasznie poważnie to zadanie zabrzmiało, ha… Generalnie, przy okazji nowej płyty nikt z nas nie przynosił gotowych numerów, raczej zamykaliśmy się i graliśmy to, co po prostu pod palce przyszło. Ewentualnie ktoś krzyczał jaki akord zmienić. Ale wszystko dzieje się raczej randomowo. Zarówno jeśli chodzi o tempo wydawanych przez nas płyt, utwory, czy ich prezentacja. W tym zespole całkiem zamknięte formy są dopuszczalne, ale nie jest to coś, do czego dążymy. W sumie, jeśli zebrać to co wyżej napisane to jesteśmy zespołem improwizującym piosenkowym.Band z kolumnami

Żałujecie, że afera z Makłowiczem nie wypromowała waszego kawałka „Makłowicz w podróży”? W sumie mógł się z tego zrobić jakiś, hmmm, protest song (śmiech)…

Ten utwór ma chyba zbyt zawiły i abstrakcyjny tekst jak na protest song. Nie pretendujemy do roli tych, którzy idą z pieśnią na barykady. Wolimy subtelne pstryczki w kierunku aktualnych sytuacji światowych i krajowych, czasem takie pstryknięcie palca robi więcej niż cios! Ale generalnie sukcesem było to, iż trafiliśmy nim do pana Makłowicza, którego cenimy i jesteśmy fanami. Uwielbiamy gotować! Pan Robert to fan alternatywnej muzyki i mocniejszych brzmień, postać wielce pozytywna. Przypominam, że nasz utwór „Jerzy Pilch” również nie stał się ogólnokrajowym hitem, a dzięki nim zawiązała się pewna więź między nami a panem Jerzym i zostaliśmy uwiecznieni w jego autobiograficznym wywiadzie-rzece „Zawsze nie ma nigdy”.

To są fajne sytuacje, kiedy muzyka wychodzi poza granice wyznaczone przez ten biznes i trafia w nowe miejsca do ludzi, którzy nie są w sumie z hałasem utożsamiani. Idąc tym tropem, jaka była najbardziej zaskakująca sytuacja, jeśli chodzi o waszą muzykę i reakcje na nią?

Lubimy wprowadzać nasze dźwięki, które nie grzeszą raczej ułożeniem i ciszą w miejsca, ku publiczności nieprzyzwyczajonej do nich. Ciekawym doświadczeniem było zagranie płyty „Anton Globba” dla seniorów przebywających w sanatorium w Ciechocinku. Koncert odbył się w kinie Zdrój. Na sali kinowej przebywało kilkadziesiąt osób w wieku 60 + oraz kilku młodych punków. Festiwal nazywał się „Echa Depresji”. Piękny plakat, który gdzieś mamy w archiwach przedstawiał Ewana McGregora w stanie paranoi w jakimś horrorze. Idealna sytuacja dla nas. Dla seniorów graliśmy też w restauracji serwującej kuchnię arabską na rynku w Starogardzie Gdańskim na zaproszenie lokalnego fan clubu muzyki Jazz. Więc może uznano nasze walory improwizacyjne! Po przedstawieniu grupy organizator zapytał się, dlaczego Asia tak mało śpiewa. Mimo jej wzmożonej aktywności w chórkach wciąż wyczuwalne było napięcie na linii publika – organizator – My. Na koniec koncertu szef spytał się, że skoro nasz zespół nazywa się „Asia i Koty” to czemu Asia nie śpiewa. Do dziś nie wiemy, w jaki sposób uznano nas za ten kameralny projekt, Asię Bielawską serdecznie pozdrawiamy (śmiech). Występowaliśmy też dla kibiców klubu Arka Gdynia w ich barze Olimpijska na stadionie gdyńskim oraz dla personelu wojskowego na auli Akademii Marynarki Wojennej. Generalnie anegdot nieco jest. Ale powyższe pamiętamy najlepiej (śmiech).

Wasze poczucie humoru na pewno dodaje muzyce jasności a co do pomyłek i dziwnych miejsc, to faktycznie, jesteście liderami. Taki, nazwijmy to, teatrzyk absurdu pomaga w codziennym funkcjonowaniu zespołu?

Myślę, że pomaga bo nie nudzimy się sobą i naszymi dźwiękami. Taki styl narracji piosenkowej i aranżacyjnej wykształciliśmy od początku działalności, chyba najwięcej dziwactw takich przemyciliśmy na „Zamenhofa” i „Anton Globba”, lubimy wprawiać czasem w zakłopotanie; po naszym ostatnim koncercie w Toruniu przedstawiciel znanego w kręgach alternatywnej zespołu Jesień był skonsternowany bo oczekiwał noise’u a dostał coś z pograniczu werbalnego performance’u i koncertu, z informacji które mam, nadal próbuje to zrozumieć. Podczas koncertu w Warszawskim klubie Chłodna 25 tydzień temu musieliśmy skrócić koncert o kilka utworów bowiem kilkanaście minut zajmowała nam żonglerka słów z publicznością. Szczególnie płodny dialog sceniczny nastąpił z Mateuszem Romanoskim m.in z Melisy. Rozmawialiśmy zarówno o Marillion jak i o zwierzętach leśnych. Monolog i rozmowa z publiką była przerywana utworami z najnowszego albumu. Choć daleko nam do wspólnego projektu Mikołaja Trzaski z Tymonem Tymańskim, w ścianchktórzy wychodzili na scenę i po prostu rozmawiali.

Może niedługo, wzorem Yello, koncerty promocyjne będą wyglądały tak, że wyjdziecie na scenę, siądziecie przy stole i będziecie wznosić winem toasty na cześć publiczności, a muzyka będzie leciała z taśmy?

Nie no, bez przesady, nie po to zbieraliśmy na efekty i gitary by teraz nie grać kompletnie! W B90 powiedziałem może ze trzy zdania z sceny. Musi być równowaga w naturze (śmiech). Jesteśmy zwierzętami koncertowymi. Ale może umiejętności werbalne przydadzą się nam na siwą i odległą starość i zamiast rozwiązać formacje, staniemy się starymi gawędziarzami nie tylko dla wnucząt i wnuków, ale dla młodego pokolenia muzyki alternatywnej, o ile takie za 50-60 lat będzie na świecie?

Skoro zbliżamy się do starości, to czas zarzucić temat planów. Jest płyta, jest chęć i co dalej?

Mimo tego, iż płyta dopiero co wyszła to myślami jesteśmy już przy kolejnym projekcie, który będzie związany ze spuścizną Trójmiejskiej sceny alternatywnej, ale szczegóły powiemy dopiero jesienią. Rozważamy również poszerzenie instrumentarium. Póki co, zagramy nieco występów promujących „Modernistyczny Horror” i zabieramy się do ostrej pracy u podstaw nad nowymi numerami. Wyjdzie też teledysk do utworu „Cafe Santana” kręcony w Usteckim Kinie Delfin. Nigdzie się nie śpieszymy, ale jesteśmy czujni, zwarci i gotowi. Najbliższe koncerty, na których można nas zobaczyć odbędą się 08.06 w Elbląskiej Mjazdze, 23.06 na imprezie NaSiano Sunrise na Kaszubach, latem szykujemy również imprezę plenerową w Gdańsku. Jesienią zaś odwiedzimy resztę kraju w tym nasz matecznik – Gdyńskie Ucho, gdzie zaprezentujemy, jeśli zdążymy, zupełnie nowe oblicze!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Paweł Jóźwiak