KETHA – trzecia prędkość kosmiczna

Wprost z kosmosu spadła nam nowa płytka Kethy. Krótka, zwięzła i jak zwykle cholernie intensywna. Zespół idzie do przodu, zmienia się, jednak nadal pozostaje wierny muzyce wolnej od jakichkolwiek obciążeń stylistycznych. Jeśli przy okazji debiutu można było posądzać ich o zdecydowanie metalowe skłonności, a płyta  2nd Sight była ukłonem w stronę Kobong, tak teraz pielęgnują już własny, przebogaty styl, w którym jak w lustrze przegląda się samo dobro współczesnej odmiany awangardowego metalu, progresji i psychodelii. Nowa ep-ka to także kolejne wyzwania, o których możecie przeczytać w recenzji gdzieś niżej; jednocześnie zapraszam do lektury tego co do powiedzenia na tematy związane z obecną kondycją Kethy ma jej mózg – Mr Trip.

Zawsze się zastanawiałem, co takich utalentowanych instrumentalistów, którzy w zasadzie mogliby zagrać wszystko, pcha w stronę muzyki, która – powiedzmy to uczciwie – chleba nigdy nie przyniesie?

Myślę, że chęć tworzenia takich dźwięków bierze się z potrzeby znalezienia swojego języka, swojej przestrzeni muzycznej. Z nastawienia chcę więc eksperymentować z formą czy z brzmieniem. Trudno oczekiwać, że z takiego podejścia urodzi się coś łatwego w odbiorze, choć znalazłbym sporo zespołów dużo bardziej pogmatwanych, które jednak zdobyły pokaźną publikę.Ketha Grafy

Czyli, drążąc temat, wierzysz, że konsekwencja będzie kluczem do zdobycia uznania gremium? Bez konieczności przysłowiowego „dawania dupy”?

Ja nie kalkuluję, czy na kolejnym albumie będzie bardziej przyswajalnie. Pewnie, że chciałbym grać duże koncerty, mieć recenzje w największych magazynach – każdy muzyk tego chce, nawet jeśli pozuje na kogoś „tru undergroundowego”. Nie zakładam jednak, że przepustką do tego etapu będzie przyjemny album dla wszystkich. To co gra Ketha musi się podobać przede wszystkim mnie, a czy ta konsekwencja przełoży się kiedyś na poklask – nie wiem. Nie uzależniam jednak od tego sensu istnienia zespołu.

Na razie idziecie jednak w stronę coraz większego kosmosu. Dokonałem porównania debiutu z nowym materiałem i wyszło mi, że dzisiaj jesteście takim Krimsonem post metalu. Choć ten metal też jest już umowny. Paradoksalnie, technika przestała być najistotniejsza, dużo bardziej zwracam dzisiaj uwagę na plastykę dźwięku…

Wszystko się zgadza, bo i Crimson od dawna jest wśród rzeczy, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Technika tak naprawdę nigdy nie była nadrzędna, zawsze najważniejsze były emocje, choćby wywołane jednym dźwiękiem.

Długo szukaliście brzmień, jakie dominują na nowym mini? Chodzi o szperanie w efektach itp? Macie jakieś swoje tajemnice w tym temacie, które decydują, że Ketha wyróżnia się spośród innych zespołów? Zdradzisz coś, czy będziesz strzegł zespołowej kuchni?

Większość rzeczy to wynik mariażu tego co miałem w głowie, tego czego użyłem jako efektów oraz miksu Jacka Młodochowskiego. Mało jest tu typowych, podłogowych „kostek”, bo w okresie nagrywania miałem ich po prostu niewiele. Z konieczności używałem więc przeróżnych wtyczek Logica, zwłaszcza w drugiej, wolniejszej części ep-ki, gdzie astronauci mówią i trzeba im zrobić odpowiednio kosmiczny podkład.

trzecia prędkość kosmiczna

trzecia prędkość kosmiczna

Właśnie – kosmos… O co chodzi – to jakieś Twoje niespełnione marzenia z dzieciństwa? Chcę muzyką odlecieć gdzieś na Marsa? Skąd wzięła się ta cała otoczka płyty?

Warstwę liryczną zacząłem budować długo po tym jak zostały nagrane bębny i główne gitary. Zaczytywałem się wtedy w książkach Lema – zresztą, robię to do tej pory – i stąd historia o ucieczce poza układ słoneczny. Z dość ponurym końcem, gdzie, parafrazując klasyka, „niczego nie ma, niczego nie będzie„. Do tego doszedł tytuł płyty – 16,7, czyli po dodaniu km/s zdaje się trzecia prędkość kosmiczna. A ep-ka to nasza trzecia płyta. I mało tego, trwa dokładnie tyle ile ma w nazwie – 16 minut, 70 sekund.

Czyli abstrakcja w pełnej formie. Ile na nowym materiale jest „oddechu” – w sensie swobody, luźnego lotu? Improwizacji. Przypadku? 

Ha, cały czas marzy mi się, że nagramy materiał, który jest efektem improwizacji, ale to jeszcze nie ten. Tu wszystko było przygotowane przed wejściem do studia, choć ilość dodatkowych dźwięków, instrumentów, ludzi, gości znacząco zmienił pierwotny obraz, to na pewno.

Co sprawiło Wam najwięcej problemów przy realizacji tej ep-ki? Gdzie tkwiły przysłowiowe schody? Chodziło bardziej o sprawy kompozycyjne czy techniczne? Bo zakładam, że zagrać w sensie technicznym możecie wszystko i tu było pewnie gładko…

Największym wyzwaniem była sekcja dęta. Jej zbudowanie, znalezienie odpowiednich osób, zajęło dobrych parę tygodni. Ponieważ nie były to osoby, które grają ze sobą na co dzień, ale mają masę swoich zajęć, ustalaliśmy termin nagrania przez parę miesięcy Samo nagranie poszło już gładko, choć wszystkie partie przekazywałem bez nut, nucąc lub puszczając komputerową wersję. Było wesoło. Przy reszcie rzeczy, oczywiście, zdarzały się problemy, bo np. miksowaliśmy płytę dwukrotnie, bo bębny nagraliśmy od nowa itd. itp., ale to jednak dęciaki były najważniejszą i najtrudniejszą misją. Bez nich ten album straciłby 3/4 swojej mocy.

KETHA – #!%16.7  (Instant Classic) Nowa ep-ka Kethy wylądowała. Czarna, jak sam kosmos, bo też i taka tematyka tym razem dominuje. Konkretna brzmieniem i instrumentalnym kunsztem. Niedopowiedziana, bo każdy utwór to lot w nieznane. Konsekwentna, bo nadal eksploruje rejony rzadko odwiedzane przez rodzimych muzykantów. Najważniejsze jest zaś to, że wymykająca się skutecznie klasyfikacjom. Dominujący, niesymetryczny puls został tym razem wzbogacony instrumentami dętymi, coKetha okładka dodało muzyce przestrzeni a czasami nawet zaskakującej melodyki („The Sounderiad”). Awangardowe płaszczyzny harmoniczne mają tendencje do zakręcania, czasami nawet w stronę jazzu (chociażby w „Mobius”), piętrzą się psychodeliczne mgiełki, szczególnie w drugiej części płyty. Głos, opowiadający o galaktycznej ucieczce, schowany między instrumentami, ginie, prowadząc w kosmiczną pustkę. Całość połączona w jeden, szesnastominutowy wyziew, nie pozostawia wątpliwości, że obcujemy z muzyką konkretną. Co ciekawe, aspekt techniczny okazuje się być tu najmniej istotny. Oczywiście, panowie w tym rewelacyjny pałker  Maciek Dzik (min. Disperse), grają jak szaleńcy, jednak przesunięcie środka ciężkości z technicznych wygibasów i łamania metrum w stronę wolno sunącego, szamańskiego pulsu wyszło zespołowi tylko na dobre. Nie sposób opisać wszystkich dźwięków w jednej recenzji, bo dzieje się tu niesamowicie dużo, gdzieś w tle, z boku, coś się zmienia, pozornie niepotrzebne szmery i hałasy łączą się w ciekawą a przede wszystkim doskonale zaprojektowaną układankę. Zespół ponoć jeszcze nie improwizuje, ale spodziewam się, że na kolejnej, już zapowiadanej płycie, może się coś takiego wydarzyć. W dodatku, im dłużej słucham ep-ki, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to mikstura świetnie nadająca się do koncertowej prezentacji. Brakowało mi takiej muzyki. Ciężkiej, ale nie metalowej i technicznie akademickiej ale bez niepotrzebnych popisów. Ketha w życiowej formie. 

Co się stało z bębnami? Dlaczego dwa razy? Pewnie zaliczyliście niezły stresik…

Zmienił się bębniarz i stwierdziliśmy, że fajnie by było, gdyby jednak posadził swoje wersje. Nic strasznego, bo Maćkowi zajęło to jedno popołudnie.

Ano właśnie – zmiana pałkera to jednak duże wydarzenie. Jak wyglądał proces asymilacji? Z rozmowy z Maćkiem wiem, że był/jest mocno zajarany faktem grania w Ketha. Jak z Twojej, szerszej perspektywy wygląda ta zmiana? Co Ketha na niej zyskała?

Bębniarz to zawsze pierwszy recenzent tego, co przynoszę – czy to riffu czy gotowego utworu. Tak działałem wcześniej z Wawrzyńcem, tak samo jest i teraz z Maćkiem. Jednak z uwagi na jego bardzo napięty kalendarz nie mam zbyt wiele miejsca dla testowania każdego riffu z osobna. Raczej staram się filtrować sam siebie i na próby przychodzić z materiałem, którego jestem pewien, choć przy nowym – tym, który nadejdzie po ep-ce – Maciej dość skutecznie wyprostował mnie jeśli chodzi o zróżnicowanie temp poszczególnych numerów. Nie jest więc tak, że mam decydujący głos we wszystkim i bardzo dobrze…

Wspominasz o nadchodzącym materiale – może za szybko, ale sam wywołałeś wilka z lasu – już działacie w tym temacie?

Zarówno „#!%16.7” jak i „2nd sight” powstawały bardzo długo – mniej więcej 2 lata każda. Dlatego gdy wychodziła „dwójka”, miałem już napisaną ep-kę i teraz jak wychodzi ep-ka – mam napisaną kolejną, tym razem pełnowymiarową płytę. Chciałbym, żeby to był album, który ujrzy światło dzienne w przyszłym roku, ale na razie nie mam bladego pojęcia czy to założenie będzie realne.

Ok, to zostajemy przy ep-ce i promocji. Miałem ostatnio przyjemność obejrzeć sobie wasz koncert. I wiesz, czego mi brakowało? Teatrum. Wasza muzyka aż się prosi o jakiś bardziej teatralną oprawę, coś w rodzaju performance’u. Czy zastanawialiście się nad czymś takim?

Tak, były różne plany swego czasu, ale niewiele z tego wyszło. Mam dość wyraźny obraz tego jak powinniśmy wyglądać na żywo i może już przy kolejnych koncertach wizualny aspekt będzie bardziej dopracowany.

To drążmy – coś na temat tego „dość wyraźnego obrazu”?

Wiesz, przy wcześniejszych płytach nie mieliśmy tak sprecyzowanej warstwy tekstowej. Ketha nigdy nie była nastawiona na przekaz inny niż dźwiękowy. To się nigdy nie zmieni, ale w przypadku „#!%16.7” mamy „kosmiczną” tematykę, oprawę graficzną, więc będziemy chcieli przemycić ten pierwiastek w ubiorze czy wizualizacjach.Ketha band2

Może to głupie pytanie, ale myślisz, że uda się za sprawą tej ep-ki dojść dalej niż miało to miejsce w przypadku „II”? Chodzi mi o to, że działanie zespołów alternatywnych w Polsce zazwyczaj jest takie… fazowe: płyta, kilka koncertów a potem cisza, do następnego materiału. Planujecie coś większego?

Mieliśmy, kilkakrotnie, obietnicę zagrania z naprawdę wielkim bandem z Polski, no, ale albo trunki były danego wieczoru za mocne, albo nas zapomnieli wydrukować na plakatach. Trudno samemu zorganizować to tzw. „coś większego”, mimo, że nigdy nie stawialiśmy praktycznie żadnych warunków. Na takim braku zasad udało nam się zagrać trasę z Minsk i pojechalibyśmy w każdą kolejną tego typu, gdyby tylko była propozycja. Wspaniale grało nam się przed Gojirą, ale nigdy więcej nie dostaliśmy propozycji supportu przed „dużą nazwą„. Jedyne działania jakie możemy podjąć to samodzielne koncerty, z zaprzyjaźnionym jednym-dwoma zespołami i co tu dużo mówić, w niezbyt oszałamiającej liczbie.

Może boją się Was zapraszać, bo technicznie kasujecie większość wykonawców?

Ha, ha, nie przesadzajmy, w Krakowie ostatnio zagraliśmy raczej średnio…

Ok, Wasze „średnio” i tak jest nieosiągalne dla wielu zespołów. Co zatem stanowi dla Was wyzwanie, które stawiacie przed sobą teraz, kiedy płyta jest już na rynku? Mieliście jakieś pierwsze opinie/recenzje?

Na razie czekamy na recenzje, mamy nadzieję, że będą łaskawe… Wyzwanie zawsze pozostanie to samo: zaskakiwać, nagrywać każdy, kolejny album lepszy od poprzedniego i nie przejmować się liczbą lajków!

Ok, zatem na koniec ostatnie słowo pozostawiam Tobie i dziękuję za rozmowę…

Wielkie dzięki za rozmowę, przy okazji wszystkim wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu