KETHA – Syzyfowe prace

Gorzko – słodka historia pożegnania ze światem zespołu Ketha. Zespołu, którego perypetie śledziliśmy na naszych łamach i zawsze ciepło się wypowiadaliśmy. Bo też i muzyka tego projektu była nietuzinkowa, zespół zawsze szedł własną ścieżką i być może to właśnie był największy minus sytuacji – nigdzie nie pasował i odbijało się to na dezorientacji decydentów, kreujących kulturę klubową. Wulgaryzując – nikt nie wiedział, gdzie ich upychać i do kogo będą pasować. Bo do nikogo w zasadzie nie pasowali. I tak po latach historia dobiega końca, co ciekawe, finisz odbywa się w pięknym stylu bo „Magnaminus” to zdaniem niżej podpisanego absolutnie najlepsze dzieło zespołu. Zupełnie inne, oddalone od metalu, od łamańców, zanurzone w transie i melancholii. Nad trumną pochylamy się z Maćkiem, szefem, gitarzystą i wokalistą Ketha, który choć może i przegrał bitwę, wojnę chce toczyć dalej. 

Na początek, zanim przejdziemy do meritum, zatrzymam sie chwile nad reedycją jedynki Kobong, bo przyłożyłeś do niej rękę. Jakie wspomnienia wiążą się z tym materiałem?

„Jedynkę” w momencie gdy wychodziła kojarzyłem bardzo pobieżnie, gdzieś mignął mi klip do „Taka tuka” czy „Rege”, ale całą płytę usłyszałem dopiero na etapie „Chmury nie było”. To właśnie drugi album Kobonga był moim pierwszym stykiem z zespołem na poważnie. Zainspirowali mnie tak mocno, że pomyślałem o stworzeniu swojego bandu – takiego, który szuka, gra dziwnie, trudno, poza metalem, choć stosując estetykę charakterystyczną dla tego gatunku. Wolę zdecydowanie ich oblicze z „Chmury…”, ale fakty są takie, że debiut nawet dzisiaj robi piorunujące wrażenie. Kiedy więc parę miesięcy temu odezwał się do mnie Maciek Miechowicz, z prośbą o pomoc w przygotowaniu grafik na reedycję, nie trzeba mnie było namawiać. Zwłaszcza, że tych rozmów na temat wznowienia było przez lata kilka, a znamy się z Maćkiem już dobrze ponad dekadę.

Widzę tu jakieś podobieństwo. I Kobong i wy byliście wysoko oceniani, jednak za uznaniem krytyków i fanów nie poszedł sukces komercyjny. Może kiedyś zrobimy reedycję jedynki Kethy…

Tak, w pewnym sensie spotkał nas podobny los, choć byłbym daleki od porównywania nas do Kobonga. A jeszcze dalej byłoby mi do potrzeby reedycji „III-ia”, nie uważam naszego debiutu za specjalnie udany – mimo bardzo dobrych recenzji jakie zebrał. To jest rzeczywiście paradoks, że prasę zawsze mieliśmy świetną, opinie od słuchaczy również, nie udało nam się jednak przebić ponad pewien pułap. Być może się za mało staraliśmy, a być może te dźwięki nie są tak trafione jak nam się wydawało.

No i nieuchronnie zbliżamy się do zasadniczego pytania, ktore chyba wielu osobom ciśnie się na usta – dlaczego zdecydowaliście się zawiesić Kethę na kołku? Tylko nie odpowiadaj: „skoro do tego doszło, znaczy, dojść musiało”…

Powodów było całkiem sporo, ale najważniejszy to dotarcie do tzw. ściany – chcieliśmy grać koncerty, ale nie byliśmy w stanie ich, mówiąc kolokwialnie, „złapać”. Pukaliśmy do bardzo wielu drzwi, poruszyliśmy wszystkie kontakty jakie przez lata zgromadziliśmy i niestety wszędzie kończyło się to niczym. Byliśmy zespołem, który nigdy nie stawiał warunków, nie mieliśmy żadnej stawki za jaką wyjdziemy na scenę, wręcz przeciwnie – byliśmy gotowi sfinansować się sami. Nawet z taką postawą w najlepszym wypadku słyszeliśmy „przy następnej okazji na pewno!”. Nie pomogły tu recenzje czy rekomendacje. Trochę przestaliśmy rozumieć, dlaczego w kółko nikt nas nie chce, bo czuliśmy, że „0 hours starlight” to nie jest jakiś chłam, który chcemy wpychać ludziom na siłę, tylko wartościowa muza. Zaczęło się to wszystko przekładać na morale w samym zespole, siadł klimat, siadła chęć grania, zaczęły się jakieś niepotrzebne konflikty, pretensje, aż w końcu arbitralnie zdecydowałem, że pora powiedzieć „stop” i poszukać czegoś innego.K Maciek

Dojście do ściany to chyba jest problem całej grupy zespołów alternatywnych w tym kraju. Występują ci, co są z jakiegos powodu „na topie”, bo znaleźli sie w centrum zainteresowania i dlatego kluby ich grają. Reszta ma właśnie taki problem: przy tak dużej ilości zespołów, które dopychają się na sceny, faktycznie zagrać małą trasę, kilka koncertów w miarę sensownych warunkach jest cholernie ciężko. Zresztą, zagranie to jedno a ile przyjdzie osób, to drugie. Przyznam, że ten muzyczny róg obfitości zaczyna bardziej przypominać ślepą uliczkę. Czasy, kiedy chodziło się na koncerty „bo ktoś grał” dawno minęły. Teraz mamy tak, że często w tym samym klubie są równolegle dwa koncerty a w całym mieście kilkanaście do wyboru jednego dnia. Taka diagnoza. Pytanie brzmi: masz pomysł jakie zastosować lekarstwo?

Nie ma takiego lekarstwa – zawsze byli i będą wykonawcy, którzy przechodzą bez echa. Ta tak zwana „kariera” to wypadkowa bardzo wielu czynników, wśród których bardzo dużą rolę gra… przypadek. Trzeba mieć odrobinę szczęścia, żeby znaleźć się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Warto oczywiście zadbać też o swój repertuar, ale nie zawsze jest to warunek konieczny, by zaistnieć.

Zastanawiałeś się kiedyś, jakiego „przypadku” zabrakło jeśli mówimy o Ketha?

Wspomnianych koncertów – myślę, że dobry tour w roli supportu zrobiłby dla nas najwięcej. Ale to tylko gdybanie 🙂 Nie mam do nikogo pretensji, nie chcę tu jęczeć, jaki świat jest niesprawiedliwy i jak się na nas nie poznał. Po prostu jednym się udaje, innym nie, bez filozofii. Zrobiliśmy wszystko, żeby wyglądało to inaczej.

Nie drażni cię, że kiedy hccialiście grać, to była cisza, a kiedy ogłosiliście, że kapitulujecie, to internety zapłakały? To trochę jak z gazetami: jak istnieją, to chodzi się je czytać do EMPIKU a jak padają, to płacz dlaczego… Trochę straszno, trochę śmieszno…

Dostaliśmy też całkiem sporo propozycji koncertów (śmiech). Natomiast już sprzedaż płyty jest na niskim poziomie, odsłuchów podobnie. Tak jak wspominałem wcześniej, trudno się na to obrażać. Brak laurów nie zmienia w żadnej mierze mojego stosunku do tej płyty. Jestem z niej dumny, uważam, że to nasz najlepszy materiał, nie da się go łatwo sklasyfikować. I ten cel przyświecał mi od początku tworzenia zespołu – nie powtarzać się, nie naśladować, być w swojej przestrzeni dźwięków. Każda z naszych płyt gra w swojej kategorii. Brak szerokiego grona odbiorców nie wpłynął nigdy na jakość tego, co firmowaliśmy nazwą Ketha.

Wierność idei wiernością, ale pożegnalna ep-ka to trochę złośliwość z waszej strony- żegnać się najlepszą płytą w zestawie, w dodatku najbardziej chwytliwą. W zasadzie mam wrażenie, że to właśnie ten materiał mógłby wam parę drzwi dodatkowo otworzyć…

Być może, należałoby jednak z nim pracować – pojechać z koncertami, o które zabiegaliśmy od premiery poprzednika, „0 hours starlight”. I tak się to koło zamyka.

Syzyfowe prace

Syzyfowe prace

Gdzieś spotkałem się z opinią, że problemem Kethy było to, iż odstawała – dla metalowćów była zbyt hipsterska, dla alternatywy zbyt metalowa, z kolei dla słuchacza typowo rockowego zbyt artystyczna/techniczna. I to powodowało trudności z dopasowaniem was koncertowo.

Nigdy nie rozumiałem tego argumentu z „dopasowaniem” koncertowym. Wiele razy go słyszeliśmy – jak rozmawialiśmy o trasie z jakimś metalowym bandem, to argumentem przeciw naszej kandydaturze na support było właśnie stwierdzenie „fajni jesteście, ale za mało metalowi„. A ja zawsze wolałem chodzić na koncerty, gdzie grają zespoły z różnych bajek. Zawsze też uważałem metal za gatunek bardzo pojemny, bardzo otwarty, gdzie akurat nikt nie powinien specjalnie się przejmować czy wszyscy grają „na cztery”, czy jest „dżyn dżyn” i czy perkusista gra blasty. Może ja po prostu nie rozumiem metalu. U mnie w odtwarzaczu z równą częstotliwością kręcą się DJ Krush, The Necks, Penderecki i na dokładkę, nie wiem, ostatni Marduk. Taki misz-masz miałem od zawsze. Kompletnie więc nie rozumiałem, dlaczego nie możemy pojechać w tour z zespołem death metalowym, albo dlaczego jakiś festiwal odmawia, bo „w tym roku robią edycję black metalową”. To bardzo ograniczone podejście do muzyki.

Polskie podejście do muzyki, niestety. Tak to właśnie wygląda. I teraz żarcik: nowy materiał to wasza pierwsza płyta, która idealnie pasowałaby do Instant Classic (śmiech). Tymczasem wy wydajecie ją sami, jeśli mam dobre info…

Tak, wydaliśmy sami – a ściślej rzecz biorąc, wydałem. Nie szukałem nikogo, bo chciałem mieć to z głowy jak najszybciej. Wiedziałem też, że nie ma wydawców, którzy wezmą na siebie koszty nagrań czy miksu – a to one są najtrudniejsze do udźwignięcia. Zwłaszcza jeśli pracujesz w najlepszym studio w Polsce. Przygotowanie fizycznych płyt było kosztem marginalnym i dość łatwym do „wyzerowania”, nawet przez taki niszowy akt jak nasz. Przez lata zdobyłem też wystarczającą ilość kontaktów, by samemu dotrzeć do wszystkich mediów zajmujących się taką muzyką. W skrócie, mogłem sobie pozwolić na małą fanaberię i wypuszczenie „Magnaminus”. Dzięki temu udało się to w tym roku.

Czy w kontekście zaistniałej sytuacji myślisz w ogóle o jakichś koncertach promocyjnych czy tylko płyta i do widzenia…

Widzisz, kiedy wymyślałem ten materiał, miałem dość jasną wizję grania go na koncertach. Był pomysł na dodatkowych muzyków, na światła, oprawę, na zbudowanie jeszcze ciekawszej – i dłuższej – setlisty. Chciałem spróbować czegoś, czego nie robiliśmy wcześniej, czyli poimprowizować, bo ten materiał jak żaden poprzedni, dawał ku temu pole. Ale no, nie zagramy, nie istniejemy jako zespół, nie mam ochoty kompletować teraz nowych ludzi. Wrócimy na scenę z Maćkiem Dzikiem, natomiast nie jako Ketha. Chcemy zacząć od nowa.

No to zanim przejdziemy do ep-ki, skoro wywołałeś wilka (a w zasadzie dzika…) z lasu – to zdradź nam przedpremierowo co to będzie?

Na pewno będzie ciężko, nisko, głośno i transowo…

…a kiedy coś się objawi?

Chciałbym bardzo w przyszłym roku ruszać już pełną parą.

Zatem idziemy do ep-ki. Przyznam, że to zaskakujący materiał, przede wszystkim ze względu na jego melancholijny charakter i ten piękny, jadący jak cholera TRANS… Skąd taki w sumie duży zwrot, w stosunku do poprzednich materiałów?

Materiał powstał bardzo, bardzo spontanicznie. Tak jak poprzednie płyty pisałem miesiącami, zastanawiając się nad każdym kolejnym elementem układanki, tak tutaj wszystko pojawiło się trochę samo. Byłem wówczas zagranicą, dopiero co skończyliśmy miksy „0 hours starlight”, miałem więc czystą głowę, nie obarczoną już myśleniem co jeszcze moglibyśmy poprawić. Nie miałem ze sobą gitary, a nosiło mnie do zrobienia czegoś nowego. Głównym instrumentem stał się z konieczności laptop. Wklepałem w niego bębny, klawisze, basy. Tydzień później przywiozłem gitarę, dograłem riffy i demo było gotowe. Uwinąłem się z całością w dwa tygodnie 🙂 Spora część tych śladów weszła na płytę, wszystkie klawisze są zagrane na klawiaturze laptopa – próbowałem je zagrać na prawdziwym instrumencie, ale nie byłem w stanie odtworzyć tego samego flow. Początkowo nie zakładałem, że to będzie Ketha, dopiero jak wysłałem chłopakom i wrócili z entuzjastyczną reakcją, stwierdziliśmy, że dlaczego niby nie? Taki zwrot w przypadku Ketha nie wydawał się niczym dziwnym.K Maciek 2

No i tutaj chwycę cię za słowo – „entuzjastyczna reakcja”. Jakoś blisko od tego entuzjazmu do rozpadu…

To był zupełnie inny moment. Wtedy i ja i reszta zespołu, myśleliśmy, że jesteśmy na fali wznoszącej – zaraz mieliśmy wypuścić „0 hours starlight”, z której byliśmy bardzo zadowoleni, a w zanadrzu mieliśmy już epkę. Ruszaliśmy na podbój wszechświata. Niestety kolejne miesiące i pasmo niepowodzeń skutecznie nas rozbiły.

Czyli rozumiem, że ta melancholia w nowej muzyce wcale nie jest – co można sobie zasugerować – wynikiem rozpadu zespołu tylko potrzebą chwili. Nie żałujesz, że z TAK dobrym materiałem żegnacie świat? Jest opcja, że nowy projekt coś z tego uszczknie na koncerty?

Melancholia bierze się z mojego stanu, w jakim byłem gdy materiał powstawał. Mieszanina beznadziei, braku punktu zaczepienia, wewnętrznego rozpadu i próby znalezienia dla siebie celu – z tego musiały wyjść dokładnie takie dźwięki. Wydaje mi się, że owszem, są bardzo dalekie od metalu, nawet jak na nasze standardy, ale są też najmroczniejszym punktem w naszej dyskografii. Wcale nie żałuję, że to ostatnia płyta. Zupełnym przypadkiem doskonale wpisała się w bycie epitafium zespołu. Czy w nowym projekcie sięgniemy po te tematy – wolałbym nie, ale na takie decyzje przyjdzie jeszcze pora.

I chyba w tym momencie pozostaje tylko miejsce na pożegnania i ostatecznie podsumowanie kariery: żałujesz czegoś z tych wielu lat pchania kethowego wózka?

Pewnie jest cała masa momentów, w których dało się coś zrobić lepiej, pójść mocniej, ale nie zatracam się w takich analizach. Musiałbym wtedy siedzieć już do końca życia i rozmyślać „hej, a gdyby…?”. Wolę przesiąść się do innego wózka i zacząć go pchać od nowa. Może znowu okażę się Syzyfem, a może tym razem będzie inaczej?

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu