KEN MODE – Hałas w garażu

KEN mode na przestrzeni lat pozostawali jednym z najjaśniejszych punktów na firmamencie połamanego hardcore’a, a wskazówka odchylała się raz w stronę chaotyczną i noise’ową, raz w kierunku bardziej przystępnym, niemal rockowym. Kanadyjczycy nigdy nie byli jednak tak nieprzyjemni, jak na „Loved”. To jest ich opus magnum, poczynając od okładki, przez brudne, smoliste brzmienie kompozycji, na przepełnionych niechęcią i zrezygnowaniem wokalach kończąc. Zupełnie zrozumiałe, że o zespole jest głośniej, niż kiedykolwiek. Rozmawiałem z braćmi Jesse’m i Shane’m Matthewsonami.

W kontekście materiału z „Loved” interesujące jest, jak podchodzicie do niego na koncertach. Wszystko jest zaplanowane, czy zostawiacie sobie miejsce na improwizację?

J: Same struktury są raczej mocno zdefiniowane, bez miejsc na większe zmiany. Różnicę między nagraniem a koncertem tworzy w naszym przypadku „fizyczna” strona grania, reakcja ciała na graną muzykę, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi. To ona zapewnia dodatkowy, chaotyczny wymiar koncertu. Kompozycje same w sobie pozostają niezmienne i chyba właśnie ta stałość, pewność tego, co mamy grać, pozwala nam na stworzenie tak intensywnego show.

S: Każda miejscówka na trasie wiąże się z określonymi problemami akustycznymi czy technicznymi, a problemy można przekuć w możliwości. Czasami specyfika miejsca, w którym gramy, czyni daną sztukę faktycznie niepowtarzalną i jedyną w swoim rodzaju. To najistotniejszy aspekt, jaki przychodzi mi do głowy, kiedy mowa o różnicach między „Loved” a wykonywaniem tych piosenek na żywo.Band

Po wyczerpującej, dwumiesięcznej trasie promującej „Success”, zdecydowaliście się uniezależnić od wpływów z grania na żywo, zakładając MKM Management Services. O działalności samej firmy za chwilę, natomiast chciałem zapytać, czy, porównując kiedyś i teraz, w koncertowaniu bez tej finansowej presji odnajdujecie więcej satysfakcji?

J: Trasa wciąż jest w zbyt wczesnym stadium, by wyciągać jakieś daleko idące wnioski, ale faktycznie. W kwestii finansowej musieliśmy wykonać mentalny krok w tył, zmniejszyć nacisk kładziony na te sprawy. Posiadając inne źródła dochodu, nie musisz martwić się, że jeżeli merch będzie słabo schodził, nie będziesz miał co jeść przez najbliższy miesiąc. Jasne, wciąż zależy nam, by trasy i płyty odnosiły sukcesy, ostatecznie – to jest w tym wszystkim najważniejsze, dotrzeć ze swoją muzyką do tak szerokiej publiczności, jak to możliwe. Jednak siłą rzeczy dzisiaj mniej jest w naszej działalności presji, a więcej skupienia na radości z grania. Chcielibyśmy utrzymać takie podejście. W tym momencie na tym właśnie polega KEN mode; na wyrażaniu siebie i czerpaniu z tego satysfakcji.

S: To może trochę przewrotne, że mówimy o skupieniu na pozytywnych emocjach w kontekście trasy promującej nie tak znów pozytywny krążek…

Czym zajmujecie się w ramach MKM Management Services? Jaki jest zasięg waszego działania, tzn. współpracujecie tylko z zaprzyjaźnionymi zespołami, czy też pojawiają się nazwy, z którymi jesteście związani wyłącznie na zasadzie profesjonalnych relacji?

J: Przede wszystkim prowadzimy działalność biznesową dla profesjonalnych, koncertujących zespołów (ang. touring acts – red.). Zajmujemy się wszystkim tym, co można wsadzić do worka z napisem „mniej przyjemne strony bycia w zespole”. Wielu ludzi zdaje się nie rozgraniczać pojęć „menadżer” i „menadżer biznesowy” – o ile w pierwszym przypadku mówimy o człowieku, który kreśli przed muzykami różne możliwości czy kierunki rozwoju, tak nasza praca jest naprawdę monotonna. Dbamy o to, by artyści byli w stanie utrzymać się z grania; w Kanadzie dobrze rozwinięty jest system rządowych grantów i tym także się zajmujemy, pisząc odpowiednie wnioski i składając podania. Zabawne, że przez wiele lat staliśmy trochę na uboczu sceny, postrzegani jako ci nudziarze (zarówno Jesse, jak i Shane posiadają wyższe wykształcenie w zakresie finansów – red.), a dzisiaj czerpiemy z tego korzyści, zajmując się finansami wielu naprawdę popularnych zespołów. Rzecz jasna, kontakty nawiązane w KEN mode znacznie ułatwiły sprawę. Działamy głównie na obszarze Kanady, ale stopniowo chcielibyśmy wyjść z tym biznesem szerzej.

Wspomniałeś o rządowych grantach. W jakim stopniu były one istotne w rozwoju KEN mode?

J: Zawsze żartowaliśmy między sobą, że te granty pozwoliły nam na pięć lat uciec w jakieś „rock’n’roll fantasy”. Nie oszukujmy się – operując w takiej stylistyce, w jakiej operujemy, w normalnych okolicznościach nie mielibyśmy szans na uczynienie z grania źródła utrzymania. Moglibyśmy z tego wyżyć może przez rok, a tak: rozciągnęliśmy ten czas do pięciu. Granty pozwalają na wynajęcie agencji PR, nakręcenie teledysku, finansują też trasy. Kiedyś odpowiadały za to wytwórnie, dziś taki „tour support” zwyczajnie nie ma racji bytu. Jako KEN mode ostatecznie osuszyliśmy tę studnię do dna, pieniądze się skończyły. Jednak program jako taki wciąż działa i dla wielu – nie tylko młodych – zespołów jest naprawdę dużym ułatwieniem. Mogą skupić się na byciu „kanadyjskim kulturowym towarem eksportowym”, bo takie założenia stoją u podstaw programu. Myślę, że to ważne, by rząd chociaż w małym stopniu skupiał się na tego rodzaju altruistycznym, prokulturalnym działaniu.

„Loved” to płyta o bardzo noise’owym, chaotycznym charakterze. Zastanawiam się, czy nie jest to trochę chaos kontrolowany? Wchodząc do studia, byliście pewni każdego dźwięku, czy jednak trochę miejsca zostawiliście przypadkowi/uczuciu chwili?

J: Dysponowaliśmy jasną wizją tego, co chcielibyśmy osiągnąć, a z drugiej strony mieliśmy zamiar mocno eksperymentować z teksturami brzmienia. Wiedzieliśmy, że dużą wagę przywiążemy do kwestii produkcji, a Andrew Schneider ze swoją miłością do noise’u wydał nam się idealnym kandydatem. Struktury były dość sztywno ustalone, wiedzieliśmy, czego chcemy się trzymać, natomiast kompletną niewiadomą było, jak to wszystko będzie brzmieć. Zostawiliśmy sobie zarówno sporo czasu, jak i miejsca w kompozycjach, na eksperymenty. Szkielet tego materiału był mocno zaznaczony, natomiast sposób, w jaki to wszystko „pokolorowaliśmy”, jakie nadaliśmy temu barwy, to już inna historia.HAŁAS

W wywiadzie dla Pure Grain Audio stwierdziłeś, że odkąd dołączył do was Scott (Hamilton, basista – red.), muzyka KEN mode zdecydowanie mocniej podryfowała w kierunku noise rocka. Na ile takie inspiracje działają na was podświadomie, a na ile sami decydujecie, w jakim kierunku muzycznie podążyć?

J: To są raczej świadome decyzje. Prawda jest taka, że muzyczny background Scotta i nasz w dużym stopniu się pokrywają. Nie musimy niczego udawać ani niczego planować, niektóre inspiracje są dla nas wszystkich tak naturalne, że po prostu dajemy im się ujawnić. W przeszłości mieliśmy pewne problemy ze zrozumieniem z innymi basistami – inaczej jest wtedy, kiedy ktoś naprawdę rozumie twoje fascynacje, bo wychował się na tych samych kapelach, a inaczej, kiedy ktoś tylko próbuje się dostosować i nie do końca potrafi w to wgryźć.

S: Decyzja o kierunku estetycznym „Loved” była bardzo organiczna. Nie ma mowy o żadnym spotkaniu, na którym omawialibyśmy plany na kolejną płytę. Wszystko zaczęło się od robienia hałasu w garażu, ja i Jesse, jak zawsze. Z tego punktu zwyczajnie pozwoliliśmy sprawom się rozwijać.

Słowo o grafice zdobiącej okładkę „Loved”, bo to naprawdę porządny kawałek sztuki…

J: To grafika autorstwa Randy’ego Ortiza, z którym współpracowaliśmy już przy okazji kilku poprzednich krążków i wielu posterów koncertowych. Pod koniec 2016 r. stworzył rzecz zatytułowaną „Happy Person Having a Pleasant Conversation in Public”. Nie skłamię, mówiąc, że ta grafika w znacznym stopniu zainspirowała muzykę na „Loved”. Na dosyć wczesnym etapie tworzenia materiału zdecydowaliśmy, że chcemy użyć „Happy Person…” jako okładkę, i wszelkie dalsze nasze działania to były próby dorównania poziomem do tego dzieła. Żartowaliśmy, że każdy kolejny riff musi zadowolić uśmiech („please the smile”; Jesse powtórzył to kilka razy coraz dziwniejszym głosem; dla zrozumienia proponuję spojrzeć na okładkę „Loved” – red.). To było trochę takie artystyczne siłowanie się na rękę.

S: W pewnym sensie album przerodził się w hołd dla tej grafiki; nie dość, że stanowiła ona poprzeczkę, do której poziomu musieliśmy doskoczyć, to byliśmy pod tak wielkim jej wrażeniem , że faktycznie odcisnęła ona poważne piętno na „Loved”.

Odnoszę wrażenie, że „Loved” to wasza najgłośniejsza płyta dotychczas. Tak wiele o KEN mode nie mówiło się nigdy wcześniej.

J: Tak… to, co chcieliśmy wyrazić poprzez tę płytę, to uczucie konsternacji czy przerażenia spowodowane kulturalnym i technologicznym klimatem naszych czasów.Band 2 To jest zbiorowe uczucie; mam wrażenie, że wielu ludzi ma podobnie. Ból i strach wyzierające z tej płyty kotłowały się w nas od jakiegoś czasu. „Loved” na pewno spotkało się z pozytywnymi reakcjami słuchaczy, dla których „Success” było płytą zbyt miękką. Dzisiaj znów brzmimy nieprzyjemnie. Trzeba jednak spojrzeć szerzej: nie chodzi o samo brzmienie. Ludzie umieją odnieść się do emocji zawartych na tej płycie. Czują to samo. To w zasadzie przerażające, jak wielu słuchaczy dobrze zinterpretowało „Loved”; jak wielu wie, z jakiego miejsca wychodzimy, a nie jest to zdrowe miejsce.

S: Zdecydowanie nie jest. Jak wspomniał Jesse, obserwowanie, jak wielu ludzi może utożsamić się z tymi emocjami, jak wielu dobrze odczytuje intencje stojące za tą płytą, było straszne. Wiesz, nie mam problemu ze słuchaczami, który interpretują muzykę „nieprawidłowo”, bo po premierze to jest już ich muzyka, nie nasza, i mogą zrobić z nią wszystko. Tutaj mamy do czynienia z przeciwnym zjawiskiem. Zaskakująco wielu dobrze przeczytało „Loved”.

Postrzegacie granie tego typu muzyki, jak na „Loved”,  jako pewnego rodzaju katharsis?

J: Zdecydowanie. Kilka dni temu rozmawialiśmy o tym w swoim gronie i doszliśmy do wniosku, że na przestrzeni lat staliśmy się biegli w oddzielaniu psychicznego syfu od reszty umysłu i koncentrowania go w muzyce KEN mode. To tam wszystkie złe emocje znajdują swoje ujście. Dzisiaj umiemy je także nazywać, umiejętniej je wyrażamy. Na co dzień staramy się czerpać z tego satysfakcję, skupiać na pozytywnych emocjach, natomiast kiedy wychodzimy na scenę, tworzymy najbardziej mroczne KEN mode dotychczas.

S: Artystyczne osobowości często zmagają się ze swoimi demonami. Są tylko dwie drogi: albo ty trzymasz je na smyczy, albo one ciebie. Dzisiaj możemy powiedzieć, że mamy nad całą swoją ciemnością kontrolę, nie – na odwrót.

J: Potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby dojść do tego miejsca. (śmiech)

Adam Gościniak

Zdjęcia: archiwum zespołu