KATIE CAULFIELD – Pustka i cień

Zadebiutowali obiecującym materiałem „Sow Thistles”, którym pokazali, że depresja może być przebojowa, poszli za ciosem, kosząc umysły dojrzałą wizją niebezpiecznej muzyki gitarowej na „Mutual Dreaming”, by wreszcie stworzyć coś co wykracza poza typowe rozumienie zespołu rockowego. Tegoroczna płyta „Tańce ludowe” jest poniekąd znaczącym wkładem dyskusję o przyszłości muzyki gitarowej, otwiera wiele furtek i zadaje pytania, na które nie usłyszymy odpowiedzi, bo zespół… postanowił zakończyć działalność. Dlaczego? W poniższym wywiadzie wyjaśnienia nie znajdziecie. Zespół informuje za to, że komplementy nie są wskazane, bo „Tańce ludowe” to muzyka, która … nie powinna się podobać. Skomplikowane to wszystko. (Nie)cieszmy się zatem dźwiękami od Katie i uszanujmy ich decyzję, bo mają do tego prawo. Cóż innego nam pozostaje…

Być może początek wywiadu będzie bardzo nieprofesjonalny, ale muszę to powiedzieć/zapytać: zdajecie sobie sprawę, że nagraliście jedną z najlepszych alternatywnych płyt tego roku?

Janek: Wiesz co, ja z naszymi kolejnymi płytami mam troszkę jak Pan Piernikowski. „Wszystko co powiedziałem wczoraj, dziś jest nieważne”. Wiem co się działo jak ta muzyka powstawała, ale nie jestem w stanie ocenić czy to dobre czy nie.

Paweł: Dobrze się składa, bo to mało profesjonalna muza. Parę dobrych osób czuje tę muzę bardzo głęboko i te osoby podzielają Twoje zdanie, ale to źle, bo “Tańce ludowe” to muzyka, która nie ma się podobać.

Piękne to jest. „Muzyka nie ma się podobać„. Proszę o wyjaśnienie, bo taki trop bardzo mnie ciekawi. Jaki efekt ma zatem wasza muzyka osiągnąć? Skoro została wydana, ma jakiś cel…

Janek: Mnie osobiście bardzo denerwuje, że zapomina się o tym, że muzyka także może wywoływać efekt. W innych dziedzinach kultury: filmie, malarstwie, teatrze itd. odbiorca nie jest tak mocno nastawiony na wartości estetyczne. Ludzie rozumieją, kiedy film czy obraz potrafią być nieprzyjemne, męczące. Od muzyki zawsze gdzieś tam podskórnie oczekuje się pewnej dozy przyjemności, która ma z obcowania z nią płynąć. Myślę, że jest to coś z czym powinno się walczyć, a nie pielęgnować. Albumy muzyczne za bardzo weszły do naszego życia codziennego, słuchamy w autobusie, albo w pracy. Tymczasem bardzo bym chciał, żeby więcej ludzi spróbowało obcować z nią bardziej intymnie. Sam na sam.

Paweł: Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że z Katie nie będzie nigdy „siana”, więc jedynym naszym atrybutem jest możliwość przeginania. W takim sensie “Tańce…” mają charakter niemalże researchowy. Nie tylko w kontekście ludowości, ale też niezalu, czymś co nie miało się podobać nam samym. Co do publiki… uważam, że nieprzejmowanie się słuchaczem podczas tworzenia to najwyższa forma szacunku do niego. W samym wydaniu fizycznym, czyli tym jak płyta wygląda i pachnie jest oczywiście odwrotnie.

Pustka i cień

Pustka i cień

…i o to właśnie chodzi. Bo nieprzyjemny=intrygujący. Osobiście dźwięki trudne zmuszają mnie do. Kiedy pierwszy raz usłyszałem „Pan Planeta” Ścianki, chciałem wyrzucić płytę do śmieci. Ale nadal jej słucham, choć wywołuje u mnie dreszcze. To wszystko jednocześnie powoduje, że mało osób połknie haczyk. Zgubiliśmy tę wewnętrzną wrażliwość, nieprawdaż?

Janek: Z moich małych obserwacji wynika, że ludzie starają się ten brak sobie łatwo wytłumaczyć. Pomyliła się sama wrażliwość z przewrażliwieniem. To moim zdaniem spory problem. Ale abstrahując, to „Tańce” raczej nie są i nie miały być najwrażliwszym krążkiem.

Paweł: Chyba było więcej robienia sobie jaj niż płakania. To wszystko działo się tak szybko…

Wynika z tego dość przypadkowy- czytaj: improwizowany charakter płyty. Waszą tajemnicą pozostaje to, w jaki sposób wszystko się pięknie skleiło. Znacie płytę „Obertasy” duetu Opla?

Janek: Nie znamy duetu Opla, obiecujemy sprawdzić. Paradoksalnie, „Tańce…” były naszą najbardziej przemyślaną i poukładaną formalnie płytą. Improwizowanych fragmentów jest tam naprawdę niewiele.KC 1

Przywołałem Oplę nie bez przyczyny – to duet, który za pomocą hałaśliwej gitary i rozchełstanych bębnów rozprawił się z muzyką ludową. Skąd u was pomysł na dobranie się do owej ludowszczyzny?

Michał: Przyznam, że o duecie Opla dowiedziałem się dopiero przy okazji tegorocznego Unsoundu i miałem przyjemność zobaczyć ich dokładnie tydzień temu. Podczas koncertu dopiero doszło do mnie jak daleko można było rzeczywiście wykorzystać ludowe tradycje rytmiczne w naszym eksperymencie. Mimo, że nasza wiedza o muzyce i poziom techniczny nie pozwalają nam na takie zabawy, staraliśmy się podejść do tematu bardziej konceptualnie.

Paweł: W trasie promującej poprzedni album jeździliśmy po różnych ciekawych miejscach słuchając radia „Pogoda”. Wiejski krajobraz i piękna polszczyzna musiała wejść nam w krew już wtedy.

Janek: Muzyka ludowa, czy w ogóle kultura ludowa, odwołuje się się do podstaw człowieka i jego myślenia o świecie. Myślę, że tak naprawdę to właśnie tam można znaleźć aksjomatyczne prawdy o nim. Jakąś pierwszą pustkę i cień, z którego się wyłonił, bo obracamy się w pustce, a serduszka są czarne. Właśnie tam chcieliśmy poszukać.

I to obracanie się w pustce zaowocowało czymś w rodzaju dekonstrukcji muzyki popularnej. W waszej płycie zderzenie pierwiastka popularnego (melodyka) z tradycją (owa domyślna ludowość) i chęcią wytrącenia słuchacza ze stanu równowagi dały w efekcie coś w rodzaju studium „współczesnej muzyki alternatywnej”. Czy te poszukiwania są dla was satysfakcjonujące, czy raczej pozostawiają niedosyt?

Janek: Czuję się na pewno swobodniej i lżej po tej płycie. Myślę, że udało nam się zrzucić jakiś balast wbitych zahamowań, który na nas ciążył. Wolność w poszukiwaniu powinna być podstawą podejmowania jakichkolwiek działań twórczych. Nie wiem czy potrafię odpowiedzieć na Twoje pytanie dotyczące satysfakcji. Myślę, że mi samemu udało się parę rzeczy zrozumieć, na przykład podczas pisania tekstów na płytę. Chociaż „zrozumieć” jest w zasadzie słowem naiwnym. Bardziej uzyskać świadomość, o pewnych rzeczach w samym człowieku. Natomiast nie jestem w stanie powiedzieć ile z tej mojej podróży zostaje dla osoby odbierającej ten album. Nie mam pojęcia jak ludzie odbierają tę płytę, na ile ona jest w stanie gdzieś wejść a na ile pozostać na tych powierzchownych warstwach, dlatego myślę, że najszczerszą odpowiedzią na Twoje pytanie jest stwierdzenie, że udało się nam przerwać trzymające nas linki wstydu i nic innego już o tym albumie nie wiem.

Paweł: Muzyka pop jest spadkobiercą muzyki ludowej, czyli rytualnej, ale jednocześnie rozrywkowej – towarzyszącej życiu codziennemu. Nie przypomina Ci to czegoś? Niezale, Gace z radomskiego i wszelakie Tatiany Okupnik to w pewnym sensie ta sama zupa zabiegająca o Twoją uwagę gwałtownym wierceniem zlewającym się w jednostajny szum. Może to jest jakiś trop? Noise jako nadmuzyka.KC 2 dr

Oddaliście płytę w ręce ludzi, i nie macie już wpływu na to, jak zostanie odebrana. Ale możecie zdradzić, jakie reakcje już wywołała…

Janek: To chyba pierwsza nasza płyta, która wywołała aż tak różne reakcje u ludzi. Z jednej strony pojawiły się głosy, że kiedyś byliśmy lepsi a teraz staliśmy się pretensjonalni i sami nie wiemy o co nam chodzi. Ktoś nam napisał, że płacze przy tej płycie, bo bardzo go dotyka. Reakcje typu niefajna płyta, ale kawałek „Pyrricha” fajny. Byłem naprawdę bardzo zdziwiony tak dużą rozpiętością.

I ta rozpiętość reakcji jest chyba najlepszym dowodem na to, że muzyka dotyka słuchacza do żywego. I co najważniejsze nie da się jej po prostu przesłuchać, odfajkować i zapomnieć. Jest jak kamień w bucie. Chcę wyjąć ale nie mogę, wiec idę i czuję go coraz mocniej. 

Paweł: Polecam pomyśleć o artyście jako o zwykłym fachowcu, który nie obrabia drewna, czy kamienia, tylko uczucia, a istotą jego pracy jest właśnie przeżywanie. To, co piszesz mi schlebia; bardzo lubię płyty, które można sobie rozbierać na kawałki jak ptasie mleczko. Płyty, które się odkrywa. Poznaje, tak jak człowieka…

Janek: Nie chcę zakładać, że nasz album jest warty podjęcia wysiłku, bo tego nie wiem. Oglądam go przez trochę inny filtr, ale jeśli pytasz szerzej o kulturę to zdecydowanie uważam, że wysiłek jest wart podejmowania. Jesteśmy zbyt wygodni, a według mnie szczęście w ogóle jest efektem ubocznym podejmowania wysiłku, na różnych płaszczyznach.

…płyty, które nie chcą od razu rozpuścić się w głowie. Wielorazowego użytku. I tu kwestia wysiłku, która wyjaśnia mała popularność takich płyt. Odwykliśmy od traktowania słuchania muzyki jak wysiłku intelektualnego. Co zresztą tłumaczy popularność imprez typu lato w mieście. Czy świadomość tej, hmmm, elitarności/niedostępności schlebia wam czy wywołuje raczej frustrację?

Paweł: Mnie frustruje, bo jak ktoś używa słowa „elitarny”, to przeważnie jest głupi albo podstępny. Nie mam Cię zaKC organki głupca. Kuflowe mocne też jest nie jest dla każdego, ale czy jest elitarne?

Janek: Ani nie schlebia, ani też nie wywołuje frustracji. To nie jest też do końca tak, że my obraliśmy jakąś konkretną drogę, nie mamy na pewno ambicji, żeby obracać się w kręgu mało znanych twórców. Potrzebowaliśmy uwolnić swoje myślenie o formie, we mnie gdzieś siedziała potrzeba odreagowania pewnych spraw poprzez nadanie tej muzyce brutalniejszego charakteru, takie działanie na pewno zawęża grono.  W sumie myślę, że ta płyta jest po prostu pewnego rodzaju prezentem, który postanowiliśmy sobie zrobić. Niedostępność muzyki jest tylko przypadkowym efektem, który się zdarzył.

Ok, zrobiliście sobie prezent, a teraz… zamierzacie zawiesić działalność. O co w tym chodzi?

Paweł: Nie mogę powiedzieć (śmiech).

I to jest chyba doskonałe zakończenie (śmiech)

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Katie Caulfield