KATIE CAULFIELD – Niepokój jest twórczą siłą

Strzępy informacji tworzą coś co możemy nazwać obrazem, przemawiającym do naszej wyobraźni. Katie Caulfield, mimo licznych perturbacji, przeżyła, i częstuje nas dzisiaj takimi właśnie wycinkami ze swojego życia, plącze tropy, prowadząc na manowce swojej drugiej – pod debiutanckim dziele „Sow thistles” – płyty „Mutual Dreaming”. Gitarowy zgiełk, improwizacja, przestrzeń, brudny garaż, hałas, dysonans i szczypta depresji tworzą zadziwiający klimat, wciągają, niepokoją, pokazując ewoluujący twór, który staje się coraz groźniejszy a może nawet i niewygodny. Jeśli gitarowa alternatywa ma nadal jakiś sens, to ów jest sankcjonowany przez takich artystów jak Katie Caulfield. Przed państwem cały zespół, który wprowadza nas do swojego świata…

Moment konfrontacji jest zawsze trudny, ale trzeba przyznać, że jesteście konsekwentni – podczas wywiadu w 2015 roku zapowiadaliście, że następna płyta będzie spokojniejsza i faktycznie – jest. Ale jest to spokój podszyty jakimś niepokojem. Co was dręczy, panowie?

Katie H: Ja już wiem co, odpowiedziałem sobie na to pytanie, ale odpowiedź i tak okazała się niebezpieczna. Odpowiedź na to pytanie wymagałaby od nas czasu, a ja i tak uważam, że lepiej żebyś nie wiedział, bo my sami o sobie tego nie wiemy. Tak jest chyba ciekawiej, co nie?

Michał: We mnie od zawsze to siedziało, nauczyłem się jednak, że w długim okresie niepokój jest potężną twórczą siłą.

To mi się podoba – rozchwianie emocjonalne. Wiem, że zabrzmi to strasznie, ale czy nazwanie KC „zespołem z kozetki psychologa” obrazi Was??

Michał: Nie, Katie raczej nie znalazłaby się na kozetce z własnej woli jak większość osób ze spektrum zaburzeń afektywnych dwubiegunowych (śmiech). Jednak z zewnątrz można mieć wrażenie, że coś jest nie tak.

Katie H: Twoje odczucie bierze się stąd, że w życiu codziennym mamy skrajnie różne charaktery. Jeśli jednak tworzymy jeden charakter, jednego ducha, to poprzez ten dysonans on musi być rozchwiany. Nasze serca inne, ale jednak zdecydowaliśmy się na ten „mutual”, aby dostrzec coś nowego. Jednak wierzę, że jest ten zbity charakter, że się stworzył, inaczej bym w to nie brnął. Wtedy nie miałoby to sensu…

Paweł: Wolałbym to, niż wzmianki o Kurcie Cobainie albo RHCP, zdecydowanie.

A tą „wzajemność”, zespolenie, czy jak by tego nie nazwać to efekt czego? Tworzycie jakąś komunę, bo przecież ta relacja musi wychodzić poza salę prób, nieprawdaż?

Paweł: Gdyby nie muzyka, to myślę, że nie gadalibyśmy za bardzo ze sobą. Wzajemnie głównie się sobie dziwimy i próbujemy zrozumieć na tyle, żeby być w stanie grać, ale jest to na pewno bardzo trudne. Zdarza się, że mówimy sobie „cześć” i improwizujemy przez 20 minut, bo to idzie nam po prostu lepiej, niż gadka.

Katie H: Nie tworzymy komuny. Prawda jest taka, że pomiędzy jakimiś wydarzeniami muzycznymi praktykujemy bardzo długie przerwy „od siebie”. W zasadzie gdyby nie te przerwy, nie można by tak do końca powiedzieć, że tworzyliśmy tę muzykę specjalnie długo. Te szkielety powstały parę miesięcy po „Sow-thistles”. Potrzebowaliśmy jednak czasu, żeby pogodzić się z tym, że jesteśmy od siebie inni, zrozumieć, że pomimo wszystko to razem tworzymy dla siebie wyjątkową przestrzeń, w której chcemy i potrzebujemy się poruszać. Znaczy – czasami pijemy razem wódkę i śmiejemy się z rzeczy „środowiskowych”, ale nie jest to specjalnie mocna sprawa. Zdarza się, ale rzadko.

Michał: Paweł ma rację – dużo lepiej dogadujemy się przez muzykę, a te odstępy są równie potrzebne co dające naszej relacji wyjątkowość.

Niepokój jest twórczą siłą

Niepokój jest twórczą siłą

To teraz pytanie „na oddech” – co się wydarzyło przez ostatnie dwa lata, czyli po premierze „Sow-thistles”? Chodzi oczywiście o wydarzenia godne uwagi i światła dziennego.

Paweł: Rozpadliśmy się chyba dwa razy. Dostaliśmy kubeł zimnej wody od kilku polskich, niezależnych labeli i klubów z muzyką na żywo – nie, żeby nam odpisywały, ale nie sądziłem, że można mieć kogoś w dupie aż tak bardzo jak oni nas. Nagraliśmy nasz materiał w studio, które jest jednym z najlepszych w tej części Europy, znaleźliśmy fajną wytwórnię i zagraliśmy pierwszy mini-tour, ale jeśli udało nam się osiągnąć coś fajnego, to kosztowało to tyle pracy, że chyba nie mieliśmy siły się tym cieszyć. Poza tym, odkryliśmy całe zjawisko niezalu w Polsce; przed wydaniem pierwszej płyty mieliśmy wrażenie, że młode zespoły grają dziś tylko covery AC/DC. Dopiero po jakimś czasie kiedy „odkryło” nas kilka osób, czy blogów obeznanych w temacie, okazało się, że nie jesteśmy tratwą dryfującą po oceanie i że jest jakaś scena, która do tego nabiera rozmiarów i rozpędu.

…i teraz wybijacie się na jej czoło wraz z „Mutual Dreaming”. Kto was dotychczas ignorował, teraz będzie głupkiem. Zastanawiam się – czy zdajecie sobie sprawę, że możecie zagrać tylko jeden kawałek z tej płyty na koncercie – np. „Wzajemność”, rozciągając go do 30 min i będzie to świetny występ?

Katie H: Ostatnio graliśmy koncert przedpremierowy. Zagraliśmy na sam koniec „Mutual Dreaming II” i wyszła nam z tego bardzo delikatna, lekko dronowa improwizacja. Trwało to jakieś 30/40 minut i chyba było fajne. Jak zakończyliśmy poczułem, że znaleźliśmy trochę nowy dla nas język. Bardzo chcę go odkryć, wydaje mi się, że jesteśmy w nim jeszcze na etapie przyśpiewek. Może kiedyś to będzie wymagająca proza, ale na razie odkrywamy a ta płyta jest chyba trochę takim momentem przeistoczenia. Chociaż ciągle kocham piosenki to trzeba gdzieś się w końcu utopić.

Paweł: To zabawne, że to mówisz, bo zrobiliśmy tak ostatnio z innym numerem w Krakowie i było to bardzo dobrze odebrane. Mimo wszystko, nadal nie jestem tego pewien; granie w stylu Lotto, albo nowego Thaw robi się powoli modne w pewnych kręgach i nie wiem, czy nam to pasuje, jeśli mielibyśmy w stu procentach świadomie patrzeć na naszą muzykę.

Ha ha, właśnie, swoją płytą – świadomie czy nie – wpasowaliście się w ten modny dzisiaj trend improwizowanej alternatywy i taki numer jak „Mutual Dreaming I” sprawił, że żachnąłem się – „co to? Nieznany numer Lonker See?” (śmiech). Tak czy inaczej – chcecie mi wmówić, że pójście w improwizację było niewykalkulowanym posunięciem? Testowaniem własnych możliwości?

Michał: Już wcześniej nasze utwory rodziły się ze wspólnej improwizacji, ale tym razem ten „sen” wykorzystany w nowy sposób tworzy substancję albumu. Coś takiego jak „MD I” zawsze chciałem nagrać a w ostatnim czasie przyczyniła się do tego fascynacja współczesną norweską sceną improwizowaną (Rune Grammofon czy PNL). Także u mnie ta emocja była jeszcze przed pierwszą płytą a kontekst „Mutual Dreaming” pozwolił nam ją ubrać. Jest też trochę tak, że stajemy się mniej zachowawczy przez tą wielką różnorodność muzyki, która do nas dociera, ale też rozwijaniem dialogu w zespole.

Paweł: Wydaje mi się, że to, co się teraz dzieje w muzyce to nie jest oryginalny styl, który ktoś komuś podpieprzył, tylko naturalna reakcja na ogólne realia, które dotykają nas wszystkich. Nie znam chłopaków z Lonker See, ale zakładam, że wchodzą na tego samego fejsa, oglądają te same wiadomości i tak samo martwią się, czy nie wpadli z dziewczyną. Podpowiem tylko, że to, czy utwór na tej płycie powstał drogą improwizacji, czy nie, nie jest takie oczywiste.

Katie H: Są rzeczy, którym musisz pozwolić popłynąć, inaczej byłyby martwe. W tym wypadku znajdywanie muzycznego porozumienia wychodziło nam na tyle intuicyjnie, że musieliśmy temu zaufać. Zamknięta formuła by się nie udała, to był dla nas najlepszy środek do wykorzystania.

Jednocześnie płyta pokazuje jak mocno buzuje w was to rozdarcie między piosenką a impro, bo obok tych kolosów są piosenki w stylu „Wedding” czy „Balloon”… Swoją drogą, jest w tym jakaś przekora, że płytę reklamujecie klipem do „Wedding”, gdzie muzyka i obrazek kompletnie nie dają sygnału, co tak po prawdzie szykujecie słuchaczom.

Paweł: No bo czasem nie chodzi o stylistyki, tylko o emocje.

Katie H: Jeśli chodzi o klip, to dla mnie rzeczywiście jest oderwany od atmosfery całego albumu. Tylko wiesz, klip ma służyć piosence, a to moim zdaniem robi. Ja bardzo lubię kiedy piosenka, którą słyszę jako singiel, przy odsłuchu płyty, nabiera innego kontekstu i okazuje się, że ma też inne znaczenie. Pomimo tego rozdarcia, wydaje mi się, że jak sięgasz po cały album to wiesz, że ten „kolos” i ta piosenka obok służą temu samemu i w tym rozdarciu jest jednak chyba wielka jedność.Band

Z drugiej strony, padło już w tej rozmowie stwierdzenie, że ten album to taka forma przejściowa – czyli – jeśli przyjąć to co kiedyś mówiliście, że trzeci album będzie hałaśliwy – to kolejne wcielenie będzie jednak przechyłem w stronę krótkich i bardziej zwartych form? (śmiech).

Katie H: Powiedziałem tak, bo sam miałem trochę dość krzyku. Po „Sow-thistles” słuchałem dużo Serge’a Gainsbourga i zrozumiałem, że on mówi tak jak nikt nigdy nie będzie krzyczał. Wiesz, nie chcę w najmniejszym stopniu do tego się przywiązywać i możliwe, że nie będzie tak jak powiedziałem te dwa lata temu, ale gdzieś tam działa mechanizm, który chce odwrócić ci poprzednio użytą formę. Dzięki temu się nie nudzisz. To tyle, zobaczymy jak będzie, jaki będzie nowy impuls.

Paweł: Faktycznie, były takie głosy, ale na razie nic na to nie wskazuje. Mamy jeden nowy numer, który nie brzmi jak nic, co graliśmy do tej pory i zobaczymy, czy pójdziemy w to czy nie. Trzebaby stworzyć w końcu coś nowego, bo robi mi się niedobrze, kiedy słyszę, że już wszystko zostało zagrane.

Wrócę jeszcze na moment do teledysku – kto wpadł na ten koncept? Kojarzy mi się trochę z filmami von Triera. Drażni, wzbudza jakieś napięcie. Człowiek czeka, nie wiem, na krew, albo coś. Czy to symboliczny obraz wiecznego niespełnienia, takie zapętlone oczekiwanie na…?

Paweł: Na to, czy ona w końcu się zdecyduje. W sytuacji, w której nic nie ukrywa, ale też nikt na nią nie wpływa. Pomysł na teledysk był mój, tak samo jak pomysł niesławnej, pierwszej okładki debiutu – tym bardziej nie mogłem uwierzyć, że dostałem drugą szansę na zrobienie wizytówki dla nas. Inspiracja to przede wszystkim zażenowanie teledyskami typu „Chłopak poznaje dziewczynę”.

Katie H: Za dużo bodźców wszędzie…

Zatem, na koniec, zamiast pytania o promocję (banał), zdradźcie jakie jest tajemnicze powiązanie tytułu płyty z obrazkiem z okładki?

Michał: Pierwsze co mi się nasunęło, to że ten album wyśniliśmy w tych namiotach (śmiech). Przechodnia zostawiam wolnej interpretacji.

Paweł: Ten Beduin żyjący na Saharze w namiocie to dla mnie niedościgniony ideał – bije od niego ograniczony jedynie horyzontem spokój, on niczym się nie przejmuje, nie musi bookować trasy ani wstawiać albumu na bandcamp. Idzie powoli w swoją stronę – tak jak my na „Mutual Dreaming”.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu