JULY TALK – Moc sprawcza

Peter Dreimanis i Leah Fay, wokaliści kanadyjskiej formacji July Talk, to  bardzo sympatyczni ludzie, mający poczucie misji na tym świecie. Kiedy w rozmowie stwierdziłem, że ich zespół jest dla mnie odpowiedzią na Savages, bardzo się ucieszyli, potwierdzając tym samym moją teorię – wraz z nową płytą „Touch” nadchodzi kolejny, postpunkowy, pogodzony z melodią i zdecydowanie nie pogodzony z coraz bardziej odhumanizowanym światem zespół. Co nie zmienia faktu, że – podobnie jak wspomniana, żeńska ekipa z Londynu – przepadną gdzieś bez wieści, choć absolutnie na to nie zasługują. Wprawdzie płyta „Touch” na świecie pojawiła się w 2016 roku, jednak w  związku z tym, że nad Wisłą zespół zaliczył swój epizod całkiem niedawno (zagrali na gali Płyty Rocku Antyradia…),  a wspomniany krążek (polska premiera w marcu br.) w krajowych mediach został, delikatnie rzecz ujmując, zignorowany, postanowiłem wrzucić krótką rozmowę z liderami zespołu a także napisać parę słów o samej muzyce. 

Dlaczego kanadyjskie zespoły tak bardzo różnią się od artystów z innych krajów?

Peter: Być może dlatego, że jesteśmy małą grupą ludzi na bardzo dużym obszarze. Dorastamy w miastach oddalonych od siebie o setki kilometrów, żeby się spotkać, musimy ciągle dużo podróżować. Muzyka powstaje w pewnym wyizolowaniu, ale jest sporo różnych zespołów, które tworzą swoje dźwięki, jak NoMeansNo czy KEN mode. I tak jest od lat. Z drugiej strony, w dzisiejszych czasach odległości między miastami i krajami nie mają znaczenia. Skoro nawet mieszkając na sąsiedniej ulicy wolimy kontaktować się ze sobą mailowo… Myślę, że te różnice są bardziej w naszych głowach niż w realu, o czym można się przekonać, kiedy spotykamy się z ludźmi i muzykami z różnych krajów.

Muzyka July Talk to ciekawe połączenie post punkowej energii z popowymi melodiami i mocnym przekazem – zgodzicie się z tym?

Leah: Wiesz, trudno jest opisać muzykę słowami… Kochamy post punk, lubimy rzeczy w stylu Joy Division, ale to tylko punkt wyjścia w podróży, którą odbywamy jako ludzie. To trochę banalne, ale staramy się przede wszystkim grać muzykę, która tkwi w naszych głowach. Wydaje mi się, że na „Touch” nie zamykamy się w żadnym stylu i każdy kawałek przynosi inne spojrzenia. Staramy się przede wszystkim, by nasza muzyka ilustrowała teksty, bo to o czym śpiewamy jest dla nas bardzo ważne. Wiem, że nie każdemu chce się czytać nasze teksty, ale może stanie się tak, że same dźwięki kogoś zaintrygują i skierują w stronę tego, o czym śpiewamy.

Moc sprawcza

Moc sprawcza

Dokładnie – kiedy słucham waszej nowej płyty odnoszę wrażenie, że July Talk to zespół, który ma pewną misję do wykonania, że nie chodzi tylko o rozrywkę. To krzyk w stronę słuchacza…

Leah: Tak, zdecydowanie, choć zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzie lubią konkretny przekaz, nawet nie chodzi o to, czego dotyczy, tylko o wyraziste poglądy. Nie chodzi nam więc o to by zmieniać słuchaczy, nie jesteśmy głupi, żeby tak myśleć, ale raczej o to, by pokazywać czym jest istota życia, by nawiązać ze słuchaczem kontakt, dotknąć go, pokazać kierunek i uwrażliwić na to co dzieje się wokół nas. A dzieje się bardzo dużo i nie zawsze dobrze.

To „dotknięcie” to świetne słowo, bo w sumie żyjemy w dziwnych czasach – pomijam już konflikty, wojny, ale chodzi o ucieczkę od społeczności i schowanie się w swoich domach, w sieci, mediach społecznościowych itp. To jest prawdziwy dramat.

Peter: Po prostu uciekamy przed problemami, takimi jak imigracja, z którą spotykamy się na każdym kroku i bardzo różnie sobie radzimy. Nie sadzę by można to było rozwiązać poprzez ucieczkę i wycofywanie się do swojego świata. Dlatego nasza muzyka jest takim właśnie wyjściem, wyciągnięciem ręki. Nie zawsze dobrze rozumianym, ale zawsze szczerym. Codziennie staramy się wykonywać ten krok od nowa, z nowym, świeżym podejściem…

Leah: Myślę, że nasza muzyka ma siłę, jakąś moc sprawczą, by nawet nie tyle pokazywać drogę, co pozwolić się ludziom do siebie zbliżyć. Poprzez melodię, słowa, stworzyć coś w rodzaju kanału komunikacyjnego i w ten sposób możemy coś poprawić w naszych relacjach, choćby na chwilę. Muzyka to miejsce, gdzie możemy sobie pozwolić by być trochę naiwnymi, ta naiwność nie jest czymś złym, bo dla mnie oznacza szczerość a to jest najważniejsze. I w ten sposób możemy innych zainspirować do czegoś dobrego. Jesteśmy szczęśliwi, że możemy jeździć po świecie i dawać ludziom radość.

Najważniejszym momentem nowej płyty jest utwór „Jesus Said So” – czy można go potraktować jako coś w rodzaju protest songu?

Leah: To specyficzna rzecz, dotyczy sytuacji w Kanadzie, mówi o prawie do godności. Często jest tak, że wiele rzeczy dzieje się niejako w ukryciu, jest zamiatane pod dywan. Chodzi oczywiście o mniejszości, które nie zawsze są dobrze traktowane, to zresztą nie dotyczy tylko naszego kraju; w niektórych miejscach ludzie nie są chronieni przez prawo. I tu pojawia się, niestety, religia, która jest takim płaszczykiem, pod którym się chowamy. Wolimy tylko mówić i schować się za takim murem, zamiast pomagać, być wrażliwymi ludźmi. Religia ma stanowić coś w rodzaju wzorca, który przykładamy do innych i według niego dzielimy ludzi. To rzecz, która miała miejsce w różnych okresach ludzkości, ale chyba szczególnie dzisiaj, w dobie kryzysu humanitarnego w różnych częściach świata, jest szczególnie jaskrawa i bardzo nas boli.

Touch

JULY TALK  Touch  Nie chcę dorabiać filozofii do banalnej w sumie ignorancji krajowych mediów, ale wydaje mi się, że zbyt często ambitne płyty przepadają, bo nie mają punktu zaczepienia w naszej rzeczywistości. Owszem, liderka zespołu, Leah Fay ma polskie korzenie, ale sam krążek, opatrzony intymną okładką jak na razie nie zrobił furory. Jak pisałem we wstępie, July Talk to moim zdaniem kanadyjski odpowiednik Savages i na pewno tak jak angielska formacja, i July Talk przepadną w rocznych podsumowaniach. Cóż, szkoda; ja się cieszę, że mogłem z tą muzyką trochę poprzebywać. I w tym miejscu być może sam sobie przeczę, pisząc, że propozycja Kanadyjczyków faktycznie nie jest specjalnie przebojowa, ani zbyt hałaśliwa czy w jakimś sensie kontrowersyjna. Co z tego, że mają mądre teksty i że na scenie spalają się emocjonalnie? No, może gdyby jakiś decydent zakazał im występów w Polsce (fakt, mocno potępiają antyimigranckie fobie…), wtedy zrobiłoby się o nich głośniej. Trzeba się z tym dźwiękami zaprzyjaźnić i wtedy okaże się, że to bardzo dobry, momentami wręcz doskonały album. Muzyczne korzenie i ścieżki podobne jak w przypadku wspomnianych Brytyjek. Punkt wyjścia to gitarowy hałas, trochę melodyki lat 80., garażowa szorstkość i duże nasycenie emocjonalne. July Talk stawia jednak na prostotę, wydobywając z kompozycji to co najistotniejsze. Zamiast popisów mamy konkretne, osadzone na mocnych (czasami może i ciut tanecznych) rytmach, gitarowe riffy, które gdzieś przy fundamencie zahaczają o post punkową szorstkość, doskonale uzupełniając damsko/męski duet wokalny. Mimo dosadności wykonawczej, wszystko jest jednak bardzo finezyjnie skonstruowane. Słowem – jeśli ktoś nie chce sobie zepsuć słuchu, ale poczuć się jednak ciut dekadencko, „Touch” jest dla niego. I byłaby to całkiem fajna rozrywka, gdyby nie teksty, bardzo intensywnie poruszające współczesne zagubienie cywilizacji i piętnujące ludzki behawioryzm, każący powtarzać brednie pod dyktando kościoła i polityków. W paru miejscach (min. „Jesus Said So”, „Picturing Love” czy „So Sorry”) słowa potrafią dotknąć do żywego i skłonić do jakiejś tam refleksji. Może dlatego płyta jest czymś więcej niż tylko współczesnym, alternatywnym i rzemieślniczym krążkiem? Może wpływa na to niebanalna melodyka piosenek, nie do końca oczywista, chwytliwa, ale nie przebojowa? Może świadomość, że muzycy autentycznie wierzą w to o czym śpiewają? Szkoda, że przegapiamy ten zespół. Zważywszy na ich determinację, zapewne za jakiś czas osiągną status niezależnych gwiazd, wtedy spece z kolorowych gazet będą się ustawiać w kolejce po wywiady. A może zwyczajnie się mylę?

Zmieniamy tematykę na nieco lżejszą – ile koncertów zagraliście do dnia dzisiejszego? Gdzie jest wasze ulubione miejsce?

Peter: Trudne pytanie, będę musiał zgadywać (śmiech). Może coś około 500… może trochę więcej? Ogólnie jesteśmy podekscytowani, że możemy poruszać się po świecie i docierać do różnych miejsc. Wielu moich ulubionych artystów rezyduje w różnych krajach, Nick Cave, Tom Waits itp. Dla mnie jednak nie liczą się kraje, bo to zbyt ogólne, wszędzie znajduję wiele pięknych miejsc, moje wspomnienia wiążą się raczej z konkretnymi miastami. Np. uwielbiam Austin w Texasie, to strasznie specyficzne miejsce i przy tym bardzo dobre do grania. Kolejne, niesamowite miasto to Berlin, który jest jak ciągle pracująca maszyna, nigdy nie śpi.

Leah: Przede wszystkim, lubimy miejsca gdzie jest ciepło, w odróżnieniu od Kanady (śmiech).

Dużo gracie, jesteście często w drodze, a to jest specyficzne napięcie, które wyzwala różne reakcje – co jest w tym najtrudniejsze i najlepsze?

Peter: Bycie z ludźmi w takim bliskim kontakcie to nauka wzajemnego poszanowania, żmudna nauka budowania relacji i to jest chyba najtrudniejsze. Muzyka jest takim kontekstem naszego życia i musimy bardzo uważać, by tego nieJuly Talk zepsuć…

Leah: Najfajniejszy jest kontakt ze słuchaczem, poczucie, że to co przekazujemy wzbudza emocje. Spotkania z promotorami, ludźmi podczas koncertów, rozmowy i to co mówią o naszej muzyce, jak ją odbierają. To jest chyba dla nas jako artystów najbardziej emocjonujące. W każdym z miejsc, gdzie byliśmy wygląda to trochę inaczej, inne są reakcje.

Dwa wokale w jednym zespole – to w sam raz, czy za dużo (śmiech)?

Peter: To jest wyzwanie, bo możemy prezentować dwie strony tej samej historii, jest trudno, bo czasami ścierają się różne wizje – mówię np., ok, to jest super, chcę tak, a Leah mówi – „ok, ale…”. No i zaczyna  się dyskusja. Przez lata nauczyliśmy się tej dynamiki, jaka występuje między nami, to poważna relacja, ale dobrze się bawimy. To taka miłość i nienawiść jednocześnie (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Steven Kowalski