JAD – Zawsze wolałem stać z boku

To prawda, że w poniższym wywiadzie mało jest o zespole Jad, którego Krzysiek Paciorek jest wokalistą. Na pasjonujące opowieści o tym, jak pracowało się w studio i że najpierw wbite zostały ślady perkusji, przyjdzie czas już niedługo, kiedy Jad wyda płytę. Dziś spotkaliśmy się z Krzysiem, aby obudować jego muzykę kontekstem, uruchomić wspomnienia o starym punku i refleksję nad muzyką, która towarzyszy i inspiruje Piosenkarza obecnie. To po prostu kumpelska rozmowa o muzyce i życiu.

Płakałeś po Siwym?

Nie, ale nie ukrywam, że było mi smutno. Za gnoja bardzo lubiłem Defekt Muzgó. Nie śledziłem całej tej farsy z Irkiem Jeżem, bo nie jestem fanem internetowych heheszków i marnowania czasu na gnębienie ludzi z problemami. Choć zdarzyło mi się np. video z koncertu w Stodole, gdzie to wszystko weszło na wyższy poziom abstrakcji, Heban grający na bongosach, itd. Ale ogólnie za długo to wszystko trwało – żart jest śmieszny na początku, potem robi się smutny, a  to była smutna historia ludzi z problemem alkoholowym. I tak smutno skończył się żywot Siwego. Szkoda chłopa, bo tojad2_michal_urbańczyk postać kultowa nie tylko dla samego Wałbrzycha, ale dla „polskiej muzyki gitarowej” i polskiego punka, bo czy komuś się to podoba czy nie, Defekt Muzgó był zespołem punkowym. Śmiechy z prawdziwego Defektu uważam za nieuzasadnione, bo to był bardzo dobry zespół. Nawet, jeśli kojarzył się ze złotą erą Silvertonu i punko-polo to zawsze odstawali i muzycznie, i tekstowo. Kiedy ostatnio byliśmy w trasie z Jadem i  Government Flu, słuchaliśmy w aucie przekrojowo nagrań Defektu, rzeczy gorszych i lepszych, ale wiadomo – „Lato z browarem” to piękny hymn, szczególnie wers „wlewamy w siebie w lesie złoty płyn/Tańczymy potem pogo, robimy dym”, z akcentem na „rrr”. (śmiech)

Czy to od kapel „silvertonowych” zaczęło się twoje punkowanie?

Wyszło trochę śmiesznie, bo byłem niczym Rysiek, „skazany na punka”. (śmiech) Wychowywałem się w jednym pokoju z bratem, który jest o cztery lata starszy i miał największy wpływ muzyczny na mnie. Zaczęło się od starego polskiego punka, jakiegoś crusta, brat miał jakieś kasety Defektu, ale nigdy nie był wielkim fanem, ja łyknąłem je bardziej. Potem jeździłem na kolonie do Helu, gdzie spotkałem innych kolegów-punków i razem tego słuchaliśmy, a sentyment pozostał mi do dziś. Poza tym melancholijne melodie gitarowe Siwego trafiały do mojej słowiańskiej duszy. (śmiech) I mieli parę niezłych tekstów, zwłaszcza na płycie „Pornografia”. Nigdy nie byłem fanem całego „Silverton-punka”, bo tam było mnóstwo gównianych zespołów, których nawet wtedy nie dawałem rady słuchać. Ale sprawdzałem wszystkie! No przecież Jezus Chytrus Oi! był tak zły, że aż dobry. Ostatnio podczas nocnej podróży przez Poznań z Cyprianem Łakomym puszczaliśmy z telefonu „Kunta Kinte Oi!” i nie wierzyłem, że ktoś mógł coś takiego napisać. W domu obejrzałem ich koncert z 1988, gdzieś na dziedzińcu szkoły na Bemowie, coś niesamowitego. (śmiech) Druga rzecz, która kojarzy mi się z Silvertonem to kaseta Włochatego, na której wypłynęli. Śmieję się, że teksty brzmiały jakby ktoś czytał ulotkę na manifestacji. Jednak na 13-letnim Krzyśku robiło to wrażenie, i wierzyło się w anarchię.

Tamten przekaz ustawił ci jakoś światopogląd na życie?

Akurat Włochaty jest taką kapelą, która bardziej trafia w młodociany neofityzm. Jesteś w momencie, kiedy szukasz jakiejś drogi i może, gdyby mój brat był naziolem i puścił mi wtedy jakieś gówno typu Honor, te słowiańsko-RAC’owe zaśpiewy mogłyby odkryć jakiś biały pierwiastek mojej duszy. (śmiech) Chociaż zostaliśmy wychowani przez rodziców na wzorowe lewactwo więc myślę, że takie rzeczy by i tak u nas w pokoju nie przeszły(śmiech) Na szczęście jednak posłuchałem wtedy Włochatego i Homomilitii i wielu innych, lepszych lub gorszych zespołów. Z jednej strony była jabolpunkowa melancholia, z drugiej anarchopunk.

Co czujesz, kiedy dziś wracasz do tych nagrań? Uprawiasz „ironiczne” słuchanie muzyki?

Jak najbardziej nie. Ostatnio słuchałem „Pornografii” – wiadomo, że nie z takim rumieńcem jak kiedy miałem 12 lat, ale i bez dreszczy żenady na plecach i uważam, że tam dalej jest dużo dobrych piosenek. Zawsze staram się słuchać muzyki biorąc pod uwagę kontekst czasu i miejsca, w jakim została nagrana. Kiedy pomyślę sobie o Defekcie Muzgó w 1992 roku w Wałbrzychu, to dodaje mi to mocy w ich odbiorze. Chyba nikt z nas nie chciałby mieszkać w Wałbrzychu w okresie dzikiej transformacji, kiedy wszystko zdychało i zaczynał się pełen rozkład. A co do Włochatego, nie chcę być niesprawiedliwy, ale to jest zespół, którego słuchasz w pewnym okresie życia. Kiedy jesteś zbuntowanym nastolatkiem i nosisz za duży sweter – ja taki nosiłem. (śmiech) Dziś można się z tego śmiać, ale taki przekaz zawsze daje jakiś fundament na przyszłość. Pierwsze wybory muzyczne idą z tobą przez całe życie i nawet, jeśli na jakiś czas się od nich odetniesz, to one wrócą. Może pod postacią innych zespołów, które jakoś tam przypomną ci to, czego kiedyś słuchałeś.

A czujesz się osobiście urażony, kiedy zespoły, których kiedyś słuchałeś odstawiają jakieś krzywe akcje i kompromitują się?

Nie dotyka mnie to, raczej jest mi ich żal. Ludzie się zmieniają i nie mogę wymagać od nich, że będą mówić i grać tak samo, jak 20 lat temu. Z wiekiem może to dopaść każdego z nas, bo traci się ostrość widzenia i nie zauważasz, że zaczynasz przekraczać granice ogólnie pojętego „przypału”. To się może łączyć z kryzysem wieku średniego, może alkohol wypalił ci trochę dziur w mózgu, albo tak naprawdę nie masz dobrego gustu lub wiele innych czynników. A może jesteś po prostu cynikiem albo dobrym biznesmenem i wiesz, że robisz gówno, ale masz to w dupie, bo przynosi ci profity. Staram się już takich rzeczy nie oceniać, ewentualnie mogę porobić sobie z tego jaja. Jeżeli im to sprawia radość, niech sobie grają.

JAD

JAD

Co to tak naprawdę znaczy „przypał”?

„Przypałem” jest, kiedy jesteś punkową legendą, a grasz na jakimś śmiesznym festiwalu z L.U.C.-em pod patronatem magazynu „DoRzeczy” czy tego typu gówien. Jest to porażka artystyczna, bo wartość artystyczna czegoś takiego jest równa zero albo minus dziesięć, i nie ma to nic wspólnego z tym, co robiłeś za młodu… Rozmowa o patriotyzmie to temat na osobny wywiad, ale sorry, dla mnie przypałem jest występowanie na festiwalu pod patronatem państwowych magazynów. I nie ogranicza się to tylko do punków. Z kolei przypałem artystycznym i muzycznym jest dla każdego co innego. Każdy ma swoją intuicję i jeśli czujesz pewien dyskomfort to wiesz, że coś jest nie tak. Wiele zespołów oczywiście tego nie czuje, bo skoro grają to widocznie im to pasuje. A im bardziej się oburzają na słowa krytyki w internecie, tym bardziej masz rację, że to przypał. (śmiech)

Kiedy zaprzyjaźniłeś się z black metalem?

Miało się zawsze tych kolegów, którzy słuchali Mayhem, Satyricon i innych klasyków, ale ja tego nigdy nie lubiłem. Niestety kojarzyło mi się to z naszymi gdyńskimi kucami. Miałem wielu serdecznych kolegów metalowców, których bardzo lubiłem i lubię, ale było w tych kręgach dużo przypałowców, jacyś naziole się tam kręcili… Źle mi się to kojarzyło, a jak coś mi się źle kojarzyło, to tego nie sprawdzałem. Tak naprawdę spodobało mi się kilka polskich zespołów BM. Pamiętam, jak w 2007 czy jakoś tak usłyszałem ep-kę „Mdłości” Mgły i od razu chciałem sobie ją kupić na discogsie, ale jak zobaczyłem cenę to się zgarbiłem. (śmiech) Spytałem Wojtka z Calm The Fire, który od zawsze siedział w polskim black metalu, co by polecił, no i podrzucił mi parę nazw. Nie od razu mi weszło, miałem też bariery w stylu „to pewnie jakieś NSBM’y”, ale coś tam spodobało mi się. Potem usłyszałem „Grudzień za grudniem” Furii, bardzo spodobała mi się okładka i artwork. Odebrałem to jako trochę kontrowersyjne jak na mój ówczesny gust, ale podobało mi się. Z kolei już „Marzannie, królowej Polski” był albumem, którego słuchałem non stop. Dzięki niemu Full of Hell pokochał polski black metal. W pewnym momencie prawie każdy zespół, z którym jeździłem w trasę słuchał Furii. Wtedy zdałem sobie sprawę, że język, w którym śpiewasz nie ma w ogóle znaczenia. Wszystkie amerykańskie zespoły, które tego ze mną słuchały jarały się tym, że to jest po polsku, to dodawało mocy. Pytali mnie tylko o tytuły piosenek. Kiedy im tłumaczyłem o co tam chodzi i czym ten zespół jest, jarali się jeszcze bardziej. Wiadomo, że pewnie wpisuję się tu w stereotyp „hipster-blackmetalu”, bo słucham Furii i Mgły, ale jebie mnie to. Dobre zespoły się zawsze bronią, a że to są dobre zespoły, to dlatego słucha ich tak wiele osób, które nie mają pojęcia o black metalu. Co oczywiście wkurza tych, którym odbiera się pewną elitarność słuchania wyjątkowo podziemnych kapel (śmiech). W tych kapelach odnajduję najmniej „udziwnień”, może muzycznie są najbardziej zbliżone do estetyki punkowej. Przyjaźń z black metalem to jednak za duże słowo. Lubię kilka zespołów, ale cały gatunek jednak lata mi i powiewa choć nie da się nie docenić jego wpływu na wiele innych gatunków, nie mających nic wspólnego z BM.

No właśnie, czy punk skalibrował ci w jakimś stopniu percepcję black metalu?

Punk ustawiał mi tak naprawdę percepcję każdej muzyki. Nawet w indie rocku szukam trochę punka, który nie musi być szybkim uderzeniem perkusji, ale ogólnie pojętym „feelingiem”, jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi. I Furia, i Mgła mają wściekłość, która łączy je z punkiem, choć znajdziesz też wiele różnic. Oba są jednak wściekłe i bezkompromisowe.

A co z kwestią tzw. „umoczenia”, które w polskim black metalu przenosi się drogą kropelkową…

Powiem tak: czuję dyskomfort, kiedy idę na koncert Mgły i widzę typów w jakichś zjebanych bluzach Honoru i to mi robi cock-blokadę. Nigdy nie będę się czuł w pełni swobodnie na koncercie blackmetalowym i nie będę czuł, że to jest moje naturalne środowisko. Zawsze będę się czuł jak gość. Miejsce, w którym tolerowani są jawni naziole nie jest dla mnie ok, ale mimo to rozumiem specyfikę tego miejsca i nie mam potrzeby zawracania Wisły kijem. To nie są koncerty zespołów czy społeczność, w której ja się subkulturowo wychowałem, i tyle. Poznanie Furii pozwoliło mi zajrzeć trochę głębiej i zrozumieć, że nie wszystko jest czarno-białe. Wiem, że komuś może nie przeszkadzać, że gra w zespole z kimś, kto grał w jakimś gównie, i to nie to nie czyni z niego naziola. Ale należy też zrozumieć tych, którym te konotacje przeszkadzają i głośno o tym mówią. Jasne, że czasem łatwo popaść w absurd, ale to już są kwestie indywidualne. Tam są inne standardy. Ale kiedy widzę typa w bluzie neonazistowskiego zespołu i nikogo to nie rusza, to mam pewność, że to jednak nie moje podwórko.

OK, tylko co powinno się wydarzyć, kiedy ktoś taki się już na koncercie pojawia?

To po prostu nie powinno być tolerowane. Ale co pójdę i będę się z nim bić? Nie cierpię się bić, nie umiem i nie mam zamiaru nigdy się z nikim bić, chyba, że w samoobronie. Bić się z kimś o bluzę to też byłoby głupie. Teraz czytelnicy mogą nazwać mnie miękką fają, ale samce beta już tak mają (he he he) Robiłem koncert Furii – wiedziałem, że przyjdą jakieś dziwaki, ale też nie chciałem robić dress code’u i latać po sali i patrzeć, co kto z blisko 400 osobowej publiczności ma na sobie. Pewnie też dlatego siedziałem większość koncertu za sceną żeby nie psuć sobie wieczoru. Znowu możecie nazwać mnie kimś tam, ale konfrontacje to nie moja natura i tyle. Mignęło mi ze dwóch gostków w chujowych bluzach i nie czułem się dobrze z tym, że robię koncert, na który wchodzi nie wiadomo kto i psuje tym powietrze, ale zdecydowałem się zrobić ten koncert i wziąłem to na klatę.

Ale twój wpływ na to jest umiarkowany. W bluzie czy bez, poglądy będą te same.

No właśnie, co mam zrobić, podejść i przeprowadzić rozmowę wychowawczą? Zaśmieje mi się w twarz, obleje mnie piwem, strzeli mi liścia albo powie „wypierdalaj”. Nawet jak on tej bluzy nie założy, dalej będzie gamoniem. To są prowokacyjne zachowania i prowokacyjne ciuchy, komuś to się może nie spodobać i doprowadzić do sytuacji konfrontacyjnej. Ja takich nie lubię, nie radzę sobie w nich, ale inni robią to bez problemu więc trzeba się liczyć, że ktoś może mieć ochotę porozmawiać na temat prowokacyjnej odzieży zawierające bardzo nieładne treści. Wracając do meritum: tzw. umoczenie przeszkadza mi cały czas, ale rozumiem specyfikę sceny blackmetalowej. Poza jakimiś towarzyskimi kontaktami, nasze sceny się nie przenikają. Nie jest tak jak w Stanach, gdzie metal i punk szły ramię w ramię albo jedno wychodziło z drugiego i nie było przyzwolenia dla naziolstwa. Specyfika europejska jest taka, że zawsze było walenie konia pod totalitaryzmy, pod ukrytego Adolfa, a jak byłeś przeciwko to byłeś komuchem. Z kolei w zachodnich Niemczech czy innych wysoko rozwiniętych krajach lubią się pobrandzlować sierpem i młotem. To jest ten nasz postsowiecki mental i tego się nigdy nie wypleni. Chyba, że powstanie millenialsowy black metal. (śmiech)jad4_lukasz_borowik

On już powstał! Mamy przecież zespoły, które wybierają elementy muzyczne black metalu, ale brzmią zupełnie inaczej i inne emocje wyrażają. Lubisz te „hipsterskie” nurty? Ocierasz się o nie na trasach?

Ja ich praktycznie nie sprawdzam. I prawie nie jeżdżę z „ostrymi” zespołami, raczej z post-hardcore’owymi, indie, emo… To są fajne klimaty, przyjemna muzyka. Najśmieszniejsze jest to, że członkowie tych zespołów, którzy w oczach przeciętnego wąsatego punka czy metala byliby „jebanyyymi hypsteramyyy” to są goście, którzy mają zajebiście dużą wiedzę o muzyce i słuchają często bardzo ekstremalnych rzeczy, chociaż grają coś zupełnie innego. To jest właśnie fajne, że u nich nie działają takie bariery i blokady jak u „lewak? To dziękuję”. Tam się po prostu słucha muzyki, ale z automatu olewa się wszelkich nacjonalistów i nazioli. I to nie jest postawa „lewacka”, tylko normalna. Tam, gdzie przebywam nie ma przyzwolenia na pewne rzeczy, na które u nas się przymknie oko. Często zespoły, które w przesłaniu nie mają nic wspólnego z „politycznym punkiem” są często bardziej polityczne niż ich koledzy z Europy – angażują się w ruchy na rzecz równouprawnienia, anty-Trumpowe, itd.W Polsce punkowe zespoły były kiedyś o wiele bardziej zaangażowane. Wielu członków kapel tłukło się z naziolami non stop. Wspierali stowarzyszenia ekologiczne, byli po prostu aktywistami. Dzisiaj nie jest to takie powszechne jak kiedyś. Myślę, że można już spokojnie oddzielić scenę muzyczną od aktywizmu. Oczywiście ciągle jest jeszcze trochę takich ludzi, ale wszystko się pozmieniało. Nie oceniam tego oczywiście. Sam osobiście nigdy nie byłem typem aktywisty. Zawsze wolałem stać z boku, to jest wynik mojej natury. A czy to dobrze czy źle – na pewno z wielką chęcią ocenią inni.

A twoja inspiracja rapem, czy też trapem – zapytam o to samo, o co pytałem przy „Silverton punku”: czy słuchasz tego „ironicznie”? To jest w ogóle fascynujący konstrukt…

To jest takie alibi – oszukujesz sam siebie, że ci się to nie podoba. (śmiech) Trochę mi przeszło, ale jakiś czas temu złapał mnie straszny film na słuchanie Hewry i Mobbyn. Wciągnęło mnie to na tyke mocno, że wyśledziłem wszystkie informacje w necie, szukałem informacji o ich rozłamie i starałem się wyłapywać wszystkie newsy. Piękna sprawa (śmiech) Uważam że to jest po prostu zajebiste i i nie słuchałem tego ironicznie. Wiem, że teksty są momentami straszne, ale wiem, że to jest zabawa formą, i to dobrej jakości. Tam jest bardzo dobre i śmieszne słowotwórstwo podpalone i podsypane narkotykami, które leje się z mózgu. Muzycznie i wizualnie też się to broni, to po prostu dobra muzyka. A jakiś tam Malik Montana czy Sentino to nie jest już żaden trap tylko disco polo. Chociaż nie powiem, jak wpadłem na Sentino w S-Bahn w Berlinie to się zajarałem haha. Przez moment zabawne, ale na dłuższą metę męczące. Można sobie posłuchać i od czasu do czasu o tym pogadać albo powysyłać SMSy z fragmentami tekstu. (śmiech) Amerykańskiego trapu nie chce mi się słuchać w ogóle, bo nie czuję z tym żadnej więzi kulturowej. Tak samo mam z kinem – wolę polskie, chociaż jest, kurwa, nędzne, to wciąż się nim katuję. (śmiech) Albo piłka nożna – katuję się polską, a Mundial mnie praktycznie nie interesował. To jest, kurwa, patriotyzm właśnie – robienie sobie krzywdy polskim gównem! (śmiech). Widzisz, jednak jestem umoczony bo chodzę na polską ligę i chodzę na festiwal filmowy w Gdyni. (śmiech)

Rozmawiał Bartosz Cieślak 

Zdjęcia: Call Me Killer (Wrocław)/Michał Urbańczyk (Pacior solo)/Łukasz Borowik (Fluff Fest)

Awatar: projekt Michał Ałaj