JACEK MAZURKIEWICZ – Jestem muzycznym kotem

Koordynatorzy niskich częstotliwości w zespołach coraz częściej z osobników drugorzędowych, dbających jedynie o basowe spoiwo muzycznych kolaboracji, wychodzą do przodu i kreują rzeczywistość. To już nie bohaterowie dowcipów (np. o tym, że jak zakładasz zespół, na gitarzystę bierzesz kogoś kto umie grać, na bas tego co się dopiero uczy…), ale samodzielni i twórczy artyści. Przykładem może być kontrabasista i kompozytor Jacek Mazurkiewicz. Poznaliśmy go dzięki projektowi Jachna/Mazurkiewicz/Buhl, ostatnio zachwycałem się na naszych łamach trio KaMaSz, a teraz rozmawiam z tym panem o jego muzyce, a pretekstem do rozmowy jest przejście Jacka na drugą stronę barykady, czyli włożenie ciasnych i niewygodnych butów wydawcy, debiutującego płytą „North Meridian”

Rozpoczniemy być może banalnie – co zafascynowało cię w kontrabasie? Przecież od razu wiadomo, że najbardziej „przekopane” w zespołach mają kontrabasista i perkusista…

To co mnie zafascynowało w kontrabasie, w ogóle nie miało nic wspólnego z jazzem. No, może niewiele. Na początku był zespół MUKTA, byłem  na pierwszym roku studiów leśnictwa – bo od tego zaczynałem. Moje korzenie jako muzyka sięgają punky reggae party a Mukta pokazała mi fajne, groove’owe granie. To był początek i pierwsze decyzje, kiedy od  wspomnianego leśnictwa zaczynałem tzw. wyższą edukację. Z muzyką jako basista zetknąłem się kilka lat wcześniej, w inowrocławskiej kapeli punkowej, wtedy nie myślałem jeszcze kto ma w kapeli „przekopane” i jaka jest rola danego instrumentu, niemniej pociągał mnie fakt, że w tym kontekście kontrabas niejako „spinał” całą kapelę.

Pamiętasz moment, kiedy zdałeś sobie sprawę, że kontrabas stanie się twoim towarzyszem niedoli na długie lata? Kiedy obudziła się ta świadomość?

Pierwszą decyzją, która sygnalizowała tę zmianę, była rezygnacja ze studiowania leśnictwa. Później wszystko zaczęło układać się pod kątem bycia kontrabasistą, w efekcie czego na kilka lat zarzuciłem granie na basie elektrycznym. Wystartowałem dość „poważnie” w ramach edukacji II stopnia szkoły muzycznej w klasie kontrabasu klasycznego; były etiudy, utwory kontrabasowe solo, wielogodzinna praktyka w pracowni. Pracowałem dość intensywnie, zaliczając po dwa lata edukacji w jednym roku szkolnym. Po trzech latach bylem w połowie piątej klasy i wtedy podjąłem decyzję oJacek_Mazurkiewicz - fot. 2 YAKI wyprowadzce do Gdańska i studiowaniu jazzu.

Są teorie, że szkoła zabija indywidualizm i chęć eksperymentu – czy dla ciebie edukacja była istotnym elementem w rozwoju?

Rodzimy system edukacji muzycznej faktycznie pozostawia wiele do życzenia, jednak w każdej materii może trafić się nauczyciel, współpracownik, który zabije w Tobie chęć tworzenia, tę nutę kreatywności napędzającą machinę. To bardzo złożony temat, a wielokrotnie trzeba walczyć o utrzymanie swych ideałów, kierunków czy choćby form interpretacji muzyki, jak to miało miejsce na etapie edukacji klasycznej. Zajęcia w szkołach artystycznych często odbywają się w toku indywidualnym i niezwykle ważne jest, by twój nauczyciel był po twojej stronie. Dla mnie każdy etap edukacji jest wartościowy. Są szkoły, które kładą nacisk na technikę, inne na interpretację a jeszcze inne na emocje. Osobiście uważam, że rozwijanie każdego z tych elementów wpływa korzystnie na naszą muzykę.

…i po edukacji rzuciłeś się w wir pracy. Przyznam, że lektura twoich dokonań budzi podziw. Czy istnieje coś takiego jak czas wolny w twoim życiu?

Pracuję nad tym…

Czas wolny musi być, skoro w ubiegłym roku wziąłeś ślub. Zmiana stanu cywilnego pomaga? Podobno Miles Davis nie podawał ręki żonatym muzykom…

Na szczęście, Miles już nie żyje.  Pomaga. napędza, jest dobrze. Na szczęście, moja żona, mimo, że nie słucha takich rzeczy, podchodzi z szacunkiem do tego typu wygibasów muzycznych.

I musi być bardzo tolerancyjna mając męża, który chyba średnio raz na tydzień zakłada nowy zespół…

Widzisz, tutaj muszę Cię zaskoczyć. Okazało się, że na dzień dzisiejszy ilość zespołów, w których funkcjonuję, jest bardzo stała.

Stała i masakrująco kaloryczna. Jeszcze niedawno padałem przed „God’s Body” a dzisiaj poruszsm się między KaMaSz-em a Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura. Mam wrażenie, że to chyba dwa bardzo ważne (najważniejsze?) dla ciebie projekty. Mam rację?

Wesołe trio od „God’s Body” właśnie nagrało nową porcję dźwięków, więc chyba nie dam Ci za długo od siebie odpocząć (śmiech). Każdy z zespołów, które współtworzę, jest dla mnie najważniejszy, każdy z nich ma swój osobliwy stan skupienia. I to cieszy. Te trzy projekty są dla mnie ciekawym polem eksperymentu i nie potrafię porównać dlaczego ten a nie tamten. Muzyka, którą uprawiamy, jest naprawdę bardzo emocjonalna a ja, posiłkując się biofizyką, wyznaję zasadę by nie strzelać energią tam, gdzie nie trzeba. Więc gdy nie muszę, wchodzę w stan spoczynku, jednak podczas sesji daję z siebie maksimum – niezależnie od składu.

W twoim przypadku pięknie pokazują jak niezwykle szeroko można traktować kontrabas. Jaka jest specyfika pracy w tych zespołach? Który jest dla ciebie największym wyzwaniem?

Największym wyzwaniem jest dla mnie 3FoNIA, czyli solo, bo wtedy nie mam nikogo za plecami. W zespole jest współpraca, jest pomoc gdy jej potrzeba. Jest też inspiracja i potrzeba napędzania pozostałych muzyków. To się przeplata; możesz odsapnąć, o ile w utworze trwającym kilka minut jest czas na odpoczynek – w rozumieniu wykonawcy jest wiele momentów, gdzie można przycupnąć pod drzewem choć na chwilę…  a za chwilę biegniesz dalej.

I ten bieg doprowadził cię do… założenia własnej wytwórni PlankTone. Przyznam, że mnie zaskoczyłeś. Masz za dużo wolnego czasu?!

W zasadzie sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Współpracuję z kilkoma wydawcami. Pomysł chodził za mną od kilku lat, potrzebowałem impulsu by wystartować. Tak powstał PLANK-TONE. Niejako wpisuję się w pewien trend tworzenia mikrowydawnictw przez muzyków. Powstaje ich coraz więcej, sukcesywnie powiększając pole szeroko rozumianego niezalu – wydawnictw kompaktowych, winylowych i kasetowych, uzupełniających propozycję wydawnictw funkcjonujących na rynku. Planuję wydawać trzy tytuły rocznie. Chciałbym utrzymywać się w niszy i niezależności wydawniczej, budując swoje grono odbiorców niskonakładowych, wysokojakościowych wydawnictw, najchętniej serie limitowane. Coś dla gadżeciarzy – do których również i ja się zaliczam.

Myślisz, że w tych cyfrowych czasach płyta jako fizyczny nośnik ma jeszcze sens? Pomijam szalenców takich jak ty czy ja…

Biorąc pod uwagę niewielką liczbę egzemplarzy wprowadzanych do obrotu przez PLANK-TONE i tego typu wydawnictwa przy odrobinie uwagi i poświęcenia wystarczy nas by wykupić nakład. Tutaj nie chodzi o to by zarabiać. Samofinansowanie się przedsięwzięcia już jest sukcesem. Robimy to po to, by zatrzymać chwilę i przekazać ją dalej.

Nie miałeś ochoty by tę płytę „sprzedać” większej firmie? Co w niej jest dla ciebie wyjątkowego, że do końca chciałeś by mieć nad nią całkowitą pieczę i kontrolę – od nagrania do wydania?

Gdyby znalazła się taka firma, chętnie przekazałbym dalej nasze dźwięki. Działamy w niszy. Warto promować polską scenę niezależną bo jest ciekawa i fajnie brzmi. Co jest w tym albumie wyjątkowego, że zapoczątkował moje wydawnictwo? To fajny, dojrzały skład. Nie odkrywczy, ale osadzony i stabilny. Bez szukania. Raczej podążanie wcześniej wyznaczoną ścieżką. Personalnie mocny. Współpraca z takimi rozrabiakami to wielka przyjemność. Pomyślałem, że od tego warto zacząć.

Jacek Mazurkiewicz - fot. YAKI

Jestem muzycznym kotem

Poruszyłeś dwie sprawy. Z jedną się nie zgadzam – ten album JEST odkrywczy, nowatorski pod względem formy. Bo jeśli nie jest odkrywczy to co jest?! A po drugie – jak w jednym pokoju znoszą się wzajemnie tak silne osobowości jak Ty, Trzaska i Szpura? Jaka musi być płaszczyzna porozumienia?

Słucham chyba zbyt mało świeżej muzyki, by stwierdzić, że coś jest nowatorskie. Przyznaję jednak, że pociąga mnie kierunek współczesności. Muzyka bliska współczesności jest czymś co w zupełności mnie zadowala. Co do drugiej części twojego pytania – lubimy smaczne jedzenie i dobrą kawę. W większości przypadków to wystarcza by zapoczątkować serię ciekawych zdarzeń.

Jak udaje się to wszystko ogarnąć logistycznie? Grasz z ludźmi mieszkającymi w różnych miastach, w różnych środowiskach, a jednak powstają płyty brzmiące, jakbyście z każdym składem mieszkali razem w jakiejś komunie i grali od rana do nocy? Jak tworzy się taką chemię?

Odnoszę wrażenie, że jestem w pewnym sensie takim robotem – kontrabasistą – sterowanym przez człowieka. Człowiek mówi gdzie i kiedy robot ma być i grać i on tam jedzie i gra a ja patrząc na to wszystko z góry, zastanawiam się w jakie emocje ubrać prace tego robota. Do tego wszystkiego niezwykle istotnym faktem jest dobór składu danego zespołu. Nie gramy z sobą zbyt wiele, ale gdy się spotykamy wchodzimy w to bardzo intensywnie i wtedy się wszystko wydarza. Słuchamy i gramy. Chyba jednak więcej słuchamy.

Czy to co robisz z Trzaską i Szpurą można zdefiniować jako jazz, czy może określasz waszą muzykę w inny sposób? Czy definicje są dla ciebie wiążące, czy raczej unikasz szufladkowania dźwięków?

Przynależność subkulturowa czy muzyczna nigdy nie była moją mocną stroną. W muzyce jestem kotem – chodzę swoimi ścieżkami. Nie ma dla mnie znaczenia nazwa ulicy, którą spaceruję w danym momencie. Zdaję sobie sprawę, że niejednokrotnie nasze zespoły są w ramach swego brzmienia jakby wielogatunkowe, ale przecież uprawiamy muzykę otwartą, więc po co się ograniczać? Dla mnie osobiście w muzyce najważniejsza jest muzyka. Nie ma dla mnie żadnego znaczenia nomenklatura. Kocham dźwięki, które gram, których słucham i te, których nie słyszę. Muzyka jest pięknym, ponadnarodowym dobrem i w taki sposób patrzę na zagadnienie muzyki.

Skoro tak, to musisz płytę jakoś wypromować – masz pomysł jak to zrobić i gdzie pociągnąć za odpowiednie sznurki? To będzie trudne, bo jednak twoja muzyka jest wymagająca i – nie obraź się – mało radiowa. Choć to akurat może być jej dużą zaletą…

Faktycznie, nie mamy szans na power playa’a w rozgłośni „x” ani „y”. W sznurkach również słabo to wygląda. Zdaję się na dobrą wolę muzycznych kretów, przekopujących podziemia dźwiękowe oraz na odbiorców koncertowych; są takie radia co lubią taką muzykę, ale jeszcze na to za wcześnie. Za wczesna pora…

Nie chciałbym zapomnieć – skąd taka, dość fikuśna, nazwa wydawnictwa? Wiąże się z nią jakaś ciekawa historia?

Okazuje się, że konotacji jest więcej niż przypuszczałem. PLANK-TONE czyli DŹWIĘK DESKI, ale i PLANKTON czyli zespół drobnych organizmów unoszących się w wodzie. Dla mnie jest to pociągająca gra słów obrazująca formy muzyczne, którymi się posługujemy oraz przestrzeń w rynku muzycznym, którą zajmujemy. Jesteśmy PLANK-TONE-m.

Możesz zdradzić, jakie będzie następne wydawnictwo Plank-Tone?

Jeszcze tego nie wiem. Mam pewien plan, zobaczymy co z tego wyjdzie. W tym momencie chciałbym skupić się na pierwszym albumie, który ukazał się we wrześniu. Może uda nam się zagrać kilka koncertów gdyż nie jest nam łatwo zgrać się terminowo. Chwilkę odsapnę, nazbieram trochę chrustu na zimę i przystąpię do pracy nad kolejnym albumem.

Ok, muszę teraz zapytać o rzecz, która mnie w pewnym sensie zafascynowała. Możesz rozwinąć ten temat: „Jego ostatnią aktywnością jest praca w kierunku wykorzystania prądu z roślin do celów muzycznych„?

Cieszę się, że o to zapytałeś. To bardzo złożony temat, raczej na osobną rozmowę. Postaram się to przedstawić w wielkim skrócie o co chodzi i jak do tego doszło. Zainspirowany znanym na rynku syntezatorów urządzeniem, które miało wzmacniać impulsy elektryczne występujące w roślinach i przetwarzać je na język znany syntezatorom, postanowiłem, korzystając z uprzejmości profesora Jałochowskiego z katedry fizyki UMCS w Lublinie oraz profesora Trębacza z katedry biofizyki, zbadać to zagadnienie głębiej, korzystając z wiedzy naukowców i aparatury laboratoryjnej w pracowniach Uniwersytetu. Okazało się, że owo znane na rynku urządzenie nie wzmacnia impulsów elektrycznych występujących w roślinach, lecz szum elektromagnetyczny występujący na ich powierzchni oraz dookoła roślin, urządzeń, nas samych, który to szum jest zakłócany nawet przez ludzki dotyk. My na swojej skórze mamy wielokrotnie silniejszy „prąd” niż rośliny wewnątrz. Tak oto na drodze doświadczeń udało się skonstruować mobilny wzmacniacz prądu występującego w roślinach – w dużym uproszczeniu. Udało mi się na razie uzyskać tylko 2 parametry – trigger i zmienny pitch. Czekam na wiosnę i odrobinę więcej światła by wznowić badania już na płaszczyźnie muzycznej. Zagrałem dotychczas koncert solowy przy okazji wizyty w Polsce Daniela Dennetta, zorganizowanej przez wspaniałego dokumentalistę Karola Jałochowskiego – prywatnie syna profesora.🙂 To w zasadzie z naszych pogadanek fizyczno-muzycznych narodził się ten pomysł, który udało się zrealizować dzięki uprzejmości „odrobinę znudzonych pracowników naukowych”, he, he. Uzyskaliśmy laboratoryjne powtarzalne dowody na to, że prąd z roślin bezpośrednio sterował syntezatorami. Dla mnie to duży krok w bio-muzyce, gdyż większość tego typu twórców pracuje właśnie na szumie a nam udało się wzmocnić impuls z wnętrza.

Jacek Mazurkiewicz- fot. Andrzej Jastrzembski

Gdybym cię zapytał czy taka jest przyszłosć muzyki eksperymentalnej to jaka byłaby odpowiedź? Czy jest to coś więcej niż twórcza ekstrawagancja?

W muzyce przenika się wiele światów. Funkcjonują sobie niezakłócone równolegle, niektóre się do siebie zbliżają, inne kroczą po drugiej stronie planety a pomiędzy nimi jest przepaść. Od wielu lat ludzie tworzą jeszcze dziwniejsze twory akustyczno-dźwiękowe. Zdaję sobie sprawę, że nasze badania w kierunku wykorzystania prądu roślin są ciekawostką przyrodniczą nawet w muzyce eksperymentalnej. Kolejnym krokiem będzie stworzenie za pomocą tego systemu form muzycznych, jednak patrząc przez pryzmat muzyczny a nie eksperymentalno-naukowy. Chciałbym odnaleźć w tym jak najwięcej muzyki. Niewątpliwie przyszłością w muzyce są kontrolery a kontrolery roślinne mogły by być hołdem technologii w kierunku natury.

Wytwórnia Zoharum wypuściła kiedyś płytę, gdzie 100% budulcem były dźwięki wydawane przez chrząszcze/owady. Może ty wydasz płytę w oparciu o sygnały roślin?

Nagrałem bio-koncert premierowy. Możliwe, że kiedyś ukaże się na bootlegu u mnie lub w innym zaprzyjaźnionym wydawnictwie. W tym momencie mam nieco inne priorytety wydawnicze.

Od roślinnych klimatów do koncertów z BAiKA. Rozstrzał bardzo duży. Jesteś w stanie z równym entuzjazmem podchodzić do eksperymentów jak i bardziej „normalnych” projektów czy występów gościnnych?

Na szczęście, gram tylko to co lubię. Nie chcę ograniczać się do pewnej stylistyki, która będzie moją identyfikacją. W większości zespołów, z którymi współpracuję, gram w stałym składzie. Nie działam na zasadach muzyka sesyjnego. Z takim samym muzycznym entuzjazmem jadę na koncert z BAiKA, z Jackiem Kleyffem, z Mikołajem Trzaską czy Wojtkiem Jachną i wieloma innymi. Solo, duet, kwartet, orkiestra lub teatr bo i na tej płaszczyźnie staram się regularnie funkcjonować. Muzyka daje mi dużo szczęścia i jest formą wolności, w której poruszam się na co dzień.

Ok. Było szczęście to teraz czas na pytanie niewygodne – czy przy tylu projektach możesz się z grania, mówiąc prozaicznie, utrzymać?

Żyję i mam się dobrze (śmiech). Rynek muzyczny to dość trudna przestrzeń do funkcjonowania. Potrzeba wytrwałości, determinacji, konsekwencji w działaniu. Jest bardzo dużo nierówności. Nie mamy przecież ustalonych krajowych stawek minimalnych. Realnie wygląda to tak, że minimalnie może być to zero złotych a maksymalnie? Hmmm, tutaj mamy duże pole do popisu, niestety, dostępne dość nielicznej grupie twórców jak na ilość podmiotów muzycznych funkcjonujących w PL.

To się nazywa eufemizm (śmiech). Czyli może tak, a może nie. Pytanie dla mnie istotne bo cały czas szukam komercyjnego Graala sceny alternatywnej.

Sukces komercyjny zmienia swoje znaczenie zależnie od gatunku, w którym się poruszasz. Dla jednych sam fakt funkcjonowania na rynku muzycznym, wydawania albumów w nakładzie 500 egz., grania koncertów dla 20-50 słuchaczy i utrzymywania się z tego już jest sukcesem. Inni upatrują sensu w sprzedaży 100000 krążków i grania koncertów dla kilkuset lub kilku tysięcy słuchaczy. I to wszystko w szeroko rozumianej alternatywie. Jest jeszcze całkiem sporo miejsca po środku (śmiech). Tam staram się funkcjonować.

Ok. I przy tym pozostańmy. Jak to powiedział kiedyś Kodymowski, zdarzało mu się na koncert jechać autobusem a wracać Maybahem… 🙂 Interesuje mnie czy przy tej ilości projektów i kolaboracji udaje ci się z jakimiś muzykami bliżej zaprzyjaźnić? Czy w ogóle jest możliwa taka przyjaźń wykraczająca poza pole muzyczne?

Odnoszę wrażenie, że wszystkie zespoły, które współtworzę, działają tylko i wyłącznie dzięki dobrym relacjom między muzykami. Niektóre znajomości są bliższe, inne dalsze, ale zawsze są to dobre znajomości. Zespoły to nasze środowisko pracy, ale ta praca jest rozciągnięta na wielogodzinne lub kilkudniowe przebywanie w swym otoczeniu. Co ciekawe, chyba każdy zespół ma swoją własną wibrację – co innego jada, co innego pije, o czym innym rozmawia, często również koncertuje w innych, skrajnie różnych od siebie miejscach. To jest piękne i bardzo inspirujące. Jak widzisz, przeważnie zagranie koncertu wiąże się ze wspólnym dojechaniem na ten koncert, przebywaniem przed i po koncercie. To bardzo dużo czasu – dużo więcej niż osiem godzin spędzonych na etacie nawet w licznej ekipie. Tu jesteśmy razem często zdani Jacek Mazurkiewicz - fot. Jacek Mójtana siebie i albo jest dobrze, albo jest źle. Dzięki temu mamy jeszcze chęci by spędzać wspólnie czas pozamuzyczny.

Chcę cię sprowokować, żebyś powiedział np., że wolisz pojechać z Jachną niż z Trzaską (śmiech)

A może warto pojechać i z Jachną i Trzaską? (śmiech).

Dobra, zbliżamy sie do konca zatem, skoro wczesniej wywołałeś temat: zdradź jakieś szczegóły nowej płyty Jachna/Mazurkiewicz/Buhl. W jakim kierunku podążacie, kto wyda i dlaczego nie Plank-Tone. No i kiedy data premiery?

Nie potwierdzam, nie zaprzeczam (śmiech). Niebawem się dowiemy. Co do zawartości trzeciego albumu JMB, mogę powiedzieć tylko tyle, że jesteśmy na etapie odsłuchiwania sesji nagranej w sierpniu w małym domku z bala, ukrytym w Borach Tucholskich. Mogę za to zdradzić, że w październiku przy okazji koncertów Michaela Giry w klubie Pardon To Tu, nagrywam sesję w duecie z Normanem Westbergiem, gitarzystą zespołu Swans, co mnie niezmiernie cieszy, gdyż rozmawialiśmy o tej akcji od kilku sezonów i wreszcie udało się zgrać czas i miejsace. Nie mogę doczekać się spotkania.

Czyli jak zwykle w drodze i do przodu. To może być ciekawe. Ok, pozostaje tylko jedno, absolutnie głupawe pytanie na sam koniec: Jeśli musiałbyś wyjechać na bezludną wyspę i mógłbyś wziąć ze sobą TYLKO JEDEN instrument, co wybrałbyś: gitarę basową czy kontrabas?

Ze względów praktycznych, zdecydowanie kontrabas. Nie muszę martwić się o dostawcę prądu by grać. Z innych rozwiązań praktycznych – w razie potrzeby z jego strun łatwiej zrobić hamak a z kontrabasu szalupę ratunkową. (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: YAKI (1 i 2)/Andrzej Jastrzembski (3)/Jacek Mójta (4)