J.D. OVERDRIVE – Około-stonerowy, bezpański kundel

J.D. Overdrive zna w Polsce każdy, kto chociaż trochę interesuje się stoner metalem. Co ciekawe, członkowie zespołu dalecy są od twierdzenia, jakoby grali ów stoner. Rzekomo bliżej im do southern metalu, który nad Wisłą gra ponoć jedynie kilka kapel. Czy da się to wszystko traktować poważnie. W poniższym zapisie rozmowy z wokalistą grupy, Wojciechem Kałużą, odpowiadamy na to i inne pytania.

Często łapiesz się na tym, że im starszy i mniej dopracowany materiał artysta posiada w swej dyskografii, tym lepiej jest odbierany? Skracając: dlaczego to właśnie te starocie zyskują miano kultowych?

To chyba kwestia właściwego czasu i miejsca. I szczęścia, żeby się w ten czas i miejsce wstrzelić. Jestem jak najbardziej w stanie zrozumieć, dlaczego artyści nie pałają miłością do swoich starszych dzieł, podczas gdy publika te naiwne początki kocha. U słuchacza ta miłość wiąże się z jakąś nostalgią, a u artystów często taka nostalgia szybko blednie, bo przecież na horyzoncie jest już nowy, bardziej ekscytujący dla nich materiał. Z drugiej strony nie można publice kazać czegoś pokochać tylko dlatego, że twórca uważa to za lepsze. To jeden z tych odwiecznych problemów, z którymi boryka się chyba większość ludzi tworzących muzykę.

No właśnie. Sam najchętniej pogrzebałbyś debiut JD Overdrive na cmentarzysku historii, ale zgaduję, że jednocześnie uwielbiasz „To Mega Therion”. Robi nam się z tego temat dla psychiatry, nie uważasz?

Na szczęście, ja nie mam tego problemu, że nasza debiutancka płyta była jakąkolwiek rewolucją, bo nie była. Pozostaje niedopracowanym, zdradzającym młodzieńcze fascynacje krążkiem, który o dziwo wielu ludziom przypadł do gustu (do dziś niektórzy mówią nam, że to ich ulubiona płyta JDO), a dla nas z kolei stała się wykładnią błędów, których obiecaliśmy już sobie nie popełnić. Wbrew pozorom nie widzę w tym nic dziwnego, taki dualizm wydaje mi się oczywisty. A do „To Mega Therion” mam stosunek zupełnie obojętny, jak zresztą do wielu ikonicznych płyt.

No dobrze, ale sam wiesz, że album wcale nie musi być przełomowy, aby wpaść w sidła kultu. Spójrz na „Spectrum of Death” Morbid Saint – oryginalne to nie jest za grosz, ale czczone przez niemal każdego kataniarza w wieku nastoletnim.

Tego akurat nie kojarzę, bo znajomość zespołów kataniarskich zacząłem i skończyłem w zasadzie na Exodus i może jeszcze rodzimym Terrordome, który bardzo skutecznie jak dla mnie balansuje na granicy auto-parodii.

Około-stonerowy, bezpański kundel

Około-stonerowy, bezpański kundel

Przechodząc do waszej najnowszej płyty – dasz radę udowodnić, że to właśnie ona jest waszym opus magnum bez powielania frazesów o nowych wyzwaniach i innych tego typu?

Żeby coś udowadniać, musiałbym najpierw postawić taką tezę. A w przypadku nowego albumu daleki jestem od nazywania ją naszym opus magnum. Nie wiem nawet, czy mogę nazwać tę płytą dojrzalszą, ciekawszą, czy obiektywnie lepszą. To jest materiał inny niż poprzednie, i w zasadzie ten przymiotnik „inny” daje mi całą satysfakcję, jakiej potrzebuję. O nowych wyzwaniach też chyba ciężko mówić, bo po prawdzie to na etapie komponowania pojawiły się po prostu nowe pomysły, które niejednokrotnie zdziwiły nas samych, motywując jednocześnie do próbowania czegoś nowego, z czystej ciekawości jak wypadnie rezultat. Początkowo wychodziły nam kawałki lżejsze niż poprzednio, bardziej rock’n’rollowe i to już było fajnym zaskoczeniem. Potem jednak pojawił się jakiś ostrzejszy riff, ja podskórnie czułem, że zamiast śpiewu trzeba się tu i ówdzie wydrzeć i pierwsze wrażenie szlag trafił. Mimo wszystko uważam jednak, że powstał z tego wszystkiego materiał z jednej strony różnorodny, a z drugiej zaskakująco spójny. Po prostu – inny. Lubię takie płyty.

Rozumiem, że gdybyście wydali płytę bliźniaczo podobną do „The Kindest of Deaths”, odczulibyście pewne rozczarowanie?

Może tak. Może pomyślelibyśmy, że nagramy płytę podobną, ale jeszcze lepszą? Cholera wie. Nie mamy chyba za bardzo czasu, żeby przejmować się takimi bzdurami.

Generalnie rzecz ujmując, potrzeba zmian immanentnie towarzyszy wam przy komponowaniu nowego materiału? Pytam, bo wcale nie jest to takie oczywiste (vide: Slayer).

Zaryzykuję stwierdzenie, że tak. Niby są jakieś elementy, dzięki którym ludzie mówią „o, spoko, to brzmi inaczej, ale dalej jak wy„, niemniej z każdym nowym albumem jestem ciekawy co jeszcze jesteśmy w stanie wycisnąć z naszej muzyki. To na pewno jedna z tych rzeczy, które nas dalej napędzają. No i pomaga fakt, że my nigdy nie byliśmy kapelą, po której ktoś spodziewa się jakiegoś konkretnego rodzaju płyt. U takich zespołów jak Slayer podejrzewam, że wygląda to ździebko inaczej.

Co rozumiesz poprzez „nikt nie spodziewa się konkretnego rodzaju płyt”? Chodzi o przynależność gatunkową, czy coś jeszcze innego?

Ciężko u nas mówić o jakiejś przynależności gatunkowej. W najlepszym wypadku nazwałbym nas około-stonerowym, bezpańskim kundlem. Ale za mówienie, że gramy stoner już obrywaliśmy, więc teraz bezpieczniej powiedzieć „southern metal”, bo to możesz sobie włożyć w dowolną szufladkę i wszyscy są relatywnie szczęśliwi. Potem jednak ktoś zapyta „więc co powiecie o scenie southernowej w Polsce„, a my zrobimy głupie miny, bo takiej sceny nie ma, jest tylko kilka kapel w Polsce, które gra tę muzykę poprawnie. Nie nam oceniać, czy jesteśmy jedną z nich. Jeszcze wracając do pytania, to podejrzewam, że jest parę osób, które spodziewałyby się po nas kalkowania z Pantery, Downa, czy innego BLS i łupania tylko takich płyt. My z kolei jesteśmy ludźmi ambitnymi i kalkujemy z większej ilości lepszych od nas bandów…

Czy to ortodoksyjne przestrzeganie szufladek przy opisywaniu czyjejś twórczości w ogóle ma jakiś sens?

Ma sens, bo ludzie są z natury głupi i lubią, jak im podajesz wszystko na talerzu i dorzucasz jeszcze naklejek na świeżaki. Nie wiem nawet, czy pod tym kątem w latach 80. nie było lepiej, ale miałem wtedy pięć lat i prawdopodobnie srałem pod siebie ze strachu oglądając „Goonies” na VHSie przywiezionym z Niemiec.

Ostatnio rozmawiałem z Aniołem z Corruption, który też odcina się od plakietki stoner metal. To jak to w końcu z tym stonerem jest, kto go gra?

Wszystkie zespoły z nazwami kończącymi się na „-ong” albo „–lord”. A tak serio, kapel bliższych stonerowym korzeniom jest u nas zatrzęsienie (zresztą dobre 80% z nich trafia na łamy Violence). My po prostu nie jesteśmy jedną z nich. Jeśli już, to wysyłamy do stonera ukradkiem liściki miłosne. Z procy.

Czujesz przesyt tą całą falą stoner rocka/metalu w Polsce?

Paradoksalnie nie, bo jak z każdą taką falą czas zweryfikował jakość i w większości aktywne pozostały tylko te kapele, które faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia. No i wreszcie zrobiła się wokół tego jakaś sensowna scena, popatrz tylko na festiwale Red Smoke czy Soulstone Gathering – czysta magia, a spotkasz tam tych samych ludzi. Jeśli już miałbym czuć jakiś przesyt, to śpiewającymi po polsku kapelami blackowymi o nazwach typu Wzgórza czy Sromota. I mówię to jako zadeklarowany fan Furii, Mgły czy Odrazy.02 (fot. Marcin Pawłowski)

No właśnie – post/avant-garde black metal to bardzo nośny temat. Czekam aż z hukiem zleci na śmietnik historii, tak jak symfoniczny black metal.

A ja akurat wierzę, że dużo płyt z tego nurtu będzie broniło się po latach tak samo dobrze, jak broni się teraz. Ale moje zdanie może być mało istotne, skoro wierzę też, że nawet nu metal czy metalcore pozostawiły po sobie godne płyty.

Inna sprawa, że dzisiejszy metalcore z reguły celnie okłada słuchacza. Nowe wydawnictwa Code Orange, Car Bomb czy nawet Knocked Loose dobitnie to potwierdzają.

Tu chyba nie pogadamy. W przypadku Code Orange zupełnie nie rozumiem hajpu, Car Bomb kojarzę bardziej z depresyjnego filmu dokumentalnego, niż z ich muzyki, a tych ostatnich nie znam zupełnie. Za to nowe płyty Killswitch Engage bardzo mi się podobają. Serio serio.

Na sam koniec powiedz, czy fakt, że twój wydawca jest jednocześnie pracodawcą nie jest lekko krępujący?

Niespecjalnie, przyzwyczaiłem się. Jeśli kogoś tak, to pewnie cokolwiek powiem i tak tego nie zmieni.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: Marcin Pawłowski