IZES – Powrót z marginesu

Nie samą improwizacją Trójmiasto żyje, chciałoby się napisać. Gdzieś obok przeczytacie recenzję nowej płyty Lonker See a poniżej zapis rozmowy z IZES, która niedawno pochwaliła się bardzo fajną płytą „Hello Wasteland”, świetnie miksującą lekki mrok, szczyptę trip – hopu ze stylowym indie. I tu powinno pojawić się pytanie, dlaczego tak dobry krążek nie rezonuje w muzycznej przestrzeni? Dlaczego przynajmniej kilka piosenek nie rozbija się w radiowym eterze? O tych kwestiach, a także o udziale w filmie Barry’ego Adamsona, języku polskim i wymarzonym koncercie rozmawialiśmy z Izabellą Inez Sawicką…

Jesteś związana z aglomeracją, która – jak zresztą gdzieś już pisałem – może być uznana za stolicę odjechanej alternatywy, zresztą, z niektórymi z tych muzyków grasz (że o perkusiście wspomnę…). Czy ten kontekst pomaga w muzykowaniu, czy raczej stawia jakieś poprzeczki albo granice? Przejmujesz się tym, czy raczej ta świadomość ci nie przeszkadza?

Świadomość nigdy, ale kto wie… może to podświadomość wpłynęła na decyzję, żeby najpierw rozprawić się z eksperymentem (pierwsza płyta „Emotional Risk”), by dopiero potem zająć się piosenką. Tak naprawdę dzieje się tutaj sporo w różnych gatunkach muzycznych, ale faktycznie na mapie Polski to Trójmiasto wyróżnia się jako miejsce „tych, co lubią pokombinować”. Nie czuję presji, raczej cieszy mnie, że mogę obcować i współpracować z ludźmi, którzy mają otwarte głowy.

Może trochę podniesiemy ciśnienie, bo tak się zastanawiam, że na razie trochę cicho wokół twojej osoby. Pierwsza płyta przeszła ciut bezIzes echa, druga promowana jest teraz, choć na okładce widnieje data 2016. Czujesz się dobrze, działając trochę na uboczu, czy może po prostu muzyka jest tylko jedną z wielu płaszczyzn aktywności?

Udało się podnieść ciśnienie, nie ukrywam! Aż nie mogę się doczekać dalszych pytań. Większość z muzyków których znam, odpowiedziałoby dyplomatycznie i wymijająco, że nie robią tego dla pieniędzy, chodzi o przyjemność, bla bla. Z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że nie byłam gotowa na nawet minimalny sukces. W pewnym momencie miałam kryzys i myślałam sobie, że nie chcę nikomu wciskać siebie, skoro być może mało kogo to interesuje. Po co zajmować się muzyką, która pochłania czas, pieniądze, nerwy, relacje międzyludzkie? Rozejrzałam się dookoła, zajrzałam również do swojej głowy i zrozumiałam, że to jestem właśnie ja. Gram dalej, ale teraz już jestem gotowa iść do przodu. Mimo wszystko, nie mając zabezpieczenia czy wsparcia finansowego nie da rady, szczególnie na tym etapie, zajmować się tylko muzyką. Na szczęście, a może na nieszczęście, moją drugą aktywnością jest film.

No właśnie – szczęście czy nieszczęście? Przyznam, że podejrzliwie patrzę na aktorów nagrywających płyty (śmiech). Zdajesz sobie sprawę, że w którymś momencie będziesz musiała wybrać jedną z dróg?

Tyle, że ja poza rolą aktorską w filmie „Therapist” Barry’ego Adamsona nigdzie nie grałam. Zajmuję się realizacją filmów, przede wszystkim reklamowych, zatem ze mnie to się proszę Arku nie śmiej! Robię to dla pieniędzy, ale również w celach samorealizacji, bo to było moje drugie marzenie. Można pomyśleć – szczęściara! Chociaż oczywiście w rzeczywistości nie wygląda to tak kolorowo. Jestem skorpionem, bylejakość mnie nie zadowala. A wiesz, często jest tak, że kiedy myślę sobie „ok, w tym tygodniu wreszcie zacznę załatwiać koncerty„, to nagle wszystkie sprzęty elektroniczne, na których pracuję, zaczynają się buntować i w rezultacie po tygodniu budzę się jako zombie, które nawet nie pamięta, że kiedykolwiek miało styczność z mikrofonem. Czekam na takie zatracenie w drugą stronę. A jeszcze nawiązując do aktorów nagrywających płyty – faktycznie, najpierw zagrałam w filmie Barry’ego, dopiero później ukazała światło dzienne debiutancka płyta (śmiech). Pamiętam jak Barry zapytał mnie czy po roli w jego filmie będę chciała zostać aktorką w Polsce, np. w serialach telewizyjnych.

Możesz opowiedzieć jak doszło do współpracy z Barry Adamsonem? I coś na temat samego filmu?

Barry znalazł mnie na myspace (ponieważ jako jego fanka dodałam go do „znajomych”), w czasach świetności tego serwisu. Najpierw odwiedził mnie w Sopocie, a nasze następne spotkanie było już na planie filmu w Londynie. Barry pisał scenariusz osiem lat i montował film dwa lata, to był bardzo ważny dla niego krok w stronę kinematografii. Cieszę się, że mogłam w tym uczestniczyć, przy okazji prezentując w kontrastowy sposób moją dwoistą naturę (grałam bliźniaczki).

Wracając do muzyki – jedyna szansa, żeby przebić szklany dach, to nap… multum koncertów, wycierać sobą sceny, licząc, że w końcu zaskoczy i ta kula zacznie się toczyć sama. No chyba, że weźmiesz udział w jakimś popularnym tokszole, ale to też śliski grunt. Masz zatem jakiś pomysł jak ruszyć ten temat?

W Trójmieście wytarłam tyłek o większość scen, jakiś czas temu grałam w UK i Niemczech, ale czas przetrzeć też szlak w Polsce. W najbliższym tygodniu mam zamiar zająć się organizowaniem trasy koncertowej. O ile nic nie spłonie oczywiście. Przede wszystkim wreszcie czuję, że dotarliśmy się z chłopakami muzycznie, a też czekałam na ten moment, żeby od razu zaprezentować się najlepiej, jak potrafimy.

Ok, no to skoro kontekst mamy za sobą, czas na nową płytę. Kiedy w zasadzie ten krążek się ukazał?

W październiku 2016.

Powrót z marginesu

Powrót z marginesu

Liczyłaś, ile recenzji płyty się ukazało? Śledzisz takie sprawy?

Orientuję się. Nie za wiele. Ale była Estrada i Studio, był Teraz Rock. Coś tam pisali. Nie wspominając już oczywiście, że Arek Lerch też zrecenzował!

Dochodzimy do pytania z gatunku „poniżej pasa” – jesteś zadowolona z płyty wydanej w takiej formie? Chodzi o okładkę i układ numerów. Jak napisałem w recenzji – gdy płyta ukazała się z okładką nieco, hmmm, bardziej nawiązującą do muzyki i np w zestawie 1-9, bez polskojęzycznych numerów, mogłaby być nieco lepiej zauważona, nie uważasz?

Jeśli chodzi o okładkę, to była wykonywana pod presją, w ciągu doby. Improwizując miałam na myśli tajemniczą postać, jak z komiksu, która zaprasza do swojego świata, ale faktycznie ostateczny wydźwięk faktycznie odbiega od tego, co miałam w głowie. Uległam też naciskom, że powinno być przystępnie. I trochę zapomniałam z tego wszystkiego, że dym i taka fryzura jednoznacznie kojarzą się z latami osiemdziesiątymi. Co zaś do polskich utworów – ciągle słyszę, że trzeba śpiewać w tym kraju po polsku. I teraz mam dylemat w jakim kierunku iść. Sama mało słucham polskiej muzyki z wokalami. A jak już to na pewno nie takiej, co ma cokolwiek do czynienia z popem.

Bardziej chodziło mi o spójność. Cała płyta po polsku, ok, nie rozumiem tylko takich zestawień w stylu trochę tak, trochę tak. W tym kraju ciągle namawia się żeby śpiewać po polsku, ale w dniu dzisiejszym takie namawianie trochę śmierdzi typowym, polskim lumpen-patriotyzmem, niestety (śmiech). A po angielsku brzmi to bardzo dobrze. Tzw – z mojego punktu widzenia – właściwa część płyty to mocna rzecz. Aż dziwne, że taki mały był odzew. W zasadzie – gdzie można na krajowej scenie umieścić IZES? W jakim miejscu, niszy, stylu?

Ciesz się, że nie zaśpiewałam polskich zwrotek z angielskimi refrenami (śmiech). Najchętniej zrobiłabym dwa oddzielne projekty. Jeden po polsku, z którym, rozumiejąc słowa, słuchacz mógłby się bardziej identyfikować oraz drugi po angielsku, gdzie realizowałabym bezkompromisowe rozwiązania. Jeszcze do tego parę osób jest niepocieszonych, że porzuciłam styl zapoczątkowany na pierwszej płycie, więc idealnie byłoby mieć trzeci projekt elektroniczno-eksperymentalny. Ale nie starcza mi czasu, przez co zapewne jestem gdzieś pomiędzy. Kwestia do przemyślenia i podjęcia decyzji. A gdzie można na krajowej scenie umieścić Izes? To już raczej pytanie do dziennikarza (śmiech). Arku?

No właśnie, ech, ten dziennikarski los… Znajdujesz się w ciekawym miejscu: jedną nogą w alternatywie, drugą w indie popowych klimatach. To ty mi powiedz, czy lepiej czujesz się eksperymentując czy grając mroczne, ale wpadające w ucho piosenki?

Należę do kobiet o złożonej osobowości. Stąd ten rozkrok, że tak się wyrażę. I zmiana tempa akcji. Trochę tak, trochę tak.

No właśnie. Tak jest z paniami, że są niezdecydowane. Choć skład w jakim grasz zdecydowanie prosi się o eksperyment.

Michał Gos sprawdza się jak najbardziej w eksperymencie, stamtąd się wywodzi. Ale też nie lubi się ograniczać zarówno jako słuchacz i jako muzyk. Maciek Szkudlarek do tej pory niespecjalnie kojarzył mi się z eksperymentem, stosunkowo niedawno śmiało przystąpił do takiego grania. Radovan Jacuniak to już zupełnie człowiek piosenka, eksperymentu chętnie czasami posłucha, mało kiedy pogra, ale woli bardziej dobry, spójny utwór od niekończących się wywodów instrumentalnych. Bardzo fajnym doświadczeniem było zebranie chłopaków do wspólnych działań. Ich improwizacje świetnie sprawdzają się na koncertach, kiedy są momenty na odpłynięcie.

Czyli jednak trójmiejska dusza nam tu gra (śmiech). Dobra, masz swoich ulubionych wykonawców z 3M?

Jeśli chodzi o aktywnych muzyków to Ampacity, Ortalion, Mordy, Popsysze, Octopussy, Irek Wojtczak, Rogulus i Szwelas, w zasadzie większość improwizowanych składów z jakimi gra Gos, w tym wspominane często przez Ciebie Lonker See, ale również mniej znane, np. Rito – to jest moc. To tak na szybko, pewnie wielu, którzy robią na mnie wrażenie i chętnie słucham, zapomniałam teraz wymienić.

Może właśnie to jest sedno – grać mrocznego, ale melodyjnego tripa z muzykami, którzy na koncertach potrafią pociągnąć fajnie temat. Może w ten sposób zagospodarujesz autorską niszę??

Tak gramy na żywo. Te utwory grane na żywo na trzy instrumenty i wokal są bardziej spójne i te nasze granie charakteryzuje się tym, co opisałeś. Powoli pracujemy nad nowym albumem i mam nadzieję, że tym razem powstanie w krótszym czasie niż trzy lata, będzie spójniejszy i jeszcze bardziej wyrazisty. Arku, a powiedz mi jeszcze- czym jest indie? Bo od kilku lat próbuję zrozumieć te określenie, ale ciągle ciężko mi je przetłumaczyć na polski. Alternatywny pop czy coś więcej?IZES Piotr Połczanski

Alternatywny rock o dużych aspiracjach niezależnych. Jak wszystkie szufladki – podzielony na sto podgatunków…

Dziękuję, zapamiętam, chociaż myślałam, że bardziej pop…

Z uporem maniaka wracam do płyty. Opowiedz o kontekście lirycznym. Przyznam, że tytuł kusi…

Tak jak wspomniałam, muzyka powstawała trzy lata. Tytuł pojawił się gdzieś po drodze. I teraz uważaj – nie wiedziałam, że jest taka gra „Wasteland”… nie wiedziałam, że istnieje subkultura hołubiąca postapo. Mam internet, ale jakoś mi to umknęło (śmiech). Jednak tak przyzwyczaiłam się do tego tytułu i do wizji, którą sobie wbiłam, że nie przeszkadzało mi, że ktoś stwierdzi, że tytuł jest zaczerpnięty z tejże subkultury. Jednak, żeby było śmiesznie, po ukazaniu się wideoklipu do tytułowego „Hello Wasteland” jakiś fanpejdż o tej tematyce umieścił klip z podpisem, że Izes podszywa się pod nas, a w klipie jest za mało gadżetów, zepsutych maszyn, itd. Co prawda podczas realizacji też miałam taki dylemat, ale najbardziej zależało mi na Ruchomych Wydmach w Łebie, na które nie mogliśmy wtargać spalonych samochodów. A teksty utworów? To reakcja na proces, który postępuje. Coraz więcej ludzi nagle zauważa, że mając tak wiele, nie ma nic. Jest pustka. A ja udaję takiego złego chochlika co powtarza „A nie mówiłam? Teraz pozostaje już tylko iść na całego„. Chwilami opisuję też świat z pozycji postaci tragicznej, której nie wyszło i teraz postanawia żyć na marginesie. Może to przez to ciągle jestem właśnie na tym marginesie? Poza tym ludzie przecież nie lubią negatywnych treści. Nawet w nieco cukierkowym wydaniu. Poniekąd odpowiadając sobie sama na te pytanie – zrozumiałam, że to ja w ostatnim czasie wrzucałam siebie na margines. Gorszy czas, po prostu.

Czas od marginesu się odbić. Czyli wiadomo, koncerty. Masz takie swoje ukryte marzenie gdzie chciałabyś zagrać? I w jakim towarzystwie?

Ostatnio takie marzenia miałam jako mała dziewczynka. Najbardziej wbiło mi się w pamięć, że marzyłam o tym by u boku Coolia zaśpiewać partię refrenu „Gangsta’s Paradise”…

F Michał BilińskiOk. A jako duża dziewczynka? Nie wmówisz mi że nie masz swojego wymarzonego koncertu…

Myśląc więc jak mała dziewczynka w tajemnicy wyznam, że… to mógłby być Josh Homme u boku na dużej scenie. Ten facet ma w sobie coś takiego, że czego się nie tknie, bardzo mocno uderza w mój gust. Ostatnio słuchałam najnowszej płyty Marka Lanegana i tam gdzie najlepiej wyczuwalny jest styl Josha, to te utwory najmocniej na mnie podziałały.

… i na pewno zagralibyście „Paint That Dirt” (śmiech).

To już mam marzenie sceniczne! Ale koniecznie z autorem tego utworu- Michałem Gosem.

Ok, zatem na koniec zostawiam tzw wolne słowo dla ciebie: możesz zareklamować „Hello Wasteland”.

„Hello Wasteland” to kobieca sensualność połączona z gitarowym brzmieniem. Zmysłowy wandalizm, któremu warto się poddać. Jakoś tak?

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Piotr Połczanski/Paweł Klein/Michał Biliński