INNERCITY ENSEMBLE – Demokracja absolutna. Rozmowa z Kubą Ziołkiem

Jak napisać wolny od banału wstęp do wywiadu z Kubą Ziołkiem? Każdy, kto choć pobieżnie interesuje się polską muzyką, jest na bieżąco z jego projektami. Gość z muzycznym AD/HD, porównywany do Roberta Brylewskiego czy Tymona Tymańskiego, który powoli, ciężką pracą, zdobywa sobie równie silną pozycję jak oni. Nie popadajmy w skrajności – nie wszystkie płyty, które nagrywa, są wybitne. Ale trzeci krążek Innercity Ensemble zdecydowanie na takie miano zasługuje. I to właśnie o nim, choć nie tylko, rozmawiamy.

Zdaje się, że zajęty z Ciebie człowiek. Co – muzycznie i artystycznie – ostatnio porabiałeś?

Przed kilkoma dniami wróciliśmy z mini trasy z T’ien Lai, w ramach której zahaczyliśmy też o Dnipro na Ukrainie, a obecnie jestem właśnie w pociągu do Warszawy skąd lecę na Le Guess Who do Utrechtu. Za kilka dni z kolei zaczynamy trasę z Innercity Ensemble.

Ukraina to nietypowy kierunek. Jak odbierano waszą muzykę?

Świetnie, ludzie byli bardzo nami zainteresowani. Zarówno publika, jak i organizatorzy. Przyszło dużo ludzi, większość tańczyła… ani jedno, ani drugie nie zdarzakuba nam się w Polsce za każdym razem.

Planujecie zagraniczne wojaże z Innercity?

W Innercity gra siedem osób, co dla większości organizatorów festiwali zagranicznych jest ilością nie do przeskoczenia, choćby z tytułu kosztów podróży. Zwykłe koncerty w ramach trasy też w przypadku naszego zespołu odpadają, bo jesteśmy ludźmi 30-40 letnimi, którzy mają pracę, rodzinę, etc., więc takie wypady, które zresztą często wiążą się z ujemnym bilansem finansowym, niespecjalnie nas ekscytują.

A czy czujesz się w pewnym sensie ambasadorem polskiej alternatywy zagranicą?

Nie czuję się, a jeśli nim jestem poza moją wiedzą, to chyba nieszczególnie mi wychodzi ta robota.

Chyba jednak ci wychodzi, bo zainteresowanie ze strony zagranicznych mediów jest duże. Zewsząd pochwały…

No ok, ale sęk w tym, że nie czuję się polskim muzykiem bardziej, niż czuję się etiopskim czy kambodżańskim. Nie mam też w związku z tym misji propagowania polskiej kultury zagranicą, ani też nie czuję się bardziej dumny z jakichkolwiek jej sukcesów niż czuję się dumny z sukcesów niemieckiej czy chińskiej kultury.

No tak – granice, te pomiędzy państwami, zasadniczo nie mają w kulturze wielkiego znaczenia. Szczególnie w dzisiejszych czasach.

Szkoda, że tylko w kulturze.

W jednym z wywiadów wspomniałeś o tym, ze starasz się aby każde wydawnictwo płytowe niosło jakąś spójną myśl, spójny przekaz wyrażany na poziomie okładek i coś w rodzaju motta. Jakie jest więc motto „III”?

Motto brzmi: „Nagrywaj krótsze płyty” (śmiech). A tak serio, to nie ma żadnego motta, bo w Innercity Ensemble jestem tylko 1/7 załogi, uprawiamy demokrację absolutną, nikt nie forsuje żadnych przekazów ideologicznych i chyba z założenia nie silimy się na to, żeby nasza muzyka przekazywała jakieś inne znaczenia poza samymi dźwiękami. Zresztą w tych słowach, które przywołujesz, chodziło mi raczej o ogólny nastrój albumu – muzyka, okładka oraz tekst pasują do siebie i tworzą całość. Nie znaczy to, że ma to być zwerbalizowane i wyłożone w słowach. Z pewnością lepiej, gdy takim nie jest. Być może zbyt szeroko użyłem słowa „myśl”.

Dla mnie, nie mottem, ale najważniejszym aspektem „III” jest rytm, groove. Momentalnie po przesłuchaniu nasunęły mi się skojarzenia z „On the Corner” Milesa.

Rzeczywiście, powiedzieliśmy sobie przed sesją, że chcemy nagrać płytę bardziej rytmiczną niż dwie poprzednie… Wiąże się to z tym, że jednak większa część Innercity Ensemble ma background bębniarski i korzysta z instrumentów perkusyjnych, a także z tym, że niejako naturalnie taka forma ekspresji muzycznej najbardziej odpowiada Innercity A.D.2016 jako kolektywowi. Poza tym też postanowiłem zrezygnować z gitary elektrycznej na rzecz barytonowej, aby bardziej jeszcze uwypuklić motorykę sekcji rytmicznej. „On the Corner” to oczywiście wybitna płyta i bardzo mi schlebiają takie porównania.

W ogóle mam wrażenie, ze bardzo mało jest na „III” rocka. Na pewno mniej niż na poprzednich albumach IE. To było w jakimś stopniu celowe? Czy w ogóle w przypadku waszej twórczości można mówić o jakiejkolwiek celowości?

Szczerze mówiąc, to na „Katahdin” było jeszcze mniej rocka niż na „III”. Ale w przypadku ostatniej płyty uznaliśmy, że takie bardziej rockowo-noise’owe improwizacje wychodzą nam najsłabiej, a także instrumentarium, którego używaliśmy podczas sesji było mało rockowe. Ja praktycznie w ogóle nie korzystałem z gitary elektrycznej, Artur Maćkowiak w takim samym stopniu co gitara, używał syntezatora. Chodziło o to, żeby uwypuklić rytmiczną stronę naszego zespołu, bez popadania w noise’owe czy rockowe banały.

Demokracja absolutna

Demokracja absolutna

Ty w ogóle myślisz o muzyce szufladkami, gatunkami?

Nie. Ciekawe jest to, co jest pod gatunkami muzycznymi. Np. podobny rodzaj demonizmu odnajduję w muzyce Prokofiewa, surf music, zeuhl czy Mayhem i dla mnie to jest jakiś jeden metagatunek, bazujący tylko na tym, co sobie wyobrażam o tej muzyce. Nie chcę zasuwać banałów o tym jak to szufladkowanie muzyki jest złe, bo można o tym przeczytać w rozmowie z każdym muzykiem, chyba że jest w fanclubie AC/DC. Gatunki to są jakieś narzędzia, ale ciekawszą opcją jest szukanie tego, co leży u podstaw gatunków. A w ogóle najciekawszą opcją jest mieć to w dupie i robić swoje.

Nadal nie uważasz się za muzyka?

Jestem muzykiem w tym sensie, że jest to moja praca, i w tym sensie, że jestem w stanie z tego opłacić rachunki. W sensie ogólnym nie uważam się za muzyka, tak jak nie uważa się za fizyka kogoś, kto przez przypadek połączył dwie diody i zrobiło się różowo w pokoju. I rozumiem dlaczego nasze tzw. „państwo” mnie nie uważa za muzyka, ale nie rozumiem dlaczego tzw. „państwo” nie uważa muzyków za muzyków i skazuje ich tym samym na życie w szarej strefie, tak jakby oni w ogóle nie istnieli albo w lepszym wypadku byli tylko trochę wyżej w hierarchii niż handlarze kośćmi.

W jaki sposób to robi?

Połowa działalności muzyka, która nie polega na pracy na etacie w operze czy filharmonii (czyli 90% muzyków) jest działalnością nielegalną, włącznie ze sprzedawaniem płyt na koncertach czy dostawaniem tzw. „kasy z bramki” za koncerty klubowe. Z jednej strony dla mnie jest to ok, ponieważ nie należę do wielkich miłośników urzędu skarbowego, ale z drugiej strony nie chciałbym się czuć jak przestępca za każdym razem jak jadę na koncert. Poza tym jest wielu muzyków, którzy zarabiają o wiele większe pieniądze niż większość ludzi pracujących w budżetówce, płacą podatki, a nie mają z tego tytułu żadnego ubezpieczenia ani zabezpieczenia emerytalnego. To jest gigantyczna mniej lub bardziej szara strefa, która powinna zostać mądrze uregulowana przez państwo. Np. wykonujesz jakąś normę koncertów na pół roku, co masz potwierdzone umowami i w ten sposób jesteś na quasi-etacie, możesz być ubezpieczony, możesz mieć składki odkładane na przyszłą emeryturę. Ale w Polsce wydaje się, że problem nie istnieje, bo są ważniejsze rzeczy do roboty. Kolejne komisje do spraw wypadku lotniczego – dla przykładu. Mam oczywiście świadomość, że to o czym mówię nie odnosi się tylko do muzyków, ale w ogóle do większości pracujących ludzi w tym kraju.

Obawiam się, że muzycy to nie jest grupa, której obecna władza będzie chciała ułatwić życie. No właśnie – mówisz, że nie jesteś polskim muzykiem, ale, chcąc nie chcąc, w polskim bagienku taplać się musisz.

Muszę, nie muszę… Mogę to wszystko rzucić w diabły i iść pracować na budowie, będę miał taki sam status w Polsce jak muzyk. Jeśli już wykonuję jakąś tzw. „pracę”, która daje mi satysfakcję, a płacę z tego tytułu podatki (chyba że okradam państwo podczas grania w klubach, ale strasznie lubię to robić – w sensie, grać w klubach), to już niech mnie to państwo traktuje po prostu na równi z panem czy panią, którzy w urzędach przybijają pieczątki. Nie będę się wywyższać, że moja działalność jest kulturowo ważna, służy edukacji, uwrażliwianiu, etc., nie, po prostu na równi. Mógłbym oczywiście wyjechać do krajów europejskich, gdzie sytuacja muzyków jest lepiej lub gorzej ustalona, ale włożyłem bardzo dużo pracy jeżdżąc po Polsce podczas wielu tras, poznając ludzi i środowiska. Czuję się z tym związany i jeśli jest to forma patriotyzmu to tylko w stosunku do tych ludzi, a nie do państwa w ogóle.ie

Wróćmy do sztuki – to przyjemniejszy temat. A konkretnie do poprzedniego wątku – nie do końca czujesz się muzykiem, ale artystą już chyba jak najbardziej? Co oznacza dla Ciebie bycie artystą? Czy trochę się to słowo w ostatnim czasie nie zdewaluowało?

Jeśli się zdewaluowało, to tylko dlatego, że pojęcie „sztuki” się zdewaluowało. W skali ogólnej można przyjąć, że społeczeństwo ma w dupie to, co robią artyści. Nie tylko w Polsce. Po części jest to wina samych artystów, ale w znacznej mierze jest to wina edukacji spaczonej przez projekty neoliberalne, w których ważniejszą kwestią jest wyprodukowanie jakiejś postaci, której jedynym celem życiowym będzie zarabianie pieniędzy legalnie lub nie, a nie wykształcenie obywatela, który ma narzędzia do krytycznej analizy rzeczywistości i bycia wrażliwym na sztukę. Ja się czuję artystą w działaniu, o tyle, o ile moja sztuka powoduje jakieś reakcje u ludzi, w jakiś sposób ich dotyka, dzięki niej więcej czują i myślą, chociaż przez chwilę. Gdy nie działam, siedzę w domu i oglądam Louisa CK na jutubie, to nie czuję się artystą. Problemem jest też dystrybucja sztuki. Docieranie do miejsc, gdzie sztuki nigdy nie było. Dla mnie to jest ważniejsza przestrzeń działalności artystycznej niż instytucje kulturalne. Trzeba umieć docierać do ludzi i do miejsc, których sztuka nigdy nie nawiedzała. Pojawia się wiele inicjatyw w tym duchu i jestem za nimi całym sercem. Opery, filharmonie, duże festiwale i teatry to jest sztuka na pokaz. Nie pełni żadnej dobrej funkcji społecznej.

Masz na myśli pewną elitarność tych instytucji?

Elitarność to fatalny pomysł na prezentację sztuki, to oczywiste. Sztuka powinna uwrażliwiać wszystkich, dostęp do niej w żywy sposób powinien mieć każdy profesor, chirurg, nauczyciel, pracownik budowlany, kasjer w markecie. To nie jest tak, że ludzie z nizin społecznych mają gdzieś sztukę. To my jako społeczeństwo powiedzieliśmy im, że mają mieć gdzieś sztukę. Że to tylko przeszkadza. To dziesiątki lat fatalnej edukacji w skali niewyobrażalnie katastrofalnej sprawiły, że większość społeczeństwa jest niewrażliwe na sztukę. Jeśli jesteś niewrażliwy na sztukę, to jesteś niewrażliwy na wszelkie impulsy zewnętrzne, które mogą cię wyrwać z kokonu, którego nawet sobie sam nie zbudowałeś. To my jako społeczeństwo zbudowaliśmy Ci ten kokon, w którym nie czujesz się komfortowo, to prawda, więc damy Ci narkotyki, dzięki którym będziesz mógł tę traumę zneutralizować. Przynależność do stada wybranych – dla przykładu. Ostatnie wyborcze zwycięstwo PiS i obecny status tej partii to nic innego jak dekady zaprzepaszczonych szans na edukację ludzi z wszystkich poziomów społecznych, ażeby stali się wrażliwymi na sztukę, krytycznie patrzącymi na rzeczywistość społeczno-polityczną obywatelami.

Panuje przekonanie, że w szkołach powinno się uczyć głównie rzeczy, które się w życiu przydają i które mogą przynieść pieniądze. Ale czy my jesteśmy w życiu tylko pracownikami, czy pełnimy też inne role?

Jeśli w młodym wieku spotykasz się z rzeczami, które są piękne, wstrząsające artystycznie w jakiś sposób, czy inspirujące (nawet jeśli ich nie rozumiesz do końca), to zostają z tobą do końca, obojętnie jaką drogę życiową wybierzesz. Jeśli w młodym wieku spotykasz się tylko i wyłącznie z rzeczami, które wieją beznadzieją, nudą, żałością i upokorzeniem, to one też zostają z tobą do końca, obojętnie jaką drogę wybierzesz. Nie chcę utopizować i mówić, że możemy nagle stworzyć innercity_ensemble_ społeczeństwo na wzór islandzkiego w Polsce, bo to jest niemożliwe, choćby z racji demograficznych. Możemy za to wspierać działania, które mają na celu otwieranie ludziom czaszek na inne światy niż te, które ich zrozpaczony pijany ojciec czy bezradna pracująca za 800 zł miesięcznie matka wnoszą do domu. Szkoła to jedno, ale to co się dzieje na ulicach, w parkach, w miejscach publicznych to drugie. Im więcej inicjatyw tego rodzaju będzie docierać do ludzi z wszystkich warstw społecznych, tym szkoła będzie miała mniejsze znaczenie w kwestii edukacji ludzi. I dobrze! Sam wiele razy brałem udział w takich inicjatywach i zawsze to było ogromnie motywujące widzieć ile osób z tzw. „biednych” dzielnic jest tak naprawdę zainteresowanych jakąś formą sztuki, ekspresji własnej, czy po prostu chęcią zdobycia jakichś umiejętności, które wykraczają poza spawanie blachy samochodu. Państwo, któremu zależy na edukacji obywateli sprzyjałoby takim projektom. Państwo, które chce, żeby ludzie z nizin pozostali ludźmi z nizin z fałszywie zaszczepionym poczuciem godności właśnie nami „rządzi”.

I znowu nam zeszło na politykę. Nie da się chyba tego tematu uniknąć. Sam piszesz w „Krótkim wprowadzeniu do brutalizmu magicznego”, że sztuka koegzystuje m.in. z polityką. To w sumie oczywistość, ale nie każdy artysta decyduje się głośno na temat polityki wypowiadać.

Ja to doskonale rozumiem. Będąc np. muzykiem (w przeciwieństwie do filmu czy teatru), operujesz na materii, która jest tak abstrakcyjna, nienamacalna i ulotna, że wtłaczanie w to treści politycznych może się wydawać gwałtem. Ale ja się nie czuję muzykiem.

Jakie więc nie-muzyk Ziołek ma plany na przyszłość? Trasa z Innercity, to już wiemy. A poza tym? Szykujesz jakieś nowe projekty?

Ostrożnie staram się podchodzić do tego pytania, bo zauważyłem, że to co mówię na temat przyszłych planów zazwyczaj w 50% pokrywa się z prawdą. Z takich rzeczy najbardziej namacalnych, to kończę właśnie miksy płyty The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo z kompozycjami na dwie gitary akustyczne, poza tym w styczniu planujemy nagrać płytę w duecie z Wackiem Zimplem, zaczęliśmy próby w nowej odsłonie T’ien Lai z Krzyśkiem Ostrowskim, który jest kojarzony choćby z zespołu Cool Kids of Death. Mamy praktycznie gotowy materiał na płytę Alameda Quartet, który będziemy się starali zarejestrować w przyszłym roku. Podobnie jak Tuning Ensemble, czyli zespół z Rafałem Gorzyckim i Tomkiem Pawlickim. I kilka jeszcze innych mniej lub bardziej rozgrzebanych kwestii. Zobaczymy na ile czas i energia pozwoli.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu/Piotr Lewandowski (koncert)