INCANTATION – Brać kozła za rogi

Death metal i Incantation to pojęcia tożsame. „Onward to Golgotha” czy „Mortal Throne of Nazarene” to wiekopomne dzieła, które razem z „Altars of Madness”, „Effigy of the Forgotten” czy „Dawn of Possession” weszły do kanonu gatunku. Głównodowodzący ekipą z Pensylwanii, gitarzysta John McEntee, a od 2004 roku również wokalista grupy, znalazł chwilę na udzielenie wywiadu przed majowym koncertem w Poznaniu, który odbył się w ramach dużej trasy po Polsce. Oto, co miał do powiedzenia.

Grasz death metal od dwudziestu lat. Jak zmieniła się scena w tym czasie?

Właściwie to trochę dłużej, bo w 1986 roku zacząłem grać z Revenant, a Incantation powstało dopiero w roku 1989, więc minęło od tego czasu już dwadzieścia pięć lat. Zmieniło się naprawdę sporo. Dostęp do muzyki był kiedyś trudniejszy. Trzeba było fatygować się do sklepu z płytami, nie można było ściągać całych albumów z internetu, wychodziło wiele dobrych fanzine’ów. Aby dotrzeć do ciekawych kapel, trzeba było mieć rozeznanie na scenie. Poświęcało się muzyce więcej czasu. Teraz ściągasz coś z internetu i rzadko kiedy przesłuchujesz materiał w całości. Internet jednak pomaga w przepływie informacji, co jest jego wielką zaletą.

Czy jest jeszcze cokolwiek, czego nie udało Ci się osiągnąć z Incantation?

Nasze oczekiwania wobec Incantation były na samym początku bardzo skromne. Pierwszym celem było nagranie demo, potem pełnej płyty. Nie wiedzieliśmy czy to się uda, ponieważ żyliśmy w przeświadczeniu, że ludzie będą nienawidzić naszą muzykę. Było nam to jednak zupełnie obojętne. Mieliśmy w dupie opinie innych. Wbrew wszystkiemu pierwsza płyta została entuzjastycznie przyjęta i już to przekroczyło ponad nasze oczekiwania. Nigdy nie mieliśmy specjalnych celów, aby podbić świat czy zrobić karierę. Zawsze liczyła się tylko ekstremalna muzyka. Odnieśliśmy względny sukces, ale to nie było planowane.

Poświęciłeś Incantation ponad połowę swojego życia. Czy wyobrażasz sobie, żebyś mógł przestać robić muzykę?

Na pewno nie w zupełności, ponieważ komponowanie muzyki to dla mnie naturalna rzecz. Mam silną potrzebę tworzenia. Pewnie będzie taki moment, kiedy nie będę już fizycznie dawał rady grać tak ekstremalnie. Pewne melodie i rytmy cały czas pojawiają się w mojej głowie. Myślę, że tak już zostanie.

Co jest dla Ciebie inspiracją?

Samo słuchanie muzyki często inspiruje mnie do tworzenia i pisania. Niekoniecznie chodzi o to, że chcę brzmieć, jak dany zespół, ale wpadam wtedy na nowe pomysły. Z reguły słucham starych, ulubionych płyt, które wciąż mnie inspirują, czyli Autopsy albo Possessed. Najchętniej wracam do korzeni, choć staram się być na bieżąco, z tym, co nowe w death metalu.

Na „Upon the Throne of Apocalypse” jest wiele bardzo wolnych, doom’owych fragmentów. Granie w różnych tempach jest dla Ciebie bardziej interesujące niż ciągłe bicie rekordów prędkości?

Kocham death metal, a death metal to nie szybkość, ale specyficzny klimat i brzmienie. Mam wrażenie, że ludzie oczekują wyłącznie szybkiego grania, jakby była to konieczność i obowiązek. Przecież Bolt Thrower czy Disembowelment to także death metal, ale forma jego ekspresji jest inna. Pięć albo sześć lat temu zrobiliśmy cztery bardzo wolne doomowe kawałki, ale nigdy ich nie nagraliśmy, zmienił się skład, temat padł, choć kto wie, może jeszcze do nich wrócimy. Wolne granie wymaga nieprzeciętnego warsztatu i jest moim zdaniem trudniejsze niż szybkie łojenie. Trzeba je czuć, nadawać na tych falach. To nie jest proste.

Co uważasz za najważniejszy moment w historii Incantation?

Takich momentów było wiele, ale biorąc pod uwagę, że nie planowaliśmy wielkiej kariery, wydanie pierwszej płyty było dla nas czymś wielkim. Jeśli chodzi o poszczególne albumy, dla Kyle’a Severna, naszego perkusisty i mnie, bardzo ważnym wydawnictwem jest „Blasphemy” z 2002 roku. Ponadto, po prostu możliwość koncertowania w tak ciekawych miejscach, jak Japonia, Nowa Zelandia, Peru czy Polska to każdorazowo wspaniałe wydarzenie. Jestem wdzięczny za danie nam takiej możliwości, to spełnienie moich marzeń.

Niepokojące okładki takich płyt, jak „Diabolical Conquest” czy „The Infernal Storm” są Waszym znakiem rozpoznawczym. Bierzesz udział w ich tworzeniu?

Ostatnie słowo zawsze należało do nas i decydowaliśmy o tym, co będzie na okładce. Obrazy, które zdobią wymienione przez ciebie płyty są autorstwa Miran Kim, z którą mieliśmy w swoim czasie świetne relacje. Z żalem muszę powiedzieć, że Miran przestała tworzyć bluźniercze i mroczne ilustracje. Chyba doświadczyła czegoś, co zmieniło jej życie. Niekoniecznie miało to związek z religią, ale z duchowością. Nie rozumiem tego, ale szanuję jej wybór, cały czas uważam ją za przyjaciela.

Jest plotka, która mówi o tym, że Incantation pobiło rekord w liczbie osób, które przewinęły się przez zespół, choć to nigdy nie zmieniło drastycznie Waszego brzmienia. Jak to możliwe?

Najkrótsza opowiedz na to pytanie brzmi: ponieważ jestem dupkiem (śmiech)! Aby to wyjaśnić muszę dodać, że od początku miałem klarowną wizję, czym jest i będzie Incantation. Osoby, które chciały ze mną grać musiały zaakceptować moje podejście. Część z nich chciała zmieniać brzmienie zespołu, kiedy zrobił się trend na black metal. Nie brałem tego w ogóle pod uwagę, więc pożegnaliśmy się. Takie sytuacje miały miejsce wielokrotnie. Niektórzy odchodzili, ponieważ przestawaliśmy się dogadywać na stopie towarzyskiej. Kiedy byłem młodszy nie doceniałem pewnych spraw, relacji, znajomości, zachowywałem się jak kutas, choć teraz wiem, że nie było powodu. Muszę przyznać, że bez Kyle’a miałbym przekichane. Pracowałem z wieloma świetnymi perkusistami, ale Kyle gra ze mną najdłużej i zawsze wracał do zespołu, kiedy go potrzebowałem. Mam jednak poczucie, że aktualny skład jest kapitalny. Alex Bouks, nasz gitarzysta, gra również w Goreaphobia. Jego kapela, Immolation i Incantation startowały w tym samym czasie. Nie jest to żaden żółtodziób, znamy się od wielu lat, dużo nas łączy. To samo tyczy się naszego basisty Chucka Sherwooda – rozumiemy się na każdej płaszczyźnie. Nie wyobrażam sobie grać z kimś innym.

Minęło już pięć lat od premiery „Primordial Domination” w 2006 roku. Planujecie dziewiąty album studyjny?

Tak, ukaże się poprzez Listenable w Europie, a w Stanach nakładem Ibex Moon, pewnie jakoś na początku 2012. Prace nad nim trwają już od dłuższego czasu. Bardzo dużo koncertowaliśmy promując „Primordial Domination”. Poczułem się zmęczony i postanowiłem wziąć chwilę oddechu, zdystansować się na moment. Podjąłem decyzję, że jeśli mamy zrobić nową płytę, musi być ona czymś szczególnym. Nie satysfakcjonuje mnie dobry album. Musi być bardzo dobry. Mam spore plany, chce być dumny z tego nagrania. Nie potrzebujemy po prostu kolejnej takiej samej płyty.

Cały czas grasz w Funerus?

Zespół jest aktywny, ale nie tak czasochłonny jak Incantation. Spokojnie działamy i piszemy materiał w wolnych chwilach. Teraz poza mną i moją żoną Jill, która gra na basie i śpiewa, mamy na bębnach Sama Inzerrę z koncertowego składu Mortician. Zrobiliśmy dziesięć nowych, tradycyjnych i bezpośrednich death metalowych numerów w oldschoolowym stylu. Takie granie to duża przyjemność i świetna zabawa. Wydamy ten materiał w najbliższych miesiącach.

Rozmawiał Adam Drzewucki