IN TWILIGHT’S EMBRACE – Przed siebie

Zespół deathmetalowy na Castle Party? Czemu nie?! In Twilight’s Embrace już za kilka miesięcy zadebiutuje na tej imprezie, aczkolwiek za sobą ma jeszcze ważniejszy występ – na XXIII edycji Metalmanii, największego festiwalu metalowego w Polsce, owianego legendą i wciąż wywołującego szacunek u fanów ciężkiej muzyki. Z tej okazji porozmawialiśmy z wokalistą grupy – Cyprianem Łakomym.

Z racji ogłoszonego jakiś czas temu udziału In Twilight’s Embrace na Castle Party, warto przypomnieć sobie, jak nerwowo reagują ortodoksyjni goci na metalowe zespoły grające na tym festiwalu. Jesteś w stanie ich zrozumieć?

Nie do końca. Mimo, że nie śledziłem wszystkich edycji Castle Party uważam, że dobór wykonawców na tym festiwalu jest bardzo szeroki i każdy może znaleźć coś dla siebie. Poza tym nikt przecież nie musi oglądać każdego z występów. Inna sprawa to to, że nie widzę sensu w takim odgradzaniu się na siłę. Obecnie coraz więcej ludzi stara się choć trochę wyściubić nos poza swoje wygodne, dobrze znane poletko. I całe szczęście. To samo zalecałbym „ortodoksyjnym 22.04.2017 - Katowice, Festiwal Metalmania 2017, Koncert zespołu In Twilights Embrace N/z Cyprian Lakomy | Fot. Karol Makurat/REPORTERgotom”, o których wspomniałeś. Zresztą, ich sprawa.

Jako suplement pragnę dodać, że oprócz nadchodzącego występu np. waszej kapeli, bywalcy festiwalu byli wysoce nieusatysfakcjonowani obecnością My Dying Bride w line-upie obecnej edycji.

Zaskoczyłeś mnie tym. Zawsze postrzegałem My Dying Bride jako formację, która książkowo wpisuje się w formułę Castle Party.

Owszem, ale ci ludzie posuwają się krok dalej. Dla nich „oszpecenie” szlachetnego gotyckiego rocka przeszczepem metalowego organu to już za dużo. Warto też zauważyć, że odgradzanie się od nowości – o czym wspomnieliśmy wcześniej – stanowi domenę ludzi, którz nie mogą sobie pozwolić nawet na legalne kupno substancji wyskokowych. Trochę smutne.

Wydaje mi się, że to jeden z tych etapów w życiu, które każdy musi w różnym natężeniu przejść. Gdyby jednak otwartość na nowe rzeczy nie przyszła po pewnym czasie, to za jakiś czas mielibyśmy rzeszę nie tyle młodocianych purystów, co potencjalnych klientów zamkniętych zakładów opieki zdrowotnej.

A ty w swoim życiu długo przeżywałeś okres tej nastoletniej ortodoksji? O ile w ogóle?

I tu zaskoczę sam siebie, bo jeśli spojrzeć w daleką przeszłość, to chyba nigdy nie załapałem się na bycie jakimś szczególnym ortodoksem. Miałem 11 czy 12 lat, gdy światło dzienne ujrzał drugi krążek Mayhem – „Grand Declaration of War”. I to była jedna z tych płyt, które zainicjowały moją przygodę z ekstremalnym metalem. Oczywiście, wcześniej miałem świadomość istnienia takich formacji, jak Sodom czy Venom, ale co innego świadomość, a co innego zaangażowane słuchanie. Przez cały nastoletni okres swojego życia próbowałem wszystkiego, co muzyka ekstremalna i alternatywna miały do zaoferowania. Po kawałku, etapami. Co miesiąc kupowałeś Metal Hammera, a co jakiś czas odkładałeś więcej kieszonkowego na wydanie ze składanką na płycie CD. Było na nich wszystko – od Artrosis po Krisiun czy Impaled Nazarene. Zresztą, sam tamten okres, czyli końcówka XX wieku nieszczególnie sprzyjał radykalizacji gustów. Tzw. symfoniczny/gotycki black metal zgarniał wtedy całą stawkę. Nie był to przejaw żadnego artyzmu, prędzej koniunktury, ale nawet z tego prostego względu metalowcy w czarnych golfach, skórospodniach i płaszczach po kostki rozglądali się po bokach i „odkrywali” np. Depeche Mode i Dead Can Dance. Wydaje mi się też, że dopóki wielu z nas nie dorobiło się stałego łącza z internetem, ortodoksja na płaszczyźnie czysto muzycznej lub jej brak nie były jakimś szczególnie konfliktogennym obszarem. W ryj można było w końcu dostać za darmo, idąc na dowolny koncert.

Wspomniałeś o „Grand Declaration of War”, które jest chyba jedynym krążkiem Mayhem zbierającym całą pulę bardzo kontrastujących ze sobą opinii. Nie uważasz, że gdybyś wcześniej zapoznał się z „De Mysteriis Dom Sathanas”, mógłbyś należeć do grupy przeciwników drugiego albumu Norwegów?

Nie chcę o niczym przesądzać, trudno powiedzieć. Rozumiem tych, którym tak kolosalne zmiany zaoferowane przez zespół nie przypadły do gustu. Mimo wszystko, jak już wcześniej wspomniałem, nie miałem problemu, by poznawać i chłonąć muzykę z zupełnie różnych parafii. Jako dzieciak byłem częstym klientem hurtowni muzycznej przy ul. Bukowskiej w Poznaniu. Sprzedawał tam mój dzisiejszy kolega Mephisto, szef Gruft Produktion. Jednego dnia potrafiłem kupić „Blackwater Park” Opeth, drugiego „Gateways to Annihilation” Morbid Angel, a jeszcze innego „Blood on Ice” Bathory.

To całkiem dobry sposób na poznawanie nowej muzyki. Odnoszę wrażenie, że młodsi słuchacze metalu sami strzelają sobie w kolano ciągłymi obrotami w sferze np. thrashu, by po lekturze takiego Deicide być doń uprzedzonym tylko z powodu tego, jak bardzo kłóci się to z tym, czego na co dzień słuchają.

Odnoszę wrażenie, że ludzie w wieku nastoletnim mają bardzo silną potrzebę sztywnego definiowania się. Łatwo to zobrazować stylem ubioru, słuchaną muzyką i innymi tego typu rzeczami. Z czasem jednak człowiek zderza się z pierwszymi poważnymi wydarzeniami w życiu, osiągasz pewien dystans, a i potrzeba wpisywania się w ściśle określone kategorie mija.

Przed siebie

Przed siebie

W sobotę (22.04.2017 – przyp. red.) zagraliście na XXIII edycji reaktywowanej Metalmanii. Obaj wiemy, do jakiej rangi urósł ten festiwal po wielu latach, więc zapytam, czy możliwość pojawienia się tam była dla ciebie nobilitacją?

Pewnie. Na naszym podwórku Metalmania zawsze stanowiła symbol, więc naprawdę przyjemnie było tam zagrać. Był to zarazem pierwszy raz, gdy w ogóle byłem na tej imprezie. Kiedy zaczynałem słuchać metalu, byłem zwyczajnie za młody na festiwalowe wojaże, w późniejszym okresie z różnych względów też nie było nam ze sobą po drodze.

Jednym z zarzutów stawianych wobec Metalmanii było rzekome pomijanie nieco młodszych kapel będących na świeczniku. Nie do końca wiem, co autorzy takich oskarżeń mieli na myśli, ale daje to pretekst do rozwinięcia innego tematu: hardcore. Nie uważasz, że ostatnio wróciła moda na ten gatunek? Zeszłoroczny krążek Car Bomb bądź tegoroczne Power Trip i Code Oragne wydają się tę tezę potwierdzać.

Wykonawcy z nurtu hardcore/punka chyba nie są zbyt zadowoleni, gdy wpisuje się to, co robią w obowiązujące mody. Ostatnio dużo słucham nowych rzeczy z katalogu Southern Lord. Płyty Wolfbrigade, Martyrdöd, wspomnianego przez ciebie Power Trip czy Darkest Hour zrobiły im w zasadzie cały sezon. Zbierają dobre recenzje, które tylko potwierdzają, że gdzieś na styku hc/punka i metalu dzieją się wartościowe rzeczy. Czy jednak te zespoły przełamią zestaw tradycyjnych skojarzeń szeregowego metalowca, który hardcore utożsamia z Agnostic Front, Madball, Terror i Sick of it All. Wydaje mi się, że daleka do tego droga. Zresztą to, które z tych kapel grają na niezależnych, klubowych koncertach, a które na wielotysięcznych imprezach z oficjalnymi sponsorami wiele mówi na temat ich rzeczywistego zasięgu.

A nie uważasz, że muzyka Furii czy Sinister – które zagościły na dużej scenie tegorocznej Metalmanii – również lepiej pasuje do klubów, aniżeli wielkich sal?

Nigdy nie widziałem Sinister na żywo, ale Furia gra dla coraz większej publiczności. Po premierze ostatniego albumu widać to bardzo wyraźnie. Nawet grając jako support na wszelkiej maści Metalowych Wigiliach są w stanie przyciągnąć pod scenę komplet widzów. Podobnie w przypadku swoich headlinerskich koncertów. Potwierdza to m.in. niedawny, niemal wyprzedany koncert w Gdyni. Furia gra muzykę bardzo podniosłą, zamaszystą i przesiąkniętą pewnym teatralnym duchem, co sprawia, że świetnie nadaje się na wielkie sceny.

Nie uważasz, że dołączanie w roli supportu tak samodzielnej bestii, jak Furia  do sentymentalnego taboru na Metalowych Wigiliach mija się z celem?

22.04.2017 - Katowice, Festiwal Metalmania 2017, Koncert zespołu In Twilights Embrace N/z Marcin Rybicki | Fot. Karol Makurat/REPORTER

Ciężko powiedzieć. Uważam, że za jakiś czas to Furia może być jednym z głównych zespołów na tego typu imprezach. Występ Ślązaków w Spodku dobitnie to potwierdza (koncert Furii przypadł na 1:30 – przyp. red.).

Dobrze, może porozmawiajmy trochę o In Twilight’s Embrace (śmiech). Brawurowa interpretacja „Opowieści zimowej” z repertuaru Armii zjednała wam nowych słuchaczy oraz głosów, według których moglibyście pójść w nieco bardziej punkowo-blackmetalowym kierunku. Bez patosu.

Ale „Opowieść zimowa” to bardzo pompatyczny utwór! Oczywiście, jest to zupełnie inny patos od tego znanego z piosenek Blind Guardian czy kogoś innego. Tu nie ma nadymania się bez powodu, tylko powaga wywołana konfrontacją z czymś większym od nas samych. Jeżeli udało nam się choć zbliżyć do atmosfery i charakteru pierwowzoru, to bardzo mi z tego powodu miło. Naszą intencją było jednak upchanie trochę naszego własnego świata w tej intepretacji. Jeśli chodzi zaś o kierunek muzyczny, który obierzemy w przyszłości, to nie chcę składać nikomu żadnych obietnic, ani też brać za bardzo do siebie czyichś zachcianek. Idziemy za głosem serca i krzykiem duszy. Przed siebie. Nie widzę przyczyn, by drastycznie zmieniać ten stan rzeczy.

Kiedy możemy spodziewać się czwartego materiału długogrającego pod szyldem In Twilight’s Embrace?

Podejrzewam, że kiedy spadną pierwsze liście.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: Karol „Tarakum” Makurat/Tarakum Photography