IN TWILIGHT’S  EMBRACE – taniec na własnej mogile…

Pomimo niejakiego zniesmaczenia stylistyką metalcore, od czasu do czasu pojawiają się zespoły, które potrafią mnie do siebie przekonać, tak dźwiękami jak i postawą. W przypadku poznaniaków w sukurs dźwiękom może nie do końca oryginalnym przychodzi błyskotliwa technika a także przekonanie o własnej misji, co w połączeniu z dopracowanym dziełem, ochrzczonym dość złowieszczo „Slaves To Martyrdom” daje w efekcie jedną z ciekawszych płyt w nurcie łączącym metal z corem. Solidna baza, niezłe, zaangażowane teksty i świetna grafika powinny także skłonić do zakupu płyty w formacie jak najbardziej tradycyjnym.  W dzisiejszym, zdigitalizowanym świecie taka dbałość o okołomuzyczny bagaż jest zjawiskowa i prowokuje do różnych przemyśleń. Skoro jeszcze komuś się chce, świat nie jest aż taki zły… Zapraszam do lektury…

Zamiast biografii zespołu, bo o tym każdy może sobie poczytać na myspacach i innych takich – krótka reklama waszej muzyki – jak opiszecie swoje dźwięki komuś niezorientowanemu?

Cyprian: Archaiczne. Niemodne. Zbyt metalowe dla hardcore’owców i zarazem zbyt hardcore’owe dla metalowców. Niepotrzebnie podniosłe. Nie brzmiące ani nowocześnie, ani nawet kurewsko syfiasto. Krótko mówiąc, urągając wszystkim dzisiejszym standardom „podobalności”, przyjmujemy własne, według nas słuszne i autentyczne, i to one tworzą wartość muzyki In Twilight’s Embrace.

In Twilight’s Embrace od początku kojarzony był ze stylistyką metalcore – jak zaraziliście się takimi dźwiękami i co w/g was jest intrygującego w połączeniu metalu i hard core’a?

Lechu: Pomimo znacznego ukłonu w stronę muzyki metalowej, formuła hardcore wciąż wpisuje się w naszą działalność. Jest dla nas bardzo ważne, by zachować odpowiednie proporcje pomiędzy sferą czysto muzyczną a tym, co wykracza daleko poza nią. Mam tu na myśli ideologię i pewne charakterystyczne postawy, takie jak np. wegetarianizm. W tej chwili dosyć daleko nam do metalcore’a, niewykluczone jednak, że wciąż zachowujemy jakiś wspólny mianownik z tamtą stylistyką.

Słuchając waszej muzyki zawsze mam nieodparte wrażenie, że kiedy inni stali w kolejce po oryginalność, Wy staliście w kolejce po technikę. Wasza muzyka jest solidna, perfekcyjnie zagrana i kopie jak cholera, ale bazuje na patentach już sprawdzonych – zgadzacie się z taka teorią?

L: Biorąc pod uwagę ilość zespołów, a co za tym idzie riffów czy koncepcji kawałków, nawet gdy słucham najbardziej oryginalnych i niepowtarzalnych, ciężko oprzeć się wrażeniu, że „już to kiedyś było”. Dlatego uważam, że nie powinno się odbierać muzyki segmentowo, tylko koncepcyjnie –  jako część większej całości. Możesz stwierdzić, że jesteśmy pewnym odbiciem tego, co dzieje się na Zachodzie czy Północy, ale tak naprawdę to nie my decydujemy o wartości naszej muzyki, a na „Slaves to Martyrdom” jest naprawdę sporo patentów, które ciężko jednoznacznie sklasyfikować.

Na nowej płycie słychać wyraźnie, że postanowiliście nieco uprościć piosenki i pójść w stronę lepiej zaznaczonej melodyki. Czy dzięki temu uzyskaliście nową jakość w In Twilight’s Embrace?

L: Wiesz, to nie jest do końca tak, że ktoś sobie coś postanowił. W pewnym momencie istnienia zespołu doszło do sytuacji, w której każdy z nas czuł, że nadszedł moment, w którym nie chcemy za wszelką cenę sugerować się tym, co dzieje się dookoła. Zamierzaliśmy popełnić coś, co jest mocno zakorzenione gdzieś wewnątrz nas samych. Uważam, że muzyka na „Slaves to Martyrdom” jest po prostu szczera i wypłynęła w sposób, w jaki nie powstawała dotychczas; odbyło się to naturalnie i – jak niestety dało się zauważyć – bez pośpiechu. Jedynie tytułowy kawałek powstał praktycznie na jednej próbie tuż przed nagraniem. Mnie osobiście nie interesują popisy i ekstremalne szybkości, ważniejsze jest uzyskiwanie dobrego brzmienia i takie komponowanie partii gitarowych, żeby odpowiednio zamykały kawałek jako całość. Nie znaczy to jednak, że nie ćwiczymy i nie dążymy do poprawy techniki, jest to jednak drugoplanowa sprawa, która jest tylko środkiem do swobodniejszego wypowiadania się w muzyce.

Nowa płyta to jeszcze większy ukłon w stronę death metalowej Szwecji – w sytuacji, kiedy koniunktura na takie melodyjne dźwięki jest troszeczkę schłodzona,   krok ten jest dość odważny. Czy uważacie, że w tej stylistyce jest nadal coś do odkrycia, czy po prostu gracie to, co Was pociąga, niezależnie od okoliczności?

L: Jak już mówiłem wcześniej, brzmienie, które powstało, nie jest do końca zamierzonym celem. Owszem, pierwsze szkice nowego materiału zarysowały ramy, w jakich się teraz poruszamy, ale nikt z góry nie zakładał, że będzie to taka muzyka, a nie inna. Chyba nie zaskoczę nikogo tym, że każdy z nas ma dosyć różniące się od siebie inspiracje, które spotykają się na pewnej  wspólnej płaszczyźnie tworząc taki obraz a nie inny. Odeszliśmy od spinania się na technikę czy pogoni za wszystkim, co dziś uważa się za będące w dobrym tonie.

W jaki sposób zmiany w składzie odbiły się na tworzeniu nowej muzyki?

L: Ciężko mówić o śladach przetasowań personalnych w naszej muzyce. Dokonały się one już po jej powstaniu. Mogę jedynie powiedzieć, że zmiana ta wpłynęła mocno na poprawę kondycji zespołu. Częściej pijemy wódeczkę (śmiech).

Zmiana na stanowisku wokalisty to duże wyzwanie dla każdego zespołu. Co spowodowało, że odszedł Kamil i co takiego ma w gardle Cyprian, że postawiony został za mikrofonem?

L: To, że odszedł Kamil było spowodowane tym co ma w gardle Cyprian (śmiech)

Tak naprawdę decyzja o tej zmianie zapadła bardzo spontanicznie. Kamil jest bardzo dobrym wokalistą, ale postanowił rozwijać się w trochę innym kierunku. Byliśmy w dość dziwnej sytuacji, kiedy trzeba było nagrać nowe wokale. Szczerze mówiąc, nie miałem żadnych obaw co do Cypriana, doskonale wiedział jak mają wyglądać te partie, w dodatku przemycił w nich ekspresję, która świetnie wpasowała się w definicję In Twilight’s Embrace i koncept całego albumu. W miejsce Cypa wskoczył Marcin, który był oczywistym wyborem, bo znamy się już od dawna i odkąd sięgam pamięcią zawsze był blisko zespołu.

Muzyka na „Slaves To Martyrdom” ma bardzo mocno zarysowany szkielet rytmiczny, doskonale współgrający z świetnymi partiami gitar – jak tworzycie swoje dźwięki – od czego się zaczyna?

L: Często z Piotrem spotykamy się po lekcjach i odrabiamy pracę domową (śmiech). Tak powstają jakieś pomysły i wrzucamy je na forum zespołu. Zostają później poddane demokratycznej obróbce i w ten sposób rodzi się zarys konstrukcji utworu. Czasami dzieje się to na płaszczyźnie mailowej. W dalszej kolejności dochodzą wokale i poprawki nazwijmy to „producenckie”. Odkąd Damian polubił metronom, łatwiej jest nam komponować i dograć pewne rzeczy. Zdarza się też, że z pozoru dobrze zapowiadający się wałek trafia do kosza, bo coś się nie integruje. Jeżeli o mnie chodzi, staram się odrzucać autokratyczne podejście do tworzenia muzyki, uważam, że kiedy kawałek powstaje przy zaangażowaniu każdego członka zespołu, efekt jest wtedy spotęgowany. Ta umiejętność to nasz największy postęp od czasu ostatniego wydawnictwa.

Jakie największe różnice dostrzegacie pomiędzy debiutem a najnowszą produkcją?

L: Chyba największą różnicę zauważyłeś już wcześniej, czyli to, że bardziej doceniamy harmonię i melodykę, ale najważniejsze nadal jest to, żeby całość nasycona była odpowiednim zastrzykiem energii. Nowy materiał został zarejestrowany w zupełnie inny sposób niż „Buried In Between”. Wtedy całość była nagrywana w jednym studio, a teraz współpracowaliśmy z dużo większą ilością osób, z których każda miała ogromny wkład w tę płytę. W zasadzie każdy instrument był realizowany w innym miejscu, pod okiem innej osoby. Przed nagraniem mieliśmy w miarę jasny pogląd na to, jak ma brzmieć ten materiał i tutaj ukłon w stronę ludzi, którzy przyczynili się do zarejestrowania tych dźwięków i nadania im takiego kształtu.

Kilka słów o oprawie graficznej płyty – kto i dlaczego przygotował obrazek i co to za korona straszy z (fajnej…) okładki?

C: Jako że mam dwie lewe ręce do wynalazków pokroju photoshopa, postanowiliśmy powierzyć zadanie zaprojektowania szaty graficznej „Slaves to Martyrdom” naszemu znajomemu Małpie, dla którego szeroko pojęty design i wszystko co się z nim wiąże od lat stanowią chleb powszedni. Sfinalizowanie prac nad okładką nie było bynajmniej bułką z masłem, bo zdarzyło się nam kilka starć na płaszczyźnie stricte estetycznej, najważniejsze jednak jest to, że efekt końcowy prezentuje się jak należy i całkiem nieźle oddaje przewodnią myśl płyty. Korona cierniowa to tylko jeden z ważnych symboli, jakie zawarliśmy w tej pracy. Jej znaczenie, nawet w oderwaniu od kontekstu chrześcijańskiej ikonografii, jest w gruncie rzeczy dość oczywiste i czytelne. To ucieleśnienie cierpienia, męczeństwa. Na ostatniej stronie wkładki znajdziesz z kolei ilustrację przedstawiającą Uroborosa – mitologicznego węża, pożerającego własny ogon, symbolizującego wieczność i powtarzalność historii wraz z pewnymi jej mechanizmami.

Tytuł płyty to dość mocny i wieloznaczny zwrot – o co chodzi i jakie jest znaczenie tytułu? Czy możemy odnieść go do pewnych, społecznych zaszłości w jakie uwikłany jest przeciętny, szary zjadacz chleba w Polsce, czy też mamy tu do czynienia z jakimś szerszym kontekstem?

C: „Slaves to Martyrdom”, czyli niewolnicy męczeństwa to określenie, które dość dobrze odzwierciedla stosunek Polaków do samych siebie, do własnej historii, dość poharatanej tożsamości, ale też do tego jak przeciętny everyman – niekoniecznie z naszych szerokości geograficznych – podchodzi do tego, co dzieje się tu i teraz, jakie znaczenie nadaje wszystkiemu, co robi, z jakich pobudek postępuje tak a nie inaczej i do czego dąży. Punktem wyjścia dla tekstów sporej części kawałków były na pewno wydarzenia na naszym podwórku – spory wokół obchodów 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej i obrzucanie się gównem na linii Polska – Rosja, nasze genetyczne zacietrzewienie, przejawiające się w tym, że kochamy celebrować własne porażki i w tym duchu uczymy młode dzieciaki historii w szkołach, ciągłe szukanie winnych i ostentacyjna nieufność w stosunku do wszystkiego, co obce i inne. Zniesmacza mnie kult przegranych powstań: listopadowego, styczniowego i warszawskiego oraz próba robienia z tego jakiejkolwiek wartości. Nadbudowa popkulturowa, jaką to kuriozum wytworzyło, przypomina mi taniec na własnej mogile – rzygać mi się chce, gdy widzę te wszystkie okolicznościowe komiksy, krzewiące patriotyzm, kiedy słyszę jak Sabaton nagrywa kolejną piosenkę o bohaterskich Polakach i tłucze na tym grube siano, gdy urządza się wielką, patetyczną fetę na cześć pamięci o powstaniu warszawskim. W tym innym znaczeniu, niewolnicy męczeństwa to po prostu ludzie,  robiący w życiu wszystko z poczucia obowiązku i pod wpływem jakiejś presji ogółu. To wszyscy ci, którzy zachłysnęli się dążeniami do prestiżu, tempem dzisiejszego świata, bezgraniczną ufnością jakimś chorym autorytetom i kserowanym wzorcom. Niezdolni do myślenia pozytywnego, kreatywnego, wkrótce się tym wszystkim zadławią.

In Twilight’s Embrace wywodzi się i należy do środowiska niezależnego, związanego ze sceną hc/punk – jak postrzegacie z waszej perspektywy ten kolorowy kocioł? Jakie są – Waszym zdaniem – najciekawsze zespoły, parające się hardcore’m w dzisiejszych czasach?

C: Dzieje się ciągle dobrze, choć nastały nam takie czasy, że naturalną koleją rzeczy było pojawienie się – że ujmę to nieładnie – nadwyżki zespołów, które z różnych przyczyn chcą w tym środowisku zaistnieć. Problemem przeciwległym w stosunku do tego są pewne ciągoty niektórych osób ze sceny do stworzenia powszechnie obowiązującej definicji tego, jak powinno się grać i nadania temu jedynej słusznej wykładni. Chuj mnie to obchodzi. Uczono mnie, że styl muzyki, jaką gra zespół nie ma tu żadnego rozstrzygającego znaczenia, liczy się najbardziej to, czy masz coś sensownego do przekazania za jej pomocą. Karl Buechner z Earth Crisis powiedział kiedyś, że hardcore to dla niego takie trochę targowisko idei, czad giełda myśli, i właśnie fakt, że nikt nie ma tu prawa cię w żaden sposób do czegoś przymuszać, czyni to środowisko tak zajebistym i ważnym. Trochę ludzi dziś o tym zapomina i wskutek tego powstają załogi, które grają np. brudno, crustowo i pozują na wielce zaangażowane, podczas gdy w tekstach śpiewają dokładnie o tym samym, co w poprzednich czternastu zespołach, albo o jakichś bzdetach kompletnych. No, ale dość już tej goryczy, miało być wszak o zespołach ciekawych, a nie kiepskich. Jestem fanem wielu szkół hardcore, i to w dodatku z różnych zakątków globu. Uwielbiam większość rzeczy, w których swe łapy maczał Kurt Ballou – Converge, który nie tylko nagrywa ale w którym gra na gitarze, to niekwestionowani wizjonerzy. Z podobnych rzeczy w ciemno łykam Trap Them i ich plugawy bajzel. Ringworm. Integrity. Zespoły z Belgii – Rise And Fall, Arkangel, Length of Time – wszystkie mają w sobie pewien charakterystyczny niepokojący pierwiastek. Shai Hulud i ich zagmatwany styl. Kickback za pełen „bezczel” i wulgarność. W Polsce wyróżnienie na pewno należy się Faust Again, Schizmie i Calm the Fire. I tak mógłbym pewnie jeszcze z pół godziny.

Nowa płyta i całokształt kampanii informacyjnej związanej z jej wydaniem to przykład dużej wiary we własne dźwięki, ale też i  profesjonalizmu biznesowego. Patrząc na to, mam wrażenie, że zależy Wam na czymś więcej niż tylko graniu na squotach dla dwudziestu osób. Jakie stawiacie przed sobą cele?

L: Dla mnie ważnym jest, żeby nawet te dwadzieścia osób, które przychodzi na nasz koncert dostało to, czego od nas oczekuje. Takie jest moje zadanie na scenie; jeżeli wyjdą z koncertu usatysfakcjonowane tym, co zobaczyły i usłyszały, to jest wtedy wszystko tak, jak być powinno. Co do celów, to gdy zaczynamy pracę nad płytą, pochłania nas to w 100%, oddychamy wtedy wizją efektu finalnego, każdy z nas stara się angażować wkładając w to tyle serca ile się da. Dlatego też bardzo dużą wagę przykładamy do detali, jakimi są różnego rodzaju formy promocji płyty, która jest w końcu zwieńczeniem całej tej zabawy. Mogę zdradzić, że pracujemy już nad nowym materiałem, który będzie mocnym nawiązaniem do „Slaves to Martyrdom”.

C: A ja zdradzę, że numery, które właśnie robimy, pomimo pewnych podobieństw do „Slaves to Martyrdom”, mogą się też drastycznie od nich różnić. Jak? Jeszcze sami nie wiemy, ale to właśnie każe nam pakować się w ten zespół po uszy. Jeśli chodzi o promocję i temu podobne zabiegi wydaje mi się, że jeśli traktujesz swój zespół poważnie, nie wstydzisz się swoich dążeń i zależy ci, aby tym, co robisz zainteresowało się możliwie najwięcej osób, to oczywistym jest, że będziesz starał się dotrzeć w jak największą ilość miejsc. Nie jesteśmy biznesmenami, ale gadanie niektórych zespołów o tym, że grają tylko dla siebie, by usprawiedliwić swe nieróbstwo, jest dla mnie obłudne.

Nowa płyta to także nowy wydawca. Krążek został fajnie wytłoczony, można go kupić i co dalej – liczycie na większe wsparcie ze strony Spook’a, czy też raczej na własne siły i pomysły?

C: Oczywiście oczekujemy wsparcia ze strony wytwórni, bo samo wydanie płyty to dopiero jakiś tam wierzchołek góry lodowej. Przede wszystkim jednak polegamy na sobie i od siebie w pierwszej kolejności oczekujemy. Zależy nam na tym, by „Slaves to Martyrdom” dotarła wszędzie tam, gdzie dotrzeć powinna.

Wiadomo, że strona biznesowa muzycznego bajzlu to piekiełko i to w dodatku dość ciasne. Żeby wysunąć się na prowadzenie niekoniecznie trzeba doskonale grać, ale mieć też pomysł na – nazwijmy to po imieniu – jakiś mały skandalik, kontrowersje, które zwrócą uwagę na danego wykonawcę. Czy macie w zanadrzu coś, co może zainteresować osoby spoza ścisłego, hardcore’owo – metalowego grona?

C: Średnio interesuje nas zwracanie na siebie uwagi w ten sposób, bo wyreżyserowane skandale to z reguły taniość i popelina. Nie idziemy tą drogą. Oczywiście, dla tych, którzy bardzo tradycyjnie postrzegają hardcore, czymś lekko szokującym i nie do zaakceptowania może być oprawa sceniczna naszych koncertów, covery jakie gramy i sama obrana przez nas estetyka. Nie istniejemy jednak po to, żeby wpisywać się w ramy, stworzone przez kogoś innego.

Mamy początek roku, więc to dobry moment by podsumować minione 12 m-cy. Co zapamiętaliście z tego okresu i co zrobiło na Was wrażenie, bądź raczej zniesmaczyło?

C: Zapamiętaliśmy przede wszystkim to, że znów zaczęliśmy grać koncerty, a ukończenie prac nad płytą oznaczało dla nas wspięcie się o jakiś stopień wyżej. Zdecydowanie fajnym zjawiskiem był comeback black metalu pod różnymi postaciami – to właśnie płyty mniej lub bardziej nim naznaczone gościły najczęściej w mojej playliście. Genialny krążek Watain, jedynka Triptykon, odjechany „Addicts” Nachtmystium, debiut Kvelertak. Nie można też zapomnieć o krajowej reprezentacji: Furia, Morowe i MasseMord zawiesiły poprzeczkę kurewsko wysoko. Szwedzki Ghost wraz ze swym satanistycznym rock’n’rollem. Cały rok natomiast przypieczętował w każdym calu mistrzowski „Affliction” Blindead. Wiadomo, że po drodze zdarzyło się pewnie natknąć na niejedno gówno, ale żadne nie śmierdziało tak strasznie, bym pamiętał to do dzisiaj.

Na koniec kilka słów o planach, promocji i koncertach….

L: Możemy obiecać, że odstęp czasowy pomiędzy „Slaves to Martyrdom” a trzecią płytą będzie bardziej akceptowalny, jestem tego pewien, gdyż skład jest teraz bardzo mocny i pozostaje mi tylko zaprosić Was na koncerty, na których sami się o tym przekonacie. Ave!

C: Nasze plany to przede wszystkim pełna mobilizacja twórcza przy jednocześnie maksymalnym wykorzystaniu możliwości koncertowych. Prace nad następcą „Slaves to Martyrdom” trwają już od pewnego czasu i pewnie niebawem skonkretyzujemy swoje zamiary w temacie co, gdzie i kiedy. Przed nami kolejne koncerty: 4.03 – Szczecin, 26.03 – Poznań, 30.04 – Kraków, a latem zagramy na jubileuszowej edycji Open Hardcore Festu w Piasecznie, co bardzo nas cieszy. W międzyczasie promujemy nową płytę na tyle, na ile tylko pozwala nam czas – udzielamy ostatnio trochę wywiadów, pojawiają się recenzje i pierwsze pozytywne sygnały z zagranicy. http://deadanthems.blogspot.com/.

Rozmawiał Arek Lerch