HUTA PLASTIKU – możemy wytopić wszystko

Wszechogarniający upał potrafi zrobić z mózgu bulgoczącą breję i człowiek histerycznie wręcz szuka ratunku. Wychodzimy tej sytuacji naprzeciw, serwując rozmowę z twórcami najchłodniejszej płyty w 2015 roku. To nie żart, Huta Plastiku jest jak łyk zimnej oranżady w proszku, szary golf i spodnie z kantem. Jeśli ktoś myśli, że ironizuję,  jest w błędzie; wprawdzie propozycja Huty faktycznie mocno czepia się polskiej zimnej fali, jednak jest dobrze zagrana, intryguje, dostarczając tego nieokreślonego niepokoju, zawartego w prostych, ale całkiem sugestywnych dźwiękach. Wyczuwam w tym skromnym zespole potencjał, a że mój rozmówca – Przemek Zawol – to człek świadomy, rozmowa w różne toczyła się strony… 

Najsampierw coś o Waszej nazwie, bo przyznam, że to strasznie rajcujący szyld – Huta Plastiku. Skąd i w jakich okolicznościach przyszło Wam coś takiego do głowy?

Dawno temu, przy okazji młodzieńczej zabawy środkami odurzającymi, weszliśmy z kolegą na temat wszechogarniającej pop papki: wymyślaliśmy sobie różne określenia i on to skwitował – je…na huta plastiku. I tak mi się to spodobało, że stwierdziłem, że tak musi się nazywać kapela, w której będę kiedyś grał. Przez okres 10 lat nazywałem tak swoje muzyczne działania, które gdzieś tam kątem składałem w komputerze. A teraz udało się chłopaków namówić, żeby tak nazwać nasz zespół. Pośród różnych propozycji ta najbardziej wszystkim leżała. Ot co.

Co ciekawe, pasuje do muzyki, bo huta kojarzy się z czymś gorącym, choć odhumanizowanym, a plastik z czymś przyjemnym, choć jest synonimem sztuczności. Czy nazwa miała wpływ na muzykę, czy to po prostu przypadek?

Huta plastiku to idiom, coś co nie istnieje i jednocześnie dla odbiorcy faktycznie może oznaczać jakiś stan rzeczy, np. ten, który opisałeś. Z nazwą czekaliśmy bardzo długo i zatwierdziliśmy ją na chwilę przed upublicznieniem materiału. Jakoś tak najbardziej nam pasowała. Teraz możemy wytopić wszystko.

możemy wytopić wszystko

możemy wytopić wszystko

 A co w założeniu chcieliście wytopić?

Jest pewne pole wspólne pośród naszych inspiracji muzycznych. I jest to pole szerokie, stanowiące obszar muzyki lat 80. Brzmienie, proste, post punkowe formy, molowe akordy, partie klawiszy grane jednym palcem etc. Już na pierwszej próbie wiedziałem, że to są ludzie z mojej bajki. W pierwszym jamie rozumiałem się z Jurkiem (bębniarzem) jakbyśmy grali razem z 15 lat. Przyciągnął mnie też sposób gry Artura, swoiście wysublimowany i rzadko dzisiaj spotykany w muzyce alternatywnej. Poza tym sam fakt, że wszyscy urodziliśmy się w 1980 roku jest dla mnie bardzo znaczący. Mamy w głowach podobne obrazy z przeszłości, przynajmniej te, które budowały rzeczywistość naszego dzieciństwa i młodości. Stąd też obiekty naszych dawnych marzeń na okładce. Moskwicz na pedały i motorynka na tle strzelnicy, jakie za PRL-u objeżdżały polskie miasta i miasteczka. Chciałem, żeby to wszystko złożyło się w jedną całość, niosącą jakiś emocjonalny przekaz spójny z klimatem muzyki.

To może kij w mrowisko – skąd te sentymenta – post punk, nowa fala, lata 80-te? Przyznaję, sam lubię, ale zawsze zastanawiam się, czy to coś w rodzaju asekuracji? Łatwiej sięgnąć po to co było, po znane i lubiane formy, niż ryzykować stworzeniem czegoś nowego, co może zostać odrzucone…

Nie ma tutaj żadnej asekuracji; niemodna muzyka z polskim tekstem. Dla mnie bardziej asekuracyjne jest udawanie amerykańskiej kapeli i śpiewanie po angielsku bo nie ma się np. pomysłu na tekst. Przyznaję, że są polskie zespoły, które robią to wyśmienicie. Są też zespoły, które po prostu grają taką muzykę i one są dla mnie muzycznie ponadnarodowe. Ich muzyka brzmi jakby mogła być zrobiona wszędzie na świecie, tak jak to jest kapelami np. z Islandii. A my byśmy chcieli być polscy jak Janerka, Świetliki, Siekiera, Republika. Wydaje mi się, że lata 80. to były ostatnie czasy, gdy inspiracje zachodnią muzyką były w inteligentny sposób wplatane w Polską mentalność, a teksty były ponadczasowe, razem tworzyło to nową jakość. Nie mam odczucia, że coś kopiujemy. To co słychać, jest raczej rezultatem przepływania przez nas tych inspiracji. Czujemy się w tym dobrze, nie markujemy i nie snujemy planów podboju na bazie sprawdzonych patentów. Po prostu gramy.

Co do pierwszej części – ależ w latach 90. istniały kapele, które biorąc samo dobro muzyki z Ameryki (noise itp.) robiły ją po swojemu, zachowując tzw. polskość. Np. Ewa Braun. Co do drugiej części – czujecie się dobrze z Waszą muzyką: czy wymienione przez Ciebie zespoły mogą być traktowane jako małe drogowskazy?

Z Ewą Braun zetknąłem się jako 14-latek, będąc już mocno w nurcie lewackiego, jakby to dzisiaj nazwać, punka i to mi się układa na półce z całą, ówczesną sceną: Homomilitia, Apatia, Guernica y Luno itp. To była dla mnie taka muzyka młodzieńczego buntu, soundtrack z kanciapy porysowanej markerami w poprzekreślane swastyki. A taki Janerka, Ciechowski, przynajmniej dla mnie, to panowie z pogranicza mainstreamu i czegoś głębszego. Zarówno muzycznie jak i lirycznie. Byli takim łącznikiem tych bytów. Myślę, że jeśli chodzi o drogowskazy, odpowiedź będzie twierdząca. Nie jest jednak powiedziane, że zapomnieliśmy, iż między latami osiemdziesiątymi a teraźniejszością coś się w muzyce wydarzyło. Ta ep-ka zamyka okres naszego wspólnego badania się. Następny wytop może być inny, ale na pewno nie w stronę Ewy Braun. Nie zamykamy się w szufladzie post punk, coldwave. Myślę, że bardzo fajnie nas to rozpędziło, a dokąd powiedzie, czas pokaże.

Toś teraz wsadził szpilę. Druga płyta EB Esion z 96 roku to muzyka, która wyprzedzała swój czas i z punkiem nie miała NIC wspólnego! Ale do rzeczy: wspomniałeś Janerkę, osobę, która w ostatnich czasach twierdzi, że nie ma już nic do powiedzenia. Jak z Twojej perspektywy to wygląda? Czy takie „wypalenie artystyczne” jest wynikiem tzw. braku wymiernego sukcesu? Bo to mi się trochę zazębia…

Oczywiście. Ten album mi zupełnie umknął. W tym czasie nie reflektowałem racjonalnie nad muzyką. Nie wiem, czy dzisiaj tak reflektuję. Mam tak, że jeśli spodoba mi się jakiś album to tłukę go w kółko i wyciskam z niego wszystkie emocje. Podobnie ma Artur, którego żona trochę na to ostatnio narzekała. Mieliśmy taki równoległy lot z „Brighter Than a Thousand Suns” Killing Joke, co moim zdaniem słychać teraz w granych dźwiękach. Chłopaki z zespołu lepiej potrafią określić, co im się podoba z coldwave czy niuromantik. Są też  większymi fanami Janerki. To dla mnie pewnego rodzaju ikona. Co do Twojego pytania o brak wymiernego sukcesu pana Lecha; słyszałem już podobną opinię nt. Primusa, którego jestem wiernym fanem do płyty „Antipop”. Wydaje mi się, że to ludzie zużywają się w pewnych układach, bo np. płyta „Purple Onion Frog Brigade” Claypoola jest dla mnie genialna. Może i pan Janerka się zużył jako pożądany komentator rzeczywistości? Nie wiem, ale nie sądzę, żeby była to kwestia niedosytu sukcesu. Dla mnie to zbyt płytkie jak na kogoś kto tak zgrabnie pisał, przekazując też w ten sposób część siebie.  Okładeczka

HUTA PLASTIKU – s/t (wyd. własne) To wcale nie tak, że lubię tylko lata 90. Lubię też inne rzeczy, np. dekadę wcześniejszą. Skąd przylatuje Huta Plastiku, której muzycy nie uważają, że obciachem jest przyznawanie się do fascynacji coldwave, Janerką czy Republiką w roku 2015. Lubią takie klimaty, mają ochotę i czas, więc stworzyli zespół z dobrą nazwą a teraz debiutują z pierwszym, miłym dla ucha materiałem, który… faktycznie brzmi, jakby zakorzeniony był w tych najsmutniejszych dla Polski czasach. Czasach szarych, ale dzisiaj ta szarość zdaje się przyciągać różnych straceńców. Są tu więc proste piosenki napędzane pulsującym bębenkiem, jest mięsisty, momentami lekko „hook’owy” bas i gitara z frazami żywcem wyjętymi z elementarza The Cure. No i wokal, który ma w sobie coś z często w tym wywiadzie przytaczanego Janerki. Zatem – staroć na maksa, tyle, że wydana tu i teraz. Sześć kompozycji, składających się na debiut Huty Plastiku rozciąga się między piosenkowo – kjurowo – zimnymi „Haj” i „MCdziad”, a hipnotycznym „Pierwszym”. Może jedynie użycie w „Made in China” dość oklepanej tematyki, podkreślonej – nomen omen – orientalizującą melodyjką, wydaje mi się trochę banalne, ale jako całość, motoryczna i nie pozbawiona dobrze zbudowanego klimatu muzyka może się podobać. I co najważniejsze – budzi nadzieję na jeszcze większy strzał w przyszłości. Najbardziej szanuję tu brak silenia się na oryginalność, naturalny, niewymuszony luz i oszczędność formy. Faktycznie, brzmi to tak, jakby muzycy przeszli przez jakiś kanał czasoprzestrzenny i znaleźli schronienie w studiu nagraniowym Mustache Ministry, gdzie Marcin Klimczak oszlifował ich pomysły i nadał im solidne brzmienie, bedące wypadkową przeszłości i współczesnego tłuszczu. Samo dobro. Warto posłuchać i mieć na nich oko…

Debiut Huty to taki płot z kilkoma furtkami, dającymi różne możliwości, jest bramka z napisem „indie”, jest bramka z napisem „nowa fala”. A na jednej z nich majaczy słaby neon „The Cure”. Niepewność? Eklektyzm? Poszukiwanie?

Myślę, że to raczej eklektyzm, suma wspólnych skojarzeń. Podobieństwo do The Cure wynikło przypadkowo bo ta piosenka – a chodzi pewnie o „MCdziada” – miała mocniejszą wersję, gdy była komponowana na kompie. Natomiast jeśli chodzi o tagi, jakie przykleiliśmy do materiału czyli indie, coldwave, newave etc., mają raczej nakierować potencjalnego słuchacza, któremu może się spodobać nasza muzyka. W tym materiale granice są jeszcze być może dość wyraźne, dążymy jednak do sytuacji, w której styl bandu się wyklaruje. Bardzo chciałbym poeksperymentować, dodać trochę elektroniki, ale na to trzeba czasu. Tymczasem proza życia nakłada nam pewne ograniczenia. Nie jesteśmy młodzikami. Mamy rodziny, etaty itp. Robimy to z pasji i faktu, że bez grania chyba byśmy umarli. Dzięki tym prostym, wynikającym ze wspólnego jamowania formom, składamy wspólnie piosenki i każdy z nas w jakiś sposób się w tym spełnia. Wiem, że chcę pisać teksty, śpiewać i grać na basie bo sprawia mi to frajdę. Chłopaki mają jak sądzę podobne odczucia odnośnie swoich ról w kapeli. Bez nadęcia, poczucia konieczności zaszufladkowania, czy bycia docenionym za wszelką cenę. Ta muza płynie z serducha. Następny plan to LP, możemy go nagrać i wydać sami. Mamy frajdę z tworzenia na próbach i kiedy pojawi się 10 nowych numerów, zatrzymamy się na chwilę i skupimy nad nagraniem, a potem pojedziemy dalej. Może to już będzie coś zupełnie innego…

Ile w tym, co mówisz jest prawdy o tym biznesie… Kiedy najlepiej zakładać zespół? Kiedy jest się naiwnym szczeniakiem z rozbuchanymi nadziejami, czy kiedy człowiek jest już stary i pozbawiony złudzeń? Bo przecież zakładamy, do cholery, zespoły po to, by ktoś posłuchał i powiedział – „jesteście spoko, zagracie na OFF-ie”. Wtedy idziesz do domu i mówisz żonie: „Zobacz, wcale nie marnowałem czasu, jest sukces”, zamiast „Kochana, muszę znowu z konta wziąć kasę na nowe struny”. Smutne to, czy humorystyczne? Powoli rodzajem czarnego humoru staje się wyświechtany zwrot „gramy przede wszystkim dla siebie”. Bo jeśli jest prawdziwy – to po co wydawać płyty?!

Nie powiedziałem, że gramy tylko dla siebie, lecz dlatego, że to nam sprawia frajdę i odczuwamy wewnętrzny mus. Spadło już na nas kilka miłych słów przy okazji tej ep-ki i to jest fajne, miłe, prosimy o więcej. Krytyki również. Nie wiem, ale to chyba taki autoczelendż. Nauczyłeś się czegoś, robisz to 20 lat, posmakowałeś pewnej wyjątkowości w sytuacji, gdy włazisz w skórę wykonawcy i tego haju, gdy ktoś to dobrze odbiera, przychodzi po gigu i mówi, że czad. A kiedy masz nowy pomysł, znowu chcesz sprawdzić czy to zadziała, choćby na dwie osoby z tych, które słuchają. Mówimy, że mamy to gdzieś, ale tak naprawdę o to chodzi! Sądzę, że sens wydawania płyt powoli się zaciera, natomiast jest to jakiś rytuał, zamknięcie pewnego etapu, obrzęd przejścia dla kapel. Niektóre nie dotrwają nawet do 3 – utworowej ep-ki. Jako taki, zwyczaj ten przetrwa jeszcze długo, bo sama użytkowa rola takich nośników to już raczej tylko gadżeciarstwo. No chyba, że się zaczyna sprzedawać, ale to historia, której jeszcze nie znam.

To ciągły festiwal nostalgii. Uziemiono już winyle – wróciły. Pogrzebano kasety – wróciły. Teraz uziemia się kompakty, pewnie za parę lat będzie i na nie retro-moda. Tak samo jak moda na tradycyjne wytwórnie płytowe. Cały ten biznes zmierza w kierunku… no, jakim?

Wychodzi na pewno naprzeciw potrzeb konsumenta. Nie wiem. Jesteśmy na razie chyba daleko od czegoś, co nazywa się „przemysł muzyczny”. Fajnie byłoby gdyby jakiś mały label wydał nam analoga. Może jak nagramy coś dłuższego, będziemy próbować. Dziś to jest dość specyficzna sytuacja, bo to właśnie małe wytwórnie wydają fajne zespoły, często jest to człowiek-pasjonat i jego wydawnictwa są po prostu odzwierciedleniem osobistego gustu muzycznego. Przez to wiadomo, że np. jeśli lubisz Króla, to inne rzeczy, które wydaje Thin Man też ci się pewnie spodobają. Jest to faktycznie powrót do czasów, w których nazwa wytwórni oznaczała jakiś konkretny trend i jakość. W sumie w Polsce chyba takie czasy nie miały miejsca. Moim zdaniem, to jest zdrowe.Huta Plastiku band

No to teraz bardziej tradycyjnie. Jest płyta i co dalej? Jak zamierzacie wkraść się na sceny, pod kogo podczepić i jak huknąć w stół, żeby odezwały się nożyce?

Nieznanemu zespołowi najlepiej startować od występu na jakimś festiwalu letnim, by potem polecieć na fejmie w klubowym sezonie za coś więcej niż po piwie na łeb. Czyli najlepiej startować na wiosnę. My do wiosny poczekamy. Wszystko wskazuje na to, że za pół roku będziemy mieli piosenki na następne nagranie, tak jak mówiłem, bardziej spójne i ogarnięte brzmieniowo. Może LP pojawi się na wiosnę? Tymczasem zamknęliśmy jakiś etap, mamy na tyle ciekawy materiał, że kluby nie będą miały nic przeciwko goszczeniu nas jesienią i zimą. Standardowo powysyłamy to do rozgłośni radiowych, które grają taką muzę, pewnie do jakichś kapel z propozycją suportu. Czyli kolejny raz wszystko od początku. A nuż się komuś spodoba i pomoże troszkę.

Co z muzyki ostatniego półrocza było dla pana Przemka małym objawieniem, godnym polecenia?

Hoszpital. Moja ulubiona, polska kapela. Teksty i wokal, których zazdroszczę i podziwiam. Kiedyś Świetlicki śpiewał „Mam 19 lat i chcę mieć Pana osobowość”. Świetna sekcja. Niebanalna gitara. Przemyślana muza zabierająca do świata, o którym śpiewa frontman, od pierwszej nuty. Potem The Feral Trees i te ich numery na 6/8. To właśnie taki ponadnarodowy zespół. Muzyka, która mogłaby powstać wszędzie na świecie. Wszystko pięknie, do tego brzmi światowo. To brzmienie zresztą zadecydowało, że postanowiliśmy nagrać nasz materiał u Marcina. Z Zagranicy Too many Zooz: pan na bębnie i perkusjonaliach, drugi na barytonowym saksie i trębacz. Jebitne. Super do biegania. To z nowych rzeczy. Objawieniami dla mnie są ciągle stare, pięknie brzmiące płyty, których wcześniej nie słuchałem. Jestem zły na ludzi, którzy traktują muzykę i zespoły jak bułkę na śniadanie. Kurde, ci ludzie wkładali w to swoje emocje, mnóstwo pracy, one tam ciągle są i będą zawsze. To jest właśnie piękne w nagrywaniu płyt. Może nie przesłucham nigdy wszystkich, dobrych albumów, ale nie mam takiej potrzeby, tym bardziej, że muzyki i dobrych kapel jest zatrzęsienie. To jest nieogarnialne….

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: archiwum zespołu/Marcin Klimczak