HUTA PLASTIKU – Czas nowego średniowiecza

Nie. Nie będzie o wirusie i muzyce w czasach zagłady. Będzie tylko o muzyce i okolicach a pretekstem jest świetny album „Księga dżungli” stołecznego trio Huta Plastiku. Zespół gości na naszych łamach od czasu, kiedy pojawiła się ich pierwsza płyta i miło obserwować jak niespiesznie, ale konsekwentnie szlifuje swoją muzykę, dochodząc do momentu, kiedy ich nowy materiał okazuje się małym brylancikiem. Niby nic nowego, niby cały czas ten sam zakres działania, ale kompozycje z „Księgi”, to, no właśnie – PIOSENKI pełną gębą i nawet jeśli przyjąć, że fundament jest niezmieniony – czyli smutek i zimno – trzeba przyznać, że tym razem mają szansę by ich muzyka trafiła nie tylko do miłośników starej dobrej nowej fali, post punka ze szczyptą gotyku. O tym co dzieje się w zespole i jak oceniają swój rozwój i możliwości, rozmawiamy jak zwykle z Przemkiem Zawolem (bas i wokal). 

Huta Plastiku znowu nadaje. To na pewno cieszy, ale jednocześnie budzi się we mnie socjolog, który chce się dowiedzieć, czy coś się zmieniło przez ostatnie cztery lata w waszym podejściu do muzyki i otoczenia. Jest nadzieja, czy raczej brak złudzeń co do kariery?

W zeszłym roku wyszła nowa płyta Casteta i Fakir w kawałku „Czarny książę” zauważa, że chyba coś się ruszyło klimatach smutnej muzy. Refren tego kawałka to teraz moja piosenka przewodnia. Nigdy nie mieliśmy rozkminki nad karierą, robimy wszystko tak samo jak zawsze. Próba, jamik i kleimy z tego piosenki. Taki wentyl bezpieczeństwa starych chłopów, z lekką nadzieją na to, że to może mieć jakąś wartość dla ludzi, którzy czegoś takiego w muzyce jeszcze szukają.

Ojej, coraz częściej słyszę, że życie kogoś dojeżdża i musi mieć wentyl. Tylko zastanawiam się, czy taki „wentyl” nie jest jednocześnie ślepym zaułkiem, bo jeśli muzykę traktujemy w ten sposób, to w zasadzie odmawiamy sobie możliwości zrobienia kariery?

Tu nie chodzi o to, że życie dojeżdża. Raczej o to, że mając 40 lat mamy fajne rodziny, dzieciaki, nasze życia kręcą się głównie dookoła tego, a granie rocka pozwala zachować pewną higienę mentalną. Pozwala prowadzić naszych wewnętrznych chłopców za rękę z myślą, że mamy jeszcze coś do powiedzenia o życiu i nie jesteśmy poczwarami, którymi nie chcieliśmy się stać, kontestując rzeczywistość w przeszłości. Kochamy grać, to jest dla nas jak oddychanie. Kontestacja z kolei jest symptomem jakiejś tam inteligencji, budującej poczucie własnej wartości, które nakręca nas do działania na każdej płaszczyźnie. Czas modernistycznego zadufania każącego ładować wszystko do szuflad opisanych konkretnymi tytułami to tylko chwila w historii rozwoju myśli człowieka. Muzyka była zawsze, od kiedy pierwszy spośród naszych przodków zauważył, że fajne jest to jak gałąź rytmicznie napierdziela w skałę u wejścia do jaskini. Kariera to linearna opowieść. Życie to spirala. Koło bez końca.

Czas nowego średniowiecza

Czas nowego średniowiecza

No to co w tej „linearnej opowieści” udało się zrealizować po „Bezlubiu”? Pytam trochę złośliwie bo było jednak dość cicho o was przez te lata.

Moja żona zauważyła na naszym koncercie, że ludzie śpiewają piosenki. Cisza była wywołana raczej faktem, że nikt się specjalnie nie zajął promocją. „Bezlubie” wydaliśmy w czasie, kiedy byłem na chwilowej emigracji zarobkowej. Graliśmy cały czas, ale bardzo bez ciśnienia. A potem nagle zrobił się 2019 i nagraliśmy „Księgę dżungli”. Uwielbiam słuchać tej płyty. Tak jakby to nagrał ktoś inny. Sam fakt, że zespół przetrwał jest dużym sukcesem, ale patrząc na to z perspektywy pięciu lat wydaje mi się, że jeśli któryś z nas nie wyprowadzi się z Warszawy to będziemy grać długo w tym składzie. Spełniamy nawzajem swoje oczekiwania, co jak wiem z mojego doświadczenia w różnych zespołach, bywa niełatwe.

Z jednej strony to może cieszyć. Fakt przetrwania na tym niełatwym gruncie krajowego biznesu muzycznego. Z drugiej rodzi się pytanie o mechanizmy rządzące tym środowiskiem, wypychajace na powierzchnię niektórych wykonawców a innym ustawiające nad głowami szklany sufit. Poza satysfakcją „przetrwania” nie czujecie żalu do tego biznesu, który w Polsce jest wyjątkowo nieczuły na sztukę?

Właśnie dzisiaj się śmialiśmy z żoną, że w Polsce trzeba najpierw nagrać „Miliony monet” żeby zwrócić na siebie uwagę i potem grać to co się chce. Żalu do biznesu nie mamy. Nigdy nie mieliśmy z nim nic wspólnego i pewnie mieć nie będziemy. Zajebistej muzyki jest od cholery, prym wiedzie hip-hop, który mimo oporu dużych mediów daje radę dzięki internetowi. W nim jest ciągle świeży przekaz, relacja z tego co jara młodych a nie da się ukryć, że to oni monetyzują działania swoich idoli muzycznych. Tak było też z rockiem w latach 80. i 90. Czas rocka w masowej świadomości się raczej skończył. Ze starości umierają jego ikony. Z hip-hopem też tak będzie. Ba, nawet Żenek się przeżre w końcu. Z drugiej strony istnieją tacy zapaleńcy jak Nergal, który potrafi z bandu grającego raczej mało przyswajalny dla przeciętnego zjadacza cebuli rodzaj muzyki, zrobić komercyjny sukces na skalę światową. Ale to są ewenementy. Ludzie zaprogramowani by zrealizować swoje życiowe cele. Muzyka jest, była i będzie z tą różnicą, że kiedyś o tym co dobre decydowali ludzie. Dzisiaj coraz częściej machine learning i AI.

To wszystko oznacza, że żyjemy w czasach, kiedy emocje, sztuka czy artystyczna kreacja to nic istotnego, nabierają znaczenia dopiero wówczas, kiedy zostaną PR-owo obrobione. A to z kolei nasuwa pytanie, czy jeszcze kiedykolwiek pojawi się coś takiego, jak oddolna rebelia, która rozsadzi ten trochę plastikowo-szklany świat wielkiej korpo-rzeczywistości? Który zresztą sami dla siebie stworzyliśmy…

Ta oddolna rebelia istnieje, tylko marzenia młodych ludzi są inne, bardziej nastawione na konsumpcyjne cele. Ich rebelia to mieć fejm i hajs. Mój ośmioletni syn marzy żeby zostać jutuberem. Ja sobie myślę – bosz co ja mam teraz zrobić, toż to patatajnia ostateczna, a jego emocje z tym związane są najszczersze na świecie. Muszę to przyjąć, poznać i zaakceptować. Ja jestem zwolennikiem teorii, że mamy czas nowego średniowiecza. Istotą średniowiecza był fakt, że kilka organizacji miało kontrolę nad informacją. Mam tu na myśli związki religijne, które dystrybuowały informację, nadawały kształt rzeczywistości. Dzisiaj największe kościoły jak FB i Google robią to samo. Każda informacja o koronawirusie to gruby hajs z reklam do niej przyklejonych. Takie mamy czasy. Ciemnota wtórnie ogarnia umysły ludzi. Ale biorąc pod uwagę, że po średniowieczu nastąpiło odrodzenie a w końcu i oświecenie jestem pewien, że tak się stanie i tym razem. Ludzie zauważą, że ktoś gra z nimi w ch.. i zaczną robić na przekór no i to będzie pewnie ta rebelia, o której mówisz. Obawiam się jednak, że możemy tego nie doczekać (śmiech). Tymczasem róbmy swoje nim przyjdzie walec i wyrówna.

Wy robicie swoje, bo nadal pozostajecie wierni stylistyce. Ale kiedy słucham waszej nowej płyty, wiem, że najważniejsza jest konsekwencja. Bo to ona przynosi w końcu sukces. Czy to ten moment?

Nasza konsekwencja wynika głównie z ograniczeń czasowych, ale też z faktu że nam się po prostu dobrze to gra. Nie wymyślamy nic nowego, ale staramy się szlifować to co mamy. Trochę lepiej brzmieć. Trochę lepiej zaśpiewać, czy napisać lepsze teksty. To taki nasz mały progres. Ale tak, ta konsekwencja przynosi rezultaty. Pięć lat temu ludzie, którzy słuchali naszej ep-ki mówili – fajne, ale to już było. Dzisiaj mówią – o, nowa Huta Plastiku może byście chcieli u nas zagrać? Forma, którą prezentujemy nie jest zamierzona. Nigdy nie powiedzieliśmy sobie, że będziemy grać jak Cure czy U2. To się nam tak po prostu układa. Recyklingujemy to co jest w nas. Te dźwięki, brzmienia etc. i robimy swoje piosenki z tego. To jest bardzo spontaniczne i bez spiny, powoli do celu.

HP

HUTA PLASTIKU – Księga Dżungli (Bat-Cave Productions)  Piewcy miejskich depresji powracają w wielkim stylu. Ok, ktoś może pomyśleć, że sobie żartuję, ale nic bardziej mylnego. Trzecia płyta zespołu jest przykładem, jak systematyczną pracą można wydestylować formulę, by efekt mógł zadowolić najwybredniejszego słuchacza. W zasadzie każdy element „Księgi…” jest precyzyjnie zaplanowany, doszlifowany i spełnia swoją rolę. Nie ma na płycie utworów niepotrzebnych, zapychaczy, tylko sam konkret: dziewięć piosenek o życiu. Życiu w miejskiej paranoi, o naszych strachach i smutkach. Tak, to się nie zmieniło – muyzka Huty jest smutna, zimna i w jakimś sensie monotonna, ale przecież o taki efekt chodzi. Zespół nie zmienił składników. Nowofalowy powiew, post punkowa motoryka, wyeksponowany bas, beznamiętny śpiew, który jednak kryje całą paletę emocji. Lekko gotycki klimat. No i oczywiste lata 80. w konstrukcji i ogólnym wydźwięku. Właśnie za to lubię Hutę, bo pozostaje wierna swoim fascynacjom, nie skacze niepotrzebnie na różne poletka, dopracowując swoje depresje  tak, że dzisiaj mamy w ręku zestaw ładnych (wiem, dziwne słowo) piosenek, które trzymają równowagę; spoiwem jest z jednej strony charakterystyczna gra gitarzysty (dileje, rewerby), która od razu kieruje myśli w konkretny punkt odniesienia, jest jednocześnie bardzo melodyjna i nie drażniąca słuchu (co w takiej stylistyce wcale nie jest takie łatwe), z drugiej wokal Przemka, który jak wiadomo od zawsze kojarzy się z pewnym panem z Wrocławia. I choć może wydawać się, że to przekleństwo,  jest zupełnie inaczej, bo dzięki temu muzyka zyskuje zaskakujący wymiar: po prostu, zwraca się uwagę na tekst. I ten element okazuje się być bardzo ważny. Pozornie słowa, jakie znajdziemy w „Księdze…” są enigmatyczne, poetyckie, jednak po iluś przesłuchaniach, zaczynają coś znaczyć, pomijamy  stronę techniczną, a zaczynamy słyszeć sens. I choć są firmowo smutne, znajduję w nich jakąś nadzieję, coś co poprawia mi samopoczucie. Zaś co do muzyki, miałem problem ze znalezieniem jednego numeru, który jest dla mnie najważniejszy. Dzisiaj jest to „Gospel”, napędzany pięknym, wbijającym się w łeb flażoletem gitary, choć może jutro będzie to transowa i przestrzenna „Warszawa”. A może leciutko gotyckie „Kolory” lub przejmujące harmonie w „Ufam tobie”? W zasadzie największym dobrem tej płyty jest spójność stylistyczna. Piosenki są miękkie, ładne, wynikają z siebie i bez siebie nie mogą istnieć. To cenna umiejętność by stworzyć zamkniętą całość a nie przypadkowy zbiór numerów. Jasne, hardcore’owy „Na bezlubie” z poprzedniej płyty był dobry, ale takie zamieszanie stylistyczne na „Księdze…” nie byłoby wskazane. Jakość nowej muzyki Huty Plastiku to właśnie świadomość, równowaga i charakter. Tu nie ma nerwowych ruchów i choć zdaję sobie sprawę, że takie piosenki mogą w przestrzeni medialnej brzmieć staroświecko, to… no właśnie, nie chodzi by schlebiać tłumom, tylko robić swoje. Świetny, zwarty i skończony materiał. 

…i tym razem ten recykling wyszedł doskonale. Wiesz co – przy poprzedniej płycie mówiłem sobie – to dobra, mroczna muzyka. A po lekturze „Księgi dżungli” stwierdziłem – Huta Plastiku gra piosenki! Co ty na to?

Na pierwszej próbie pięć lat temu od razu ustaliliśmy z chłopakami, że szybko nagrywamy ep-kę. Mieliśmy dwa szkice kawałków Artura i jeden mój. Dorobiliśmy coś tam i nagraliśmy. Mimo, że wydawało mi się to dość chaotyczne, ep-ka była dobrze przyjęta. „Bezlubie” ma klimat, ale jest też efektem naszego początkowego „macania” się. „Księga dżungli” zbierała materiał w sumie przez trzy lata. Ograliśmy to porządnie. Określiliśmy koherentne brzmienie. Poznaliśmy się też lepiej z chłopakami. Tak. Gramy piosenki. Nawet kawałki, które z założenia miały być bardziej nieokreślonymi formami, są piosenkami. W sumie to się dopiero okazało u Klimy w Mustache podczas nagrywania, ale to jest fajne bo te kompozycje żyły do momentu rejestracji jako trochę improwizowane formy. Cały czas staramy się przekonać Artura żeby zrobił covery tego co nagrał, bo to genialne, ale on sobie tam robi co chce.

W gruncie rzeczy wyszła wam bardzo klimatyczna płyta. Owszem, słychać nadal zimne echa, ale są raczej takim drugim planem, przyprawą do głównego dania czyli bardzo dystyngowanych i aksamitnych piosenek. Jedynie przekaz jest chyba taki sam…

No tak, ja jak w rapie krążę w tekstach wokół tego samego. Z kolei stara, punkowa szkoła nakazuje by piosenki, skoro już powstały, były o czymś. Ogólnie wylewam z siebie kilka refleksji na temat pewnych aspektów życia, wierząc w to, że to ciągle jakaś forma kontestacji.

Połączenie okładki z tytułem sugeruje, że tymi aspektami jest życie w mieście, w betonie i szkle, czyli opcja zagubiony we współczesności wrażliwiec… Nie chcę by brzmiało to złośliwie, źle czy nie jest to utopia? A może taka trochę wizualizacja własnych marzeń o wyrwaniu się z miejskiego piekiełka?

Mam nieustające wrażenie, że bardzo niewiele różni nas od innych zwierząt. Nie jestem tutaj oryginalny bo wielokrotnie taka koncepcja pojawiała się w humanistyce. Lubię sobie pomyśleć czasem, że jesteśmy takimi małpami, dla których istota wyabstrahowanych z otoczenia rzeczy stała się zupełnie przypadkowo budulcem czegoś co dziś nazywamy kulturą. W niej łatwo się ukryć, przydać sobie znamion wyjątkowości i odrębności od świata zwierząt. To dżungla, którą znamy i kochamy. Także to raczej nie o ucieczkę chodzi a o to, że całe życie sobie taką księgę piszemy. Każdy po swojemu, próbując lub nie wyjaśnić po co tu jesteśmy. Takie rozkminki u progu kryzysu wieku średniego. Jednocześnie wydaje mi się, że to temat bardzo plastyczny i mogący pomieścić wiele wątków na następnych płytach Księga dżungli 2,3,4 i tak dalej, więcej niż części Rambo.

I ten muzyczny kryzys wieku średniego dodaje płycie głębi. Może przysłowie, że po 30tce nie powinno się grać rock’n’rolla nie ma sensu? Może trzeba stworzyć nowe: „rock smakuje lepiej po 40tce”?

Wydaje mi się, że jeśli ktoś kiedykolwiek posmakował prawdziwej frajdy ze wspólnego tworzenia i grania w zespole, nie zrezygnuje tak łatwo. Niektórzy mówią – o jak fajnie, że masz pasję w życiu – bo to niby ma taką wartość wynikającą z utkwienia przekonaniu, że w życiu trzeba mieć pasje. Dla mnie to jest jak oddychanie. Jak tego nie robię, mam doła i wtedy tworzę muzykę sam na kompie, ale to nie to samo co wspólne ogarnianie tego wszystkiego. Wymiana idei i mieszanie emocji, żeby powstało coś fajnego. Chłopaki mają tak samo. Jak się przeprowadziłem do Warszawy dziesięć lat temu to przez pierwsze pięć szukałem właśnie takich ludzi do grania. Udało się i już od pięciu sobie dłubiemy w tej Hucie.

A czy to dłubanie jest w tym momencie obarczone jakimiś nadziejami? Oczywiście, nadziejami, poza chęcią, by grać jak najdłużej?

Chcielibyśmy zacząć grać więcej koncertów bo to w sumie jest w tym wszystkim najlepsze. Mamy też nadzieję, że nowa płyta dotrze do większej ilości ludzi. Ja ogólnie czuję, że konsekwencja, o której rozmawialiśmy na początku, zaprowadzi nas jeszcze w fajne miejsca do dobrych ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, że istnieje taki fajny band i będą mile zaskoczeni.

fajf

Wiem, że to głupie, ale czy przy odrobinie bardziej zmasowanej promocji możnaby płytę popchnąć na muzyczne salony? Przecież te numery kleją się do ucha jak miód…

Nie wiem w sumie jak mielibyśmy się tam wpasować. Nie za bardzo też potrafię sobie wyobrazić co to są te muzyczne salony. Być może wewnętrzny, punkowy etos, który się ciągle tli gdzieś w pobliżu mojej nieprzebadanej prostaty, przeszkadza mi w tym. Zaproszenie na pewno byśmy przyjęli bo to by mogło być ciekawe a w życiu ciekawych sytuacji nigdy za wiele.

Skąd pomysł, by po dość abstrakcyjnych okładkach stworzyć tak dosłowny obrazek. Surowy i hmm, przyziemny? Co takiego charakterystycznego jest akurat w tym biurowcu?

Mieliśmy kilka koncepcji okładki. W sumie to je trochę połączyliśmy, ale to widać dopiero w środku. Kiedy zrobiłem nam zdjęcia, usiedliśmy z Jurkiem przy komputerze i poprosił mnie żebym mu pokazał jak działa Photoshop. Wstawiłem to zdjęcie dodałem napisy fontem Commando i tak zostało. Lubię takie sytuacje, kiedy przypadek decyduje o ostatecznej formie. Jeśli chodzi o drugą część pytania, mógłbym powiedzieć, że biurowiec jest fallicznym symbolem męskiego ego i w swojej majestatyczności stara się dosięgnąć sfery sacrum, ale tak prawdę mówiąc po prostu nam się spodobało to foto…

Doszliście z tą płytą do takiego przyjemnego w sumie miejsca równowagi. Wyobrażasz sobie, gdzie może pójść/dojść Huta? Gdzie jest ten wasz zespołowy szczyt?

Są już jakieś nowe pomysły i sporo też fajnych motywów, które zrobiliśmy wcześniej. To co przyjdzie, zapewne przyjdzie do nas samo. Udało nam się w końcu stworzyć rdzeń, teraz powinno być łatwiej. Nie będziemy na pewno na siłę wybierali się w jakieś nieznane rewiry. Jeśli dodamy elektronikę, dudy, i zaczniemy połykać ogień to będzie to wynikiem spontanicznych działań.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia, grafika: archiwum zespołu/Przemek Zawol