HENRY DAVID’S GUN – Dwa lata w brzuchu wieloryba

Parę miesięcy temu pisaliśmy o ciekawej i bardzo sympatycznej płycie „Tales from the Whale’s Belly” Henry David’s Gun, wreszcie udało się z porozmawiać na kilka tematów z szefem zespołu, gitarzystą i wokalistą Wawrzyńcem Dąbrowskim. Moment był odpowiedni, bo z perspektywy czasu, może nieco bardziej chłodno można ocenić, co udało się zrealizować i w jakim miejscu znajduje się zespół. Polecamy – i płytę, jeśli jeszcze ktoś nie miał okazji zapoznać się z nowym materiałem (a także poprzednim…) i poniższy wywiad. 

Czy granie piosenek to dobre zajęcie dla mężczyzny?

Tak samo dobre jak budowanie stołów, uprawianie roli, praca na uczelni czy projektowanie szybowców (śmiech). Nie sądzę aby płeć odgrywała tu jakąkolwiek rolę. Jeśli wiesz, że chcesz się czymś zajmować i czujesz sens płynący z Twojej pracy, to jest to dobre zajęcie, nawet jeśli polegać by miało na przelewaniu wody z umywalki do wanny (śmiech). Tak, dzielenie się swoimi przemyśleniami zamkniętymi w formie muzyki i słów, to coś co lubię i chcę robić.

Jak doszło w ogóle do powstania HDG? Czy na początku był to typowo songwriterski projekt, czy odBlack-Disease-SP_HenryDavidsGUN_photo_by_AndrzejMajos_3 początku normalny zespół?

Początkowo miałem w planach stworzenie projektu jednoosobowego, podobnego do tego co teraz robię z moim Obwoźnym Zakładem Koncertowym „Henry No Hurry”. Wówczas jednak nie byłem na to jeszcze gotowy. Cieszę się, bowiem trochę na zasadzie efektu ubocznego powstał twór, w którym wszelkie role, zarówno na scenie jak i poza nią, ukonstytuowały się samoistnie. To zespół z którym granie koncertów i nagrywanie płyt daje ogromną przyjemność. Zupełnie inaczej tworzy się i koncertuje solo a zupełnie inaczej, kiedy muzyka jest wypadkową trzech odmiennych ale patrzących w podobną stronę charakterów.

Intryguje mnie nazwa zespołu – skąd wybór słów z eseju „Walden” Henry Davida Thoreau? Czy to jakiś rodzaj deklaracji, może swego rodzaju motta życiowego?

Nie podchodziłbym do tego jak do deklaracji. Nie lubimy się niczym nadmiernie wiązać. Niemniej, filozofia Henry’ego David’a Thoreau, zawarta przede wszystkim w jego najbardziej znanym dziele „Walden, czyli życie w lesie”, była i jest nam na tyle bliska, że nawiązaliśmy do niej, tworząc nazwę dla naszego trio. Można powiedzieć, ze sporym przymróżeniem oka, że jesteśmy spluwą idei tego dziewiętnastowiecznego myśliciela (śmiech). Jest w tym też urocza przewrotność, bowiem Henry David Thoreau był pacyfistą (śmiech).

Zanim przejdziemy do nowej płyty, muszę poruszyć temat koncertów – nie ukrywam, że fascynuje mnie w jakich miejscach gracie – mam wrażenie, że im bardziej oryginalne miejsce, tym lepiej. Kawalerka, wieś Niebowo, Edu Farma… to tylko wybrane przypadki. Jak wybieracie te miejsca? Gdzie było najciekawiej/najdziwniej?

Henry David’s GUN to w dużym stopniu sposób na życie a nie tylko twór stricte muzyczny. Od początku unikaliśmy klubów-pieczar i wielkomiejskich lokali, stawialiśmy na kameralność i bliski kontakt z publiką. Najłatwiej o to właśnie w takich miejscach, o których wspomniałeś – gdzieś na wsi, w stodole, u kogoś w domu, w przestrzeni wykończonej ciepłym drewnem, z łagodnym światłem. Po zagraniu 150 koncertów ciężko wymienić jedno najciekawsze/najdziwniejsze miejsce (śmiech). Na pewno do głowy od razu przychodzi mi koncert zagrany 320 metrów pod ziemią w Kopalni Guido, koncert w kawalerce w Tczewie na 24 metrach kwadratowych, występ na dachu Nadszańca w Zamościu oraz uliczne „granie” na Songwriter Łódź Festival.

Czy w kontekście nowej płyty nadal podpisujecie się pod tym opisem waszego zespołu, jaki zadaliście w jednym z wywiadów – „minimalistyczny, surowy i akustyczny”?

Tak (uśmiech). Naturalnie wersje studyjne rządzą się swoimi prawami – jest tam nieco więcej zabiegów aranżacyjnych i produkcyjnych. Niemniej, jeśli chodzi o samo jądro naszej twórczości, to wciąż wydaje nam się, że te określenia dobrze oddają charakter muzyki Henry David’s GUN.

Od wydania nowej płyty minęło już trochę czasu, i w sumie jest to dobry moment na coś w rodzaju pierwszego podsumowania – jak została odebrana i jak wy ją w tym momencie oceniacie?

Do tej pory wszystkie recenzje w prasie muzycznej są niepokojąco pochlebne (śmiech). Podobne głosy, i to jest dla nas chyba najistotniejsze, słyszymy po koncertach od naszych fanów. Dla nas samych ta płyta była przeskokiem przede wszystkim pod względem „produkcyjnym”. Przy pierwszym albumie bardzo zależało nam na efekcie „1 do 1” – to co zawarliśmy na krążku w bardzo podobnym kształcie pojawiało się na koncercie. Przy „Tales From The Whale’s Belly” pozwoliliśmy sobie na znacznie większą ilość ścieżek, smaczków, „nakładek” i zabiegów aranżacyjnych. Na pewno oceniamy to jako dobry krok w przypadku tego materiału. Nie wykluczamy jednak, że w przyszłości wrócimy do pełnego minimalizmu i surowości. Zobaczymy co nam podpowie nasza intuicja (uśmiech).

W dzisiejszych czasach granie muzyki to raczej zajęcie trudne, nie powiedziałbym, że niewdzięczne, ale jednak wymagające dużego samozaparcia – czy udaje się wam okiełznać ten żywioł i odpowiednio zbalansować go z życiem prywatnym?

U każdego z nas wygląda to nieco inaczej. Ja od dwóch lat żyję tylko z muzyki. Nie nazwałbym tego chyba zajęciem trudnym czy niewdzięcznym, za to na pewno mało dochodowym (śmiech). Ale na tym etapie, na którym obecnie się znajduję, jest to dla mnie coś co daje mi mnóstwo frajdy i satysfakcji. Maciej i Michał łączą „granie” z innymi działalnościami. Jak na razie udaje nam się wszystkim zachować wspomniany przez Ciebie „balans” choć, tak jak powiedziałeś, wymaga to sporej dyscypliny i samozaparcia (uśmiech).

Dwa lata w brzuchu wieloryba

Dwa lata w brzuchu wieloryba

Nowa płyta, o czym wspomniałem w recenzji, zaskakuje bardzo dużym ukłonem w stronę nowej progresji, osobiście słyszę w tym nawet wpływy późnego Marillion, co może być teorią kontrowersyjną – zareaguj na to w jakiś sposób (śmiech).

Zareaguję uśmiechem. Trudno mi się do tego odnieść bo nie znam dobrze twórczości Marillion. Przyjmuję to jednak, nie wiem czy słusznie, jako komplement w naszą stronę i… dziękuję.

Innym artystą, z którym od zawsze mi się kojarzycie, jest Nick Cave, też późny, czy ten trop ma sens? Przyznam też, że interesuje mnie twoje zdanie na temat ostatnich poczynań tego pana, bo nie ukrywam, że płyta „Skeleton Tree” czy ogólnie, wieloletnia współpraca z Warrenem Ellisem jest dla mnie dość trudna do przyjęcia…

To bardzo miłe i nobilitujące skojarzenie i, jak sądzę, też dobry trop (uśmiech). Nick Cave oraz Warren Ellis to w mojej ocenie bardzo zgrany i dojrzały duet. Zwłaszcza w takim wydaniu jak np. ścieżka dźwiękowa do filmu „The Proposition”.

Wracając do waszego dzieła – o co chodzi z tymi wielorybimi opowieściami – możesz rozwinąć ten wątek i opowiedzieć o tekstach z nowej płyty?

Ten wieloryb, który zdobi okładkę naszego nowego albumu to praca hiszpańskiego artysty Fernando Ramosa. Jedna z serii jego prac przedstawia właśnie postacie takich wielorybów umiejscowionych w środowisku dla nich nietypowym – w lasach, górach, w powietrzu. Fernando Ramos nadał postać (grafika na okładce jest wykonana specjalnie dla nas) czemuś co istniało już w naszej zespołowej świadomości wcześniej, bowiem sam symbol wieloryba oraz tytuł albumu powstały na długo przed okładką. Ważne jest to, że ten „nasz” Wieloryb to nie jest jakaś maskotka, potulny, mały wielorybek (uśmiech). To symbol czegoś bardzo potężnego, pierwotnego, tajemniczego, niedookreślonego, symbol pewnego rodzaju nieświadomości, potencji twórczej, która w niej ma źródło. W wymiarze indywidualnym, każdy ma takiego wieloryba, choć nie każdy go odnalazł, a jeszcze mniej osób nawiązało z nim kontakt. W wymiarze grupowym, nawiązując trochę do koncepcji nieświadomości zbiorowej Junga, też takie wieloryby istnieją. My, jako zespół, swojego znaleźliśmy, zjednoczyliśmy się, zaszyliśmy się w jego brzuchu na dwa lata i dzięki temu mogliśmy usłyszeć siebie, usłyszeć to co mamy do powiedzenia. Z tego powstało 10 tytułowych opowieści traktujących przede wszystkim o przemianie, metamorfozie, poszukiwaniu „nowego imienia”, nowej konstrukcji wewnętrznej… To w większości opisy takich stanów emocjonalnych, które z samej swojej natury są niedookreślone, w przypadku których nie do końca można wyznaczyć linię graniczną… Ciężko jest pisać o takich rzeczach wprost, bowiem szybko popada się w banał. Stąd tak częste uciekanie się do symboliki, metafor i porównań.

Jakie było najdziwniejsze wydarzenie, które wiąże się z powstaniem tej płyty, takie, które miało na nią w jakimś sensie znaczący wpływ…

Black-Disease-SP_HenryDavidsGUN_photo_by_AndrzejMajos_2Myślę, że to była wypadkowa wielu zdarzeń, które zachodziły w życiu każdego z nas, swoistego rodzaju kalejdoskopu… Było wśród nich kilka zdarzeń „przedziwnych”, metafizycznych ale… to nie są sprawy, o których opowiada się w wywiadach.

Czy dzisiaj możecie powiedzieć, że wszystko, co związane z tym materiałem i nadziejami jaki ze sobą niósł, zostało zrealizowane? A może coś nie wyszło?

Nagrywanie albumu jest podobne do pisanie książki – zaczynasz z ogólnym zarysem a potem sam jesteś zaskoczony gdzie Twoja wyobraźnia i podświadomość Cię zaprowadziły. W tym kontekście od początku nie mieliśmy jakiś szczególnych oczekiwań. Udało się nagrać płytę, z której jesteśmy bardzo zadowoleni, która w jakiś tajemniczy sposób opisuje ważny dla nas etap i towarzyszące temu przemiany…

I na koniec kilka słów odnośnie tego, co robicie teraz – jakie są plany, czy powstaje nowy materiał itp.?

Album „Tales From The Whale’s Belly” ukazał się zaledwie pół roku temu, dlatego teraz skupiamy się przede wszystkim na tym aby podzielić się opowieściami z brzucha wieloryba w odsłonie koncertowej.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Andrzej Majos