HAPPYSAD – Po prostu oddech…

To już stary znajomy, który zadomowił się na naszym portalu, choć pewnie dla niektórych taki zespół u nas jest jak kość tkwiąca w gardle. Pojawia się zatem po raz kolejny z nową płytą, która troszeczkę odchodzi od mocnych eksperymentów „Jakby nie było jutra” a szczególnie „Ciała obcego”. Być może dzięki temu Happysad po raz kolejny lekko zmienia optykę i ułatwia zaprzyjaźnienie się ze swoją muzyką, która w ostatnich latach stała się jednak dość trudna, jak na mainstreamowe standardy. Jedno jest pewne, „Rekordowo letnie lato” to solidny materiał, który zasługuje na chwilę uwagi i jest niemal pewne, że kilka z tych piosenek na stałe zagości w koncertowym repertuarze grupy. Grupy, która jak zwykle ma coś ciekawego do powiedzenia, nie tylko na scenie, ale także w wywiadach, za co po raz kolejny odpowiada gitarzysta Łukasz Cegliński. Zapraszamy!

Zacznijmy od bardzo brodatej kwestii. Mianowicie – wokół powoli zespoły rockowe składają się do grobu. Coma zamilkła, Hey też, Lao Che kończy działalność, że o tych dużych nazwach wspomnę. Jak jest z tym „duchem walki” u was? Nadal moc i chęci?

Niepełne dwa miesiące od premiery najnowszej płyty ruszamy na obóz kompozycyjny, czyli do domku w górach, w którym pracować będziemy nad nowymi rzeczami, nowym materiałem, nową płytą. Mamy trochę pomysłów na nowe wydawnictwa i choć nie wiemy do końca, w którą stronę pójdziemy, z jakimi emocjami się spotkamy, z jakimi przyjdzie walczyć, to zdajemy sobie sprawę, że muzyka i zespół, to coś, co wyszło nam w życiu najlepiej. I wciąż wychodzi, bo w dalszym ciągu mamy odbiorców, przychodzących na koncerty, kupujących w tych trudnych dla nośnika czasach płyty,DSC_1142 wyrażającymi chęci na dalsze bycie z nami. To jest bardzo napędzające. Więc reasumując, tak, mamy moce i chęci, choć oczywiście zmęczenie i przegrzanie zwojów jest zupełnie naturalne przy takim trybie pracy. Nam też się zdarza, więc rozumiem chęć odpoczynku i przerwy w przypadku wspomnianych zespołów.

Symboliczny zwrot „trudny czas dla fizycznych nośników” otwiera ważną kwestię: czy jesteśmy już tylko online, czy może to trend, który się odwróci? To takie pytanie – przyczynek do dyskusji o śmierci kompaktu (choc nadal trwa), śmierci kasety (choć przeżywa wielki comeback) itp. Lubimy tę super-nowoczesność czy jednak tradycja zwycięży?

Zarzucamy sobie czasem ten temat w busie przed wydaniem płyt i jest on zawsze powodem lekkich, personalnych szturchańców. Są wśród nas uważający nośnik za poważny przeżytek, są i kolekcjonerzy kaset i winyli. Mamy w zespole Maćka i Michała, dwóch mega zdolnych, młodych ludzi. Młodych, bo oni za parę lat dobiją do trzydziestki, a my już jesteśmy dekadę dalej. I oni są dla nas takim łącznikiem z szeroko pojętą młodzieżą (śmiech). Gdy starszyzna raczej luźno podchodziła do streamingu singla w dniu premiery, to ten problem dla Maćka był najważniejszy. On po premierze singla na youtube jakiegokolwiek ulubionego wykonawcy, musi wejść na Spotify i ten singiel już tam musi być. Musi, bo tak działają młodzi ludzie. Mają wszystko natychmiast. Więc oni chcą sobie założyć słuchawki, mieć ten numer czy cały album w kieszeni, w telefonie czyli przy sobie. Kumam i szanuję, też używam telefonu i słuchawek nawet jeśli wychodzę tylko do osiedlowego spożywczaka. Kasety i CD zbierałem od zawsze, ale od pewnego momentu coraz mniej, ze względu właśnie na dostępność muzyki z całego świata w telefonie. I tego kontaktu z nośnikiem zaczęło mi bardzo poważnie brakować. Pomogła mi przerzutka na winyle, które potrafią być tak pięknie wydane, że jesteś w stanie autentycznie zakochać się w rzeczy. Ta rzecz wraz z muzyką tworzy przepiękną całość, której nie jesteśmy w stanie poczuć oddając się tylko strumieniowaniu numerów zawieszonych w chmurach. A czy nośnik przetrwa? Książki wraz z E-bookami jakoś się dogadują.. Zobaczymy…

2019 Happysad druk fot_Jowita Stęszewska1

Po prostu oddech…

No to jest faktycznie problem-rzeka. Ale, kontynuując wątek – czy aktywność młodych ludzi nie wpływa na mniejszą mobilność koncertową? Bo dzisiaj faktycznie dla niektórych ludzi „podlajkowanie” eventu na fb jest równoznaczne z byciem na koncercie… Trochę to jest chore, mimo wszystko…

Takie tematy też sa poruszane w busie trasowym. Jeśli dobrze pamiętam algorytm opracowany przez Jarka, naszego perkusistę, liczbę biorących udział w evencie należy dzielić na pół. Nie jestem w stanie uwierzyć, by ktoś uważał, że był na koncercie, bo „lajknął iwent”. Zakrawa to na jakiś problem psychiczny raczej.

To chyba jakaś psychologia życia fejsbukowego. Choroba, bo jeśli widzę kogoś kto łapie psychozę bo się fej zawiesił, to coś musi w tym być. Ale jest coś takiego, że ludzie, którzy podlajkowali event, czują się w jakimś sensie rozgrzeszeni. Bo skoro sami maniakalnie sprawdzają czy dostają lajki za swoje komentarze, to myślą, że jest to równie ważne dla zespołu/organizatora. Jak myślisz, czy ta wojna starego z nowym będzie mieć jakiś finał, czy to raczej neverending story?

Wojna starego z nowym trwa od zawsze i trwać będzie wiecznie. Nie jest kwestią czy będzie trwać, albo kiedy się skończy. Prawdziwą zagwostką jest co przetrwa, co zostanie na dłużej, co zaakceptuje aktualnie młode pokolenie, co przekaże swoim następcom. To są najciekawsze pytania i za poznanie odpowiedzi wiele bym oddał. Nie chciałbym pisać czarnych scenariuszy, a w tym nie znam lepszych od siebie, ale jeśli na drodze młodego, zagubionego człowieka nie stanie ktoś, kto pokaże mu jakieś wartości, nie ukierunkuje – nie wiem kto, ktokolwiek, może rodzice, nauczyciele, starszy, mądrzejszy kolega, przyjaciel, idol – to on faktycznie będzie żył w świecie lajków, złudnej popularności i szukania akceptacji i samorealizacji nie tam, gdzie powinien. A to już jest mega dołujące. Co jest natomiast fascynujące, to ciągły ruch, ciągłe mieszanie się nowego ze starym, nowe odsłony, nowe możliwości. Byleby tylko tym wszystkim mądrze zarządzać.

…i w to wszystko zostaje wrzucona nowa płyta Happysad. Od razu też rozpocznę złośliwie od odniesienia się do pewnej recenzji na jednym portalu, z której wynika, że dopiero teraz, wraz z „Rekordowo letnim latem” zespół w pełni się ukształtował. Tymczasem mam wrażenie, że na nowej płycie troszeczkę postanowiliście przykręcić chęć eksperymentowania, bo w porównaniu z dwiema poprzednimi płytami, nowa jest bardziej naturalną w formie porcją inteligentnej muzyki rockowej. Tak po prostu. Mam rację, czy błądzę?

No tak, w naszym odbiorze to jest też płyta bardziej przystępna niż dwie poprzednie, ale to zabieg świadomy. Chcieliśmy prostszych form na tej płycie, bo zmęczeni byliśmy już wchodzeniem w na serio ciężkie klimaty, ciężkie emocje, czym zajmowaliśmy się przez ponad cztery lata promowania „Jakby Nie Było Jutra” i „Ciała Obcego” na koncertach. I faktycznie zaczęły się pojawiać głosy o powrocie „starego Happysadu”, co jest o tyleż dziwne, co oczywiste, bo wystarczyło zagrać ciut klasyczniej, z prostym bitem, z odważniejszą melodią, podać to w mniej odjechanym miksie i już, mamy niemal powrót do korzeni. Ale to żaden powrót i żaden krok wstecz, po prostu oddech. Nie mamy pojęcia jaka będzie następna płyta.

2019 happysad okladka RLL

HAPPYSAD – Rekordowo letnie lato (Mystic)  Istnienie Happysad jest dla mnie naturalną konsekwencją dążenia ludzi do zaspokojenia podstawowych potrzeb, jeśli chodzi o szeroko pojętą kulturę, ale z naciskiem na rozrywkę. Autorzy niniejszej płyty są doskonałą odpowiedzią na te potrzeby. Dostarczają rockowej, dobrze zagranej muzyki, przy której nierzadko można się nieźle zabawić, ale jednocześnie starają się przemycić i w warstwie muzycznej a także tekstowej coś więcej niż tylko beztroską zabawę. Zresztą, ostatnie płyty z rzeczoną beztroską nie miały za bardzo nic wspólnego. I może to jest klucz do „Rekordowego…”, bo na  tym krążku zespół zdecydował się na kolejny retusz i powrót do – jednak – nieco przystępniejszej formuły. Rzecz jasna, muzyka to nadal Happysad zreformowany i nawrócony przez Marcina Borsa (a w tym przypadku także Bogdana Kondrackiego) na jedynie słuszną drogę, ale po raz pierwszy do dłuższego czasu mamy do czynienia z gitarowym zespołem grającym piosenki. Tak po prostu. Oczywiście piosenki Happysad mają to drugie dno; kiedy przedrzemy się przez melodyjne gitary, okazuje się, że tekst jest niepokojący, ale i same konstrukcje muzyczne dalekie są od rockowego banału. Wydaje mi się, że ta płyta jest sporym kompromisem między Marcinem Borsem a zespołem, albo nawet nie kompromisem a świadectwem wyjątkowej symbiozy. Duże znaczenie ma tu doświadczenie muzyków, którzy sceniczne obicie starają się przełożyć na język płyty. Efekt jest taki, że powstały piosenki zrównoważone i nasycone treścią. Nie ma miałkich przebojów, ba, poza „Mgłą na torach” nie ma takich oczywistych hitów wcale. Dlatego najlepiej przyjmować materiał jako całość, spiętą tekstami, które wychodzą do słuchacza i są świadectwem troski o to co wokół nas się dzieje. Jasne, Happysad to nie wojownicy, którzy złożą się w ofierze, ale jest tu parę metafor, które wiercą dziurę w głowie i przylepiają się do mózgu, a taki „Zanim umrzesz” trąci wręcz klimatami anarchistycznymi. Co ciekawe, tym razem muzycy przeprosili się z hałasem, dzięki czemu momentami robi się szorstko, co pewnie wpisuje się w trend na alt scenie, ale o taki zgrzyt jaki mamy w „Płytkiej rzece” czy garażowe niemal klimaty „Od tańca”, bym ich nie posądził. Nadal ważne są tu szczegóły, co mi się bardzo podoba, bo dzięki temu nie mamy do czynienia z płytą do jednorazowego użytku. Tu mamy fajny bas, tam jakiś klimacik fusion, to znowu na drugim planie coś pobrzękuje, gdzieś wkradnie się ciut post rockowych smaczków, dużo się tu jak zwykle dzieje. I teraz następuje podstawowe pytanie – jest lepiej niż na chociażby „Ciele obcym”? Myślę, że odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo z jednej strony bardzo doceniam eksperymenty, z drugiej zawsze z uznaniem patrzyłem na tych wykonawców co potrafią jednak przemówić do przeciętnego słuchacza zrozumiałym językiem. W tym przypadku zespół mocno pracował nad wypośrodkowaniem zapędów do eksperymentów i komunikatywności, co się chyba udało. Ale sprawdzę za ok. rok, czy te piosenki nadal działają…

Jak z dzisiejszego punktu odnosisz się do wspomnianych płyt „Jakby Nie Było Jutra” i „Ciało Obce”? Mam wrażenie, że nawet jeśli był to sukces artystyczny (osobiście bardzo je cenię), to był to też materiał trudny do „sprzedania” na żywo. Czy taki hm, powrót do bardziej naturalnego charakteru utworów był tym spowodowany?

Cały okres współpracy z Marcinem Borsem uważamy za fantastyczny pod wieloma względami. O jego roli przy pracy nad nimi można napisać na pewno arcyciekawą pracę doktorską. Nam pomógł uwierzyć w siebie i własne umiejętności, mówiąc kolokwialnie, otworzył nam także głowy na muzykowanie inne od przez nas dotychczas uprawianego, czego dowodem są właśnie te dwie płyty. Obie są w swojej formie zapisem otwarcia na nowe i trochę nieznane muzyczne światy, ale lirycznie i klimatycznie to raczej mocny introwertyzm, który, tak jak już mówiłem, trochę nam ciążył. Z perspektywy lat możemy śmiało ocenić, że to mocno koncertowy materiał, wymagający tylko większego skupienia przy prezentowaniu go na żywo. Nie chcieliśmy przy kolejnej płycie wchodzić do tej samej mętnej, ciężkiej, niekiedy smolistej rzeki.

…choć nowy materiał tekstowo nawet jeśli nie introwertyczny to też jest ciężki tematycznie. Że o „Słonecznikach…” i „Zanim umrzesz” wspomnę. Nadal w jakimś mentalnym sensie pozostajecie w takim lekkim, ale jednak mroku. Dorosłość? Starość?

Tak, oczywiście, jest przystępniej i nieco jaśniej, ale nie czyni to z tej płyty soundtracku do radosnej, bezproblemowej i bezrefleksyjnej egzystencji. A z czego to wynika? Na pewno człowiek starszy, więcej widział, więcej czuje, więcej rozumie, zaakceptował przemijanie (może siebie…), złożoność świata, lekko zgorzkniał, ale na pewno wciąż ma w sobie ciut dzieciaka… No tak trochę ci jest wesoło i lżej, bo więcej rozumiesz i bardziej smutno, dokładnie z tego samego powodu. Poza tym… nie wiem czy znam jakąś radosną płytę gości po czterdziestce.2019 Happysad poziom fot_Jowita Steszewska

Zenek M.? Optymistyczne rzeczy ma (śmiech). Ale mimo smutnych tematów – i tu znowu odwołam się do tego co ktoś tam napisał – Happysad znajduje się w dobrej sytuacji jeśli chodzi o karierę. Przekonaliście ludzi do zmian, teraz lekko się cofacie i jest… chyba komfortowo. Ale komfort może oznaczać brak rozwoju, a wy chyba lubicie cały czas wychodzić ze swojej strefy komfortu?

Szczerze powiem, nie wiem gdzie jest teraz nasza strefa komfortu. Na pewno komfortowo czujemy się z artystyczną wolnością, którą mamy. Obecność Michała i Maćka w składzie, ich zaangażowanie, wpływ na muzykę, ich wrażliwość, akceptacja przez odbiorców naszych mniejszych lub większych eksperymentów, ich podążanie i nadążanie za zmianami – to wszystko sprawa, że ta strefa komfortu powiększa się. To jest mega uczucie. Właśnie ono daje też lekki dreszczyk emocji, tę niewiadomą, co to się teraz stanie, jak za chwilę zabrzmi zespół, na co sobie jeszcze pozwolimy. To jest największa frajda z bycia zespołem i w zespole. Nie wiem do jakich rozwiązań musielibyśmy się posunąć, co musielibyśmy nagrać lub z kim, aby ktoś uznał, że zespół Happysad zrobił kolejny, olbrzymi krok. Nie mam pojęcia. Być może faktycznie chodzi o to, by gonić króliczka, ale może my wcale z tej pogoni nie rezygnujemy, może zbieramy siły na kolejny etap?

Interesuje mnie okładka, która jest takim, hmmm, sentymentalnym powrotem do domu? Nawiązaniem do korzeni? Tym bardziej, że tu też w jakimś sensie odcięliście sie od futurystyczno – technicznych dwóch ostatnich okładek.

Autorem zdjęcia jest Marcin Ślusarczyk, nasz przyjaciel ze Skarżyska, naszej rodzinnej miejscowości. Rzucił robotę w korpo, założył firmę foto i został fotografem. Pojechał kiedyś rano nad zalew w naszym mieście i pstryknął foto samochodzikom, których właścicielem, jak się okazało później, jest mąż mojej kuzynki. Wszystko zostało w rodzinie. Początkowo płyta miała nazywać się „Słoneczniki i Konopie” i do takiego tytułu przygotowywaliśmy okładkę, ale Marcin wrzucił zdjęcie z samochodami na swojego instagrama i niemal od razu nam się wszystko posklejało. Że piękne zdjęcie, że Skarżysko, że przecież idealnie pasuje tytuł „Rekordowo Letnie Lato”, o którym myśleliśmy już wcześniej. Dla niektórych znaczący może być fakt, iż powróciły na okładki środki transportu, które pojawiały się na naszych płytach. Na pierwszej był samolot, drugiej samochody, trzeciej balon, czwartej łódka. Pewnie i tutaj niektórym fanom zaświecił się neon „stary Happysad”. Klimat fotografii świetnie oddaje tytuł płyty, a ten z kolei traktuje o niespełnionych obietnicach, pokładanych nadziejach. To wszystko jakoś się samo ładnie podomykało.

A ja cały czas żałuję, że płyta nie nazywa się „Mgła na torach”. To mój ulubiony kawałek.

Też ładnie, to prawda… To jest właśnie chyba najbardziej „stary happysad”.

happysad_2353_GATEFOLD_313X313MM_(W-W)_DOUBLE_SPINE_REMUS_ [ConvCzy wyobrażasz sobie życie „po” Happysad?

Cały czas wmawiam sobie, że nie muszę, i cały czas zmuszam się, by sobie to jednak wyobrażać. Tak, wyobrażam sobie. Nie wiem czy jest gorzej, czy lepiej. To pewnie zależałoby od tego jak bardzo brakowałoby człowiekowi grania, kolegów, wyjazdów, ale wiem, że gdzieś istnieje życie bez Happysadu, tak jak istnieje dla członków Lao Che, Comy czy Heya. Mam tylko cichą nadzieję, że to zagadnienie pozostanie jeszcze długo w sferze gdybań.

To na koniec tradycyjne – co w nowym roku planujecie, szykujecie i knujecie?

Za kilka dni obóz kompozycyjny. Tam podejmiemy decyzje wydawnicze, najpierw sprawdzając czy wciąż jesteśmy płodni i gotowi do działania. Jest szansa na płytę pt. „Odrzutowce”, czyli zbierającą wszystkie nie wydane dotąd utwory, które z różnych względów nie weszły na płyty, ale to wciąż tylko nieśmiałe podchody. Na początku marca rusza trasa promująca „Rekordowo Letnie Lato” i przygotowania do niej zajmą nam na pewno większą cześć lutego. Potem to juz tylko juwenalia, trawka, świeże powietrze i słońce!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Jowita Stęszewska/Mateusz Czech/Kuba Kawalec (kolaż niebieski by Pachu Design)