HAPPYSAD – Chcemy poużywać życia

Happysad idzie do przodu. Po udanej i mocno eksperymentalnej płycie „Jakby nie było jutra” nie zatrzymuje się i cały czas kombinuje przy swoim kręgosłupie. Efekt w postaci „Ciała obcego” zaskakuje, budzi lekki opór i pokazuje, że nie wszystko zostało powiedziane a zespół nadal testuje różne możliwości i kierunki rozwoju. Co ciekawe, mimo zmian, nadal można spotkać opinie, że to harcerski rock dla studentów, co mnie dziwi, ale pokazuje także jak wielka jest siła stereotypów. I właśnie od „harcerstwa” rozpoczęliśmy rozmowę z gitarzystą Łukaszem Ceglińskim. Zapraszam!

Obrażacie się jeszcze, jak ktoś powie o Happysad „rockiem harcerskim”?

Nie. Nie obrażamy się. Nigdy się nie obrażaliśmy. Ale czasem śmiejemy się pod nosem z rzetelności dziennikarskiej i rozeznania. Ta nasza harcerka już sporo czasu nie jest obecna w muzyce, więc ktoś kto nam chciałby ją zarzucić niestety rękę z pulsu dawno zdjął.

Wiesz, jak jest z łatkami. Długo się trzymają. Pytam jednak z przekory, by jeszcze bardziej podkreślić fakt zmiany jaką przeszedł Happysad. Podczas naszej ostatniej rozmowy (2014) powiedziałeś: „Pewne drzwi zostały wyważone, pewne granice przesunięte”. Czy dzisiaj, po premierze „Ciała obcego” możesz to powtórzyć? Zakończyliście przesuwanie?

Oj, ciężko jednoznacznie stwierdzić. Na serio. Mam wrażenie, że poprzednia płyta to była faktycznie jakaś rozgrzewkahappysad_fot. Przemek_Bednarczyk_036BED_1543-Edit przed porządnym skokiem. Sprawdzaliśmy nasze możliwości, trener mówił co trzeba robić, które partie mięśni wzmacniać, co wymaga poprawki, co zostaje, itd. W przypadku Ciała Obcego rola trenera była mniejsza, bo do skoku przygotowani byliśmy wyśmienicie Oczywiście rola trenera i jego rady wciąż były bardzo pomocne i dzięki temu, dwa miesiące po premierze płyty możemy powiedzieć, że ten skok się udał. A odchodząc od porównań sportowych… Tym razem przyszliśmy do Marcina Borsa z materiałem gotowym w mniej więcej 90 %. Mieliśmy początki numerów, zwrotki, refreny, solówki, niektóre bridże. Przy Jakby Nie Było Jutra korzystaliśmy z wiedzy, z głowy Marcina bardziej, bo sytuacja tego wymagała. Teraz wszyscy zgodnie uznaliśmy, że materiał jest dobry, mocny, może trochę faktycznie zbyt eklektyczny, ale w tym tkwiła też jego siła. Dlatego Marcin nie przestawiał klocków tak radykalnie jak przy poprzedniej współpracy. Wspomagał nas w momentach, gdy waliliśmy głową w ścianę, zagrzebani w próbach znalezienia jakichś rozwiązań aranżacyjnych. I zazwyczaj były to bardzo pomocne, trafione uwagi. Do składu dołączyło dwóch młodych panów. Obstawiają klawisze, saksofon, gitarę i wokale. Są zdolni, muzycznie wykształceni, mają mega wyobraźnię muzyczną i także dlatego nie jestem w stanie stwierdzić na spokojnie, że zakończyliśmy przesuwanie granic i wyważanie drzwi. Nagraliśmy w tym składzie dopiero jedną płytę.

Nawiązując do tych sportowych porównań – czy nowa płyta to brązowy, srebrny czy złoty medal?

Sami sobie mamy medal przyznać?

Zastanawiam się po prostu, w jakim miejscu znajduje się teraz zespół? Tym bardziej, że nowa muzyka bardzo skutecznie wymyka się klasyfikacjom. Z jednej strony jest w tym cały czas element tzw „komercyjny”, ale z drugiej strony zasługujecie na miano „alternatywy”. Gdzie się znajdujecie – jak myślisz?

Chyba nie chodzi Ci o znalezienie dla nas wygodnej szuflady? Nie mam pojęcia jak nazwać taką muzykę i nie stanowi to dla nas oczywiście problemu. Gdzie się znajduje zespół? Zespół nigdy wcześniej nie był tak pewny siebie, tego co nagrywa, tego jak gra, tego jak prezentuje się na scenie. Przyjęcie tej płyty, ważnej dla nas, bo nagranej w nowym składzie, nagranej w takim, a nie innym momencie naszego życia, dało nam duże pokłady jakiegoś spokoju, dowartościowało nas bardzo. Nie wierzyłem, że taki numer jak „Dług”, będzie tak dobrze odbierany na koncertach, że „Nadzy na mróz” staną się jakimś „hitem” (jeśli z przymrużeniem oka uznamy ilość uniesionych komórek podczas grania piosenki za miernik popularności to przy tym utworze jest taka sama jak przy „Łydce” czy „Zanim Pójdę”), a ja nabrałem jakiegoś doświadczenia przez te lata i mniej więcej wiem, za co może nam się oberwać. Teraz wyłożyłem się absolutnie. Publiczność, fani, zaakceptowali wszystko, co udało nam się przez ten czas stworzyć i zaprezentować na płycie. Jesteśmy szczęśliwi, ale wciąż głodni wrażeń wynikających z nowego składu, z pracy z nowymi ludźmi. Nie możemy się doczekać kolejnego wyjazdu na tzw. „obóz kompozycyjny”. Nawet w tym roku mieliśmy sobie odpuścić działania na rzecz kolejnej płyty. No, ale póki co, tacy nie jesteśmy. W dniu premiery płyty, gdy wróciliśmy do mojego mieszkania z podpisywania płyt w warszawskim Empiku, padło po godzinie siedzenia i gadania sakramentalne zdanie: „Wiesz… jak tak już myślę o nowej płycie…„. Nas charakteryzuje chyba lekkie ADHD. Chyba nie umiemy porządnie odpocząć. Chyba nawet nam się nie chce.

To ADHD jest wyczuwalne na tej płycie. Chodzi mi o szalone zróżnicowanie materiału. Ilość wątków, jakie tu się pojawiają zaskakuje, a każdy z nich mógłby stanowić nową furtkę. Czy można potraktować „Ciało obce” jak coś w rodzaju precyzyjnego, metodycznego testowania możliwości tego składu? I poniekąd szukania nowych możliwości?

Raczej tak. Użycie przymiotników „precyzyjnego” i „metodycznego” pachnie mi trochę laboratorium, doświadczeniami, opisywaniem niezbadanego i poniekąd jest to słuszne spojrzenie na naszą pracę. Jednakowoż sugeruje sterylny jej tryb, a my robimy w emocjach. Te z kolei są czasem nie do przewidzenia i chyba, jak mówią Rosjanie, zdjes sabaka zaryta czyli tu pies pogrzebany. Usłyszenie nowych instrumentów w naszej muzyce, ustosunkowywanie się do propozycji nowych członków zespołu, sprawdzanie czy ta granica z drugiego Twojego pytania się przesuwa czy raczej gonimy ogon, szukanie dla siebie i swojego instrumentu miejsca w nowej personalnej rzeczywistości… to są rzeczy mega napędzające. Przecież myśmy za najgorszy możliwy instrument zgodnie uznali saksofon. Zawsze nam się kojarzył źle, łzawo, z muzyką tła, wind, centrów handlowych, a teraz nagle mamy porządną, saksofonową solówkę w najdłuższym numerze w historii tego zespołu. Ta nasza otwartość na nowe czasem wręcz nas zaskakiwała. Bardzo gładko akceptowaliśmy pomysły, które wcześniej uznalibyśmy za nie nasze. Są też minusy takiej sytuacji. Ja np. musiałem szukać dla mojego instrumentu nowych miejsc, nowej przestrzeni, bo ta zazwyczaj dla mnie zarezerwowana została przekazana klawiszom Musiałem się z nimi poprzepychać trochę, ale to było bardzo ożywcze, bardzo fajne, ciekawe i twórcze zadanie. Więc w sumie… jaki to minus ?

Chcemy poużywać życia

Chcemy poużywać życia

Ten poniekąd eksperyment wpisuje się we współczesną, polską scenę alternatywną. Moda na długie numery, odkrycie sakxofonu po latach, wreszcie TRANS, który stał się istotnym elementem „Ciała obcego”. Czujecie się częścia polskiego „niezalu”? Zaakceptowali Was w takim miejscu, czy raczej nie macie ochoty na takie szufladkowanie?

Poczekaj, coś sprawdzę… Wyszukiwarki na Porcysiu i Screenagers wyrzucają dwa rekordy z nazwą naszego zespołu. Nie czujemy się częścią niezalu. Powstaje też pytanie, czym jest ten polski niezal, jak go zdefiniujemy? Jesteśmy kapelą niezależną, nikt nie naciska nas na produkcję hitów, nikt nie każe nam się głupio ubierać, a najbardziej znane radia nie zauważają naszej muzyki, szczególnie tej nowej. Z tego punktu widzenia jesteśmy niezalem pełną gębą.

Przyznam się uczciwie, że nowa płyta była pierwszą – po dwóch poprzednich – która wzbudziła we mnie opór i musiałem się z nią nieco dłużej zmagać. Nie jest już taka bezpośrednia jak „Jakby nie było jutra”. Stała się bardziej… wyrafinowana? Czy podczas pisania tych numerów czuliście, że ten nowy shape lifting taki opór może wzbudzić?

Nie. Po pierwsze wychodzimy z założenia, pewnie mylnego, że skoro nam się to tak świetnie gra i jesteśmy z tego bardzo zadowoleni to wszyscy to pokumają, też będą się cieszyć i złapią wszystko w lot. Skory my przy graniu mamy, mówiąc kolokwialnie „ciary”, to oni pewnie też będą mieli. W końcu znamy się z nimi już tyle lat… Po drugie: nie mieliśmy wrażenia nagrywania innej, odmiennej płyty. Owszem świadomość pewnych zmian była, ale wszystko działo się naturalnie, w naszym tempie, za naszą zgodą, jak zawsze. Może przy tej płycie działo się to ciut szybciej, bo pomoc od naszej młodzieży czyli Maćka i Michała, była bardzo duża, ale i tak po prostu nagrywaliśmy kolejną płytę. Nie gorszą, nie lepszą, kolejną. Zdecydowanie większe obawy miałem przy płycie poprzedniej. Tutaj udało się jednak w jakiś tajemniczy sposób połączyć tzw. stary Happysad z nowym, o czym świadczą komentarze oburzonych i przeszczęśliwych słuchaczy, ukazujące się pod pierwszymi singlami wrzucanymi na naszego fejsbuka. W bezpośrednim sąsiedztwie stały obok siebie hasła „Gdzie jest stary Happysad??” oraz „Stary Happysad wrócił!!!”. Wygląda nam to na świetną recenzję tego, co udało się nagrać.

Nie boisz się, że po takiej płycie – budzącej różne, ale zawsze mocne emocje, wciągającej, ale i wymagającej, trudno będzie rozpocząć prace nad następcą „Ciała obcego” – piję tu do twoich sugestii, że już, już korci Was, by coś nagrać…

Myślałem o tym ostatnio przed snem, a jak wiadomo nocą wszystko przeraża bardziej. Rozmawialiśmy też o tym z zespołem i wzięliśmy się trochę na sposób. Znaleźliśmy rozwiązanie pozwalające w naszym mniemaniu na trwaniu w lekkim rozkroku. Ta płyta nas wyczerpała. Także, a może przede wszystkim, emocjonalnie. Wyrzucanie ich z siebie to dłuższy i bardziej złoży proces, który nie kończy się w dniu premiery płyty czy po zakończonej trasy promującej. I dlatego potrzebujemy lekkiego uchylenia okna, aby ta gęstwina emocji powoli opadła. Stąd też pomysł na „Odrzutowce” czyli płytę z utworami wcześniej odrzuconymi. Może nie będzie to pełna płyta, ale na ep-kę z sześcioma czy siedmioma utworami materiału starczy. Każde nagranie piosenki, płyty to zdjęcie zespołu w danym momencie. Nie mamy pojęcia jaki moment będzie nam dany, gdy zaczniemy na poważnie myśleć o tej ep-ce i w ogóle o następnej płycie. Wszystko wyjaśni się w momencie rozłożenia sprzętu i rozpoczęcia kolejnego „obozu kompozycyjnego”.

… ale zanim to nastąpi, kilka słów o koncertach promujących „Ciało…” – jakie odczucia po tych sztukach? Jak materiał sprawdza się na żywo? Który kawałek stał się koncertowych powerplayerem?

happysad_fot. Przemek_Bednarczyk_051BDR_3978O koncerty absolutnie się nie martwiliśmy. Od początku czuliśmy moc koncertową tego materiału i jakąś jego nośność. I nie pomyliliśmy się. Wczoraj wieczorem w Katowicach zagraliśmy ostatni koncert trasy promującej „Ciało Obce”, w której programie była cała najnowsza płyta. Początki były trudne, bo skupienie brało górę nad emocjami i stojąc na scenie cały czas trzeba było być uważnym, czujnym, słuchać kolegów Natomiast z każdym koncertem pewność siebie wzrastała, utwory się ogrywały i po trzech weekendach wszystko szło niemal idealnie. O powerplaya pytasz… hmmm… Niełatwo wskazać jeden utwór, choć w tym kontekście wspomniałem wcześniej o „Nagich na mróz”. Koncertowo świetnie lecą takie numery jak „XXM”, „Nie umiem kłamać” czy „Dłoń” czyli te szybsze, głośniejsze, bardziej nośne. Koncerty kończyliśmy „Heroiną” na drugiego bisa. Bardzo rzadko ktoś opuszczał koncert przed tym numerem i to pewnie też o czymś świadczy.

Wszystko pięknie się układa. kim jest zatem dzisiaj Happysad – energicznym trzydziestolaktiem, dojrzałym i pewnym swego czterdziestolatkiem czy może… kimś innym?

Wyszliśmy właśnie z liceum. Mamy nadzieję poużywać życia.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Przemek Bednarczyk