HAPPY PILLS – Czasem jeszcze nam się chce

Cieszę się, że Happy Pills żyje. Gdzieś na uboczu sceny, w swoim świecie. Powoli, bez ciśnienia dłubie swoją muzykę i zawsze kiedy się pojawi, mamy do czynienia z przemyślaną porcją pozytywnego hałasu. Powody poniższej rozmowy były co najmniej dwa – odgrzebany przeze mnie album „Lo-Fi”, o którym parę słów znajdziecie gdzieś obok w rubryce „Spod Lady”, oraz najnowsza, wydana po kilku latach przerwy ep-ka z kowerami. Jakimi i dlaczego, dowiecie się z recenzji, zaś wywiad przeniesie nas na parę chwil do przeszłości. Dowiemy się dlaczego zespół nie zagrał w USA, czy lata 90. są fajne, a przede wszystkim – czy pojawi się nowa, autorska płyta. Dystrybutorem pigułek szczęścia był śpiewający basista zespołu – Jacek Kąkolewski, który ze swojego punktu widzenia przedstawił opinię na temat tego co było i być może będzie…

Na początek może trochę historii, jako że lubimy wracać do dawnych czasów – niedawno pozwoliłem sobie napisać o płycie „Lo-Fi”, jako najfajniejszym, moim zdaniem, wydawnictwie zespołu. Dzisiaj zdajemy się (z naciskiem na mnie) trochę mitologizować lata 90. Co Ty sądzisz o tamtej, niezwykle bogatej muzycznie dekadzie?

Znakomita, bez dwóch zdań najlepsza dla muzyki gitarowej. Pewnie w samym 1991 roku wyszło więcej dobrych płyt, niż w ostatnich 10 latach. Serio: „Nevermind” Nirvany, „Blood Sugar Sex Magic” Red Hotów, ,,Ten” Pearl Jam, „Trompe Le Monde” Pixies, „Green Mind” Dinosaur Jr, “Gish” Smashing Pumpkins”, ”Spiderland” Slint, “Loveless” My Bloody Valentine, “Steady Diet Of Nothing” Fugazi. Do tego Soundgarden, Teenage Fanclub, Mudhoney, Primus, Throwing Muses czy Temple Of The Dog. Byłem w latach 90. przez jakiś czas szefem muzycznym Radia Afera – decydowanie o najczęściej granych kawałkach było wtedy bardzo przyjemnym zajęciem. Mam na półce prawie wszystkie płyty jakie w latach 90. wydały te zespoły i nadal słucham z przyjemnością.

Zadałem już to pytanie przy okazji recenzji „Lo-Fi” – jak myślisz, czy gdyby w 98 roku zespół miał dobrego managera i bardziej sprzyjające okoliczności, mógłby się stać czymś w rodzaju polskiego Pixies? Czego zabrakło?

Ależ my staliśmy się czymś w rodzaju polskiego Pixies. Tak naprawdę ich doceniono parę lat po rozpadzie… My robiliśmy swoje, doceniani przez nieliczną, wierną publiczność. Czasem myślę, że gdybyśmy śpiewali po polsku, mielibyśmy większe szanse na komercyjny sukces. I natychmiast pojawia się kontrargument: „Lotyń i Svoboda śpiewały po polsku i w niczym to nie pomogło.” Po prostu nigdy nie było dużo większego popytu na alternatywne, piosenkowe granie doprawione odrobiną hałasu. Pytasz o 1998 rok, ale organizacyjnie dużo lepiej wyglądaliśmy w 2001. W 1998 byliśmy DIY, sami prowadziliśmy firmę płytową itp. Przy „Smile” był z nami Arek Marczyński z Anteny Krzyku, który wydał płytę, zorganizował trasę, koncert na żywo w Trójce. To przekładało się na dużą (jak na nas) popularność – widywałem na ulicy nieznanych mi osobiście ludzi w koszulkach Happy Pills. W pierwszej edycji Idola nawet Kuba Wojewódzki oceniał występy w koszulce „Smile”. Chyba największe pieniądze jakie zarobiłem grając w Happy Pills pochodzą z tego okresu – „Not OK” był naszym największym hitem w ZAIKSie. Żebyś znał skalę – jak po 10 latach uporządkowaliśmy dokumenty i odebrałem skumulowane tantiemy za wszystkie piosenki Happy Pills, to były porównywalne z pensją za 1 czy 2 miesiące pracy.

Czasem jeszcze nam się chce

Czasem jeszcze nam się chce

Pewnym, symbolicznym zamknięciem pierwszego etapu życia zespołu była niewątpliwie dramatyczna i przerwana wyprawa do USA (11 wrzesień 2001). Pamiętam rozmowę z Kostasem z Kostas New Progrram, który opowiadał, że to co działo się w samolocie, przypominało sceny z horroru – płaczące stewardesy, kompletna dezinformacja. Po powrocie do Frankfurtu, część ekipy wracała… pociągiem, bo bała się wsiadać ponownie do samolotu. Jak Wy to wspominacie?

Pamiętam, że mieliśmy właśnie obejrzeć instrukcje wypełnienia formularza wjazdowego do USA. Na ekranie pojawiło się odliczanie, żeby wszyscy ustawili audio na odpowiednim kanale. Nagle odliczanie się zatrzymało i usłyszeliśmy informację, że są jakieś problemy w USA – nie pamiętam dokładnie, co nam powiedziano. A potem rozdano dodatkowe porcje darmowego alkoholu. Wśród pasażerów krążyły wieści o porwanych samolotach. Agnieszka miała przylecieć do Nowego Jorku z Atlanty, więc spytałem stewardessę, czy na liniach wewnętrznych wszystko ok. Zbladła i nic nie powiedziała…

Czy dzisiaj, patrząc na to z perspektywy czasu, myślisz, że gdyby doszło do koncertów w USA, udałoby się osiągnąć wyższy poziom i rozpędzić karierę zespołu?

Nie wiem, czy rozpędzić karierę, ale myśmy tymi koncertami (m.in. na CMJ w Nowym Jorku) mieli promować amerykańskie wydanie „Smile”. Były nawet reklamy prasowe. Więc na pewno byłoby trochę ciekawych wspomnień. Być może dałoby nam to większą motywację do grania i nie zniknęlibyśmy na tak długi czas.

Jakie były tak w ogóle kulisy decyzji o zawieszeniu działalności? Czy wyjazd ówczesnej wokalistki do USA był przyczyną rozpadu, czy też dopiero konsekwencją tejże decyzji?

Agnieszka pierwotnie miała wyjechać na rok, na studia. Były plany, żeby w tym czasie coś robić korespondencyjnie. Zagraliśmy nawet koncert przy okazji jej wakacyjnego pobytu w Polsce. A później wyszło tak, że została na stałe. Do dziś mieszka w Nowym Jorku.

W sumie, Happy Pills istnieje już szmat czasu, nawet licząc przerwy – tak nieco filozoficznie: opłacało się poświęcać kawał życia hałasowaniu?

Poświęcić to bardzo duże słowo. Oczywiście, były czasy, kiedy liczyliśmy, że może będziemy zawodowym zespołem, ale dość szybko się z tego wyleczyliśmy. Od dawna jest tak, że sprawy rodzinne i zawodowe mają pierwszeństwo. A muzykujemy w Happy Pills dla przyjemności.

Macie w dyskografii album, który świadczy o Waszej chęci eksperymentowania, czyli „Happy Pills meet Schneider”. Nie planowaliście pójść jeszcze bardziej w takim, nieco innym kierunku?

Masz na myśli instrumentalne fragmenty improwizowane w studiu? Na każdej płycie wplataliśmy coś takiego, choćby „Kites” czy „Sunflowers” na „Smile” czy instrumentalne wstawki na „Retrosexual”. Czasem chodzi mi po głowie nagranie płyty w stylu „Perfect From Now On” Built To Spill, czy „Sagarmatha” Appleseed Cast. Dłuższe formy, niekoniecznie piosenkowe struktury, całość grana na żywo w studiu. Jeśli będziemy kiedyś nagrywać nową płytę, to na pewno przemycimy trochę takich dźwięków.

Jak wygląda stan koncertowy ostatnich lat – gdzie udało się Wam zagrać i jakie sztuki zostaną wpisane na zespołowy Top10?

W kwietniu zagraliśmy na Spring Break. Koncert z tych lepszych… Wcześniej, w 2011 był koncert na Rock In Arena. Krótki, raczej średni. Za to w Arenie, miejscu, gdzie jako nastolatek chodziłem na Perfect, Republikę, Iron Maiden czy Accept. Z 2010 do topu wejdzie pewnie koncert z Off Festivalu. Dobrze wspominam też koncerty promujące „Retrosexual” z Warszawy i Poznania i koncert na żywo w Trójce.

Obecnie muzykowanie jest dosyć… dziwnym zajęciem. Trudno liczyć na coś więcej niż parę koncertów i jakiś odzew, głównie w Internecie. Jak traktujecie to przesunięcie sztuki z żywego kontaktu w stronę mediów społecznościowych? Dzisiaj, kiedy organizując koncert, każdy z drżeniem patrzy na licznik osób, które na FB deklarują uczestnictwo w wydarzeniu…

Internetowe nowości mogą być dla muzyków pożyteczne, ale i zabójcze. Do streamingu podchodzę z dużą rezerwą, każdy, kto się tym interesuje, czytał jakie są stawki za odtworzenia w Spotify czy w podobnych serwisach. A poszerzenie bazy słuchaczy jest raczej mityczne – są tam tysiące piosenek, których nikt nigdy nie odsłuchał. Serwisów typu chomikuj czy wrzuta szczerze nienawidzę. Wychodzę z założenia, że jak mamy ochotę rozdać naszą muzykę za darmo, to możemy to zrobić. My, a nie ktoś inny. Dlatego bardzo długo można było z naszej oficjalnej strony ściągać piosenki z „Soft” i „Lo-Fi”. Natomiast bardzo podoba mi się idea crowdfundingu. To przykład dobrego wykorzystania sieci przez twórców. Słyszę czasem głosy, że pojawiają się tam leszcze, którzy chcą kosmicznych pieniędzy na słabą muzykę. A czemu nie? Jeśli ta muzyka nie będzie nikomu potrzebna, to szybko nastąpi weryfikacja – nie zbiorą kasy i tyle. A typowe media społecznościowe? Dla zespołu, który nie koncertuje, a w radiu jest grywany sporadycznie, obecność w mediach społecznościowych to okazja do jakiegokolwiek kontaktu z słuchaczami czy przypomnienia o naszej muzyce. Kiedyś byliśmy obecni na myspace, teraz na facebooku. Inne odpuszczamy z braku czasu, ale gdybyśmy funkcjonowali na serio, znalazłbyś nas w kilku innych miejscach, bo takie są czasy. Zapraszam na zespołowego facebooka. 

Pomysł na nową ep-kę jest bardzo ciekawy, dowcipny itp. Czy znaleźliście kawałek o wiadomym tytule, który jednak muzycznie Wam nie odpowiadał i musieliście z niego zrezygnować?

Oczywiście, przesłuchaliśmy około 20 kawałków i w głosowaniu wybraliśmy sześć. Odpadł na przykład całkiem znany kawałek Candlebox, który chyba nikomu się nie spodobał.

„Happy Pills” od razu prowokuje pytanie – dlaczego nie nowy, autorski materiał? W końcu od wydania „Retrosexual” mija już pięć lat…

Nasza historia po „Retrosexual” – z mojego punktu widzenia – wygląda mniej więcej tak. W lutym 2011 zagraliśmy w Poznaniu koncert na Rock In Arena i mieliśmy zabrać się do pracy nad nową płytą. Co prawda nie udało nam się spotkać, ale uzgodniliśmy wszystko mailowo. Zapowiadało się przesympatyczne spotkanie w studiu i płyta zagrana na żywo. Później musiałem odwołać próby, bo mój Ojciec trafił do szpitala. Pamiętam jak dziś, że wracałem ze szpitala do domu i słuchałem na słuchawkach fragmentów sesji live do „Retrosexual”, pełen nadziei na fajny ciąg dalszy… Niestety, Ojciec z tego szpitala już nie wyszedł… Później nadeszły wakacje, kiedy tradycyjnie nie udaje się nam zgrać w czasie. Co było dalej? Czy ktoś oprócz mnie przebił kiedykolwiek kciukiem słoik, nacinając go (kciuk, nie słoik) niemal do kości? Nie jest to porównywalne z eksplodującym perkusistą Spinal Tap, ale zawsze coś. Przy okazji – nie polecam słoików do nalewek firmy Biowin. Wspomniana kontuzja wycięła nam z terminarza jesień 2011. Wówczas również zwolnili mnie z pracy, zresztą, prawie wszyscy zarabiają obecnie na życie gdzie indziej niż w 2010. Na początku 2012 znowu zaczęliśmy myśleć o płycie. W lutym próbowaliśmy się spotkać w gronie poznańskim, nawet chyba się przez parę minut widzieliśmy na koncercie Kończala. Niestety, potem znów rozjechały się terminy i nie udało się nam nawet spotkanie w sprawie prób. Dużo lepiej funkcjonowała komunikacja na facebooku i tam w marcu zrodził się pomysł płytki Happy Pills – Happy Pills. Aktualny wówczas plan zapowiadał nową, autorską płytę HP na kwiecień 2013, a w 2012 wspomniane covery. Ponieważ dwie osoby w zespole miały wkrótce zostać rodzicami, rzutem na taśmę we wrześniu 2012 nagraliśmy instrumenty. I zaczęły się urlopy – macierzyński Natalii i mój ojcowski. Pomiędzy nagrywaniem „Retrosexual” a wydaniem „Happy Pills” członkom zespołu urodziło się w sumie pięcioro dzieci… Wiosną 2013 okazało się, że moje dzieci muszą sporo czasu spędzać na różnych terapiach i trzeba się nagłowić jak pogodzić zarabianie na życie z czasem potrzebnym dla chłopaków. A to zupełnie inaczej ustawia priorytety. Wzorem staje się CJ Ramone, który odrzucił ofertę, żeby spróbować swoich sił w Metallice, bo nie mógłby pogodzić tego z terapią swojego syna. Wracając do Happy Pills; w 2014 Natalia i Piotr zaśpiewali po jednym kawałku. Pokazaliśmy covery Nory Jones i Sandy’ego Wrighta. I znowu ucichliśmy. Aż pojawili się organizatorzy Spring Break z propozycją koncertu w kwietniu 2015. Pomyśleliśmy: „teraz albo nigdy” i zapowiedzieliśmy wydanie na ten koncert ep-ki. Zebraliśmy trochę środków na wspieramkulture, resztę dołożyliśmy ze swojej kieszeni. Oczywiście zawaliliśmy ten termin, ale przynajmniej ruszyły prace. W czerwcu dokończyliśmy nagrania i dogadaliśmy z Januszem Muchą, że wyda to Gusstaff Records. No i od sierpnia jest. Cieszymy się. O nowej płycie będzie krócej. Przede wszystkim, brakuje nam kilkudziesięciu godzin na próby. Po nich wiedzielibyśmy, czy wersje demo, które w ostatnich paru latach udłubaliśmy w domach to materiał na nową płytę, czy coś, co powinno trafić do szuflady. A potem potrzeba kolejnych godzin na nagrania. I mówiąc szczerze, szanse na to, że będzie nowa płyta i to całkiem niedługo albo że nigdy nie powstanie, oceniam na 50/50.Happy Pills 1

Wspomniałeś o koncercie na festiwalu Spring Break. Wasz występ był anonsowany jako… jedyny w 2015 roku. Czy w tym momencie Happy Pills to raczej efemeryda, projekt a nie regularny zespół? Jak wspominacie ten koncert?

Od dawna nie jesteśmy regularnym zespołem. Natalia 1 czerwca urodziła małą Sławę. Występ na Spring Break był parę tygodni wcześniej… A koncert znakomity, bardzo dobre emocje między nami na scenie i fajne przyjęcie publiczności.

PrHP_2010_klub_Meskalina_Poznanzypuśćmy, że nowa płyta zwróci uwagę słuchaczy i wokół zespołu atmosfera się zagęści – dalibyście sobie jeszcze jedną szansę, w sensie bardziej aktywnego uczestnictwa w muzycznym biznesie? Pytanie o tyle zasadne, że dzisiaj częściej słyszy się o Was bardzo pochlebne opinie i klimat wydaje się być zdecydowanie bardziej sprzyjający…

Nie wiem, co będzie w 2018 czy 2020. Teraz w iPadzie mam 10 szkiców przygotowanych w Garage Bandzie. Mariusz pewnie ze dwa razy tyle. Ale oceniam realnie możliwości organizacyjne zespołu i szczytem marzeń jest dla mnie nagranie w 2016 czegokolwiek nowego, choćby i jednej piosenki. I 2-3 koncerty. Trzymaj kciuki, może się uda.

Jak zatem należy traktować „Happy Pills” – jak pożegnanie, zwieńczenie drogi? Będzie dalszy ciąg tej historii?

„Happy Pills” to zaznaczenie, że czasem jeszcze nam się chce. I jednocześnie sprawdzenie, czy komukolwiek oprócz nas te nasze dźwięki są potrzebne. Przy okazji zbiórki na wspieramkulture dostaliśmy sporo fajnych maili od ludzi, którzy dofinansowali „Happy Pills” i pytali o autorską płytę. To było naprawdę bardzo miłe. Czy „Happy Pills” będzie pożegnaniem czy początkiem ciągu dalszego, dopiero się okaże…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Mateusz Motyczyński