GLERAKUR – Psychodeliczne doświadczenie

Islandzki GlerAkur parę dni temu podzielił się ze światem swoim debiutanckim krążkiem, zatytułowanym „The Mountains Are Beautiful Now”. To muzyka w sercu blackmetalowa, choć zdominowana raczej przez przeszywające drone’y i ambientowe rozmarzenie. I – jakżeby inaczej – do głębi islandzka; przywołująca na myśl wszystkie te płyty, które ostatnimi czasy zachwycały swoją odmiennością, dostojną melancholią i jakimś zimnym pięknem. Dźwięki inspirowane sztuką, która kilkaset lat temu pomagała umacniać narodową tożsamość kulturową, nie mogą zresztą nie być przesiąknięte islandzkim duchem…

Jak sądzisz, czy osławione już „islandzkie brzmienie” rzeczywiście istnieje? Muszę przyznać, że od pierwszych dźwięków „Augun Opin” moje skojarzenia były jednoznaczne- Sólstafir, Sigur Rós…

Cóż, wydaje mi się, że to kwestia jednego kręgu kulturowego. Należę do tej samej generacji, co ludzie tworzący Sólstafir czy Sigur Rós. Wychowywaliśmy się, słuchając tej samej muzyki, spotykając z tymi samymi osobami i żyjąc podobnym stylem życia. GlerAkur to projekt tworzony przez ludzi od dawna obecnych na islandzkiej scenie – przez lata wszyscy zajmowaliśmy się tworzeniem muzyki na poważnym poziomie. Tak zwane islandzkie brzmienie to zaś po prostu kulturowa tożsamość artystów wyrastających z narodu, który zwykł polegać na tymczasowych rozwiązaniach długotrwałych problemów. Zawsze za rogiem czai się jakaś katastrofa naturalna: zamieć śnieżna, trzęsienie ziemi, erupcja wulkanu czy inne rzeczy, które mogą zagrozić przeżyciu populacji. Pory roku są wartością umowną. Proces rozwoju sztuki i kultury takiego narodu siłą rzeczy charakteryzuje się wielką nieregularnością. Przez pokolenia byliśmy ludem mieszkającym na wsi, a z mroku średniowiecza obudziliśmy się 200 lat po tym, jak nastąpiło to w Europie kontynentalnej. Ta szczególna aura, często nazywana islandzką, jest moim zdaniem wyrazem frustracji wynikającej z odizolowania i złej pogody, która zmusza nas do spędzania ogromnej ilości czasu w domach. Bycie osobą o artystycznej naturze w takich warunkach nie należy do najłatwiejszych. Czasem czujesz się, jakbyś zaraz miał eksplodować od emocjonalnej (i przestrzennej) klaustrofobii- kiedy więc wszystkie te negatywne emocje wydostają się w końcu na zewnątrz, towarzyszy temu niezwykła pasja…

A co czyni islandzką muzykę tak szczególną? Sporo słyszy się o czerpaniu inspiracji z otaczającej was natury. Zetknąłem się też z teorią, zgodnie z którą jeszcze 20-30 lat temu Islandia była muzycznie odcięta od świata- zagraniczne zespoły nie przyjeżdżały na koncerty, a miejscowi artyści byli zapatrzeni właśnie w naturę i w siebie nawzajem.

Wybacz, ale to musi być coś w rodzaju miejskiej legendy. W czasie II wojny światowej nasze terytorium zajmowały wojska Wielkiej Brytanii, które w latach 50. ustąpiły miejsca żołnierzom amerykańskim. Szalał akurat rock’n’roll… Przez dekady Islandczycy oglądali niemal wyłącznie amerykańską telewizję i słuchali amerykańskiego radia. Mieliśmy tu mnóstwo rockowych i psychodelicznych kapel mocno inspirujących się grupami z Wielkiej Brytanii i USA, a nawet kilka zespołów country, wykonujących korzennie amerykańską muzykę. W latach 60. i 70. grały u nas między innymi The Kinks, Deep Purple czy Led Zeppelin. Natomiast dopiero w latach 90. islandzka muzyka indie nabrała tego specjalnego, „elfickiego” czynnika, a to dlatego, że zaczęła eksplorować zasoby rodzimego folku w poszukiwaniu epickich, pełnych emocji melodii. Wcześniej raczej nie słyszało się o zespołach z Islandii tworzących coś swojego; coś, co dzisiaj nazwałbyś tym „islandzkim brzmieniem”. To zatem relatywnie świeża sprawa. Izolacja, o której wspomniałeś, dotyczy średniowiecza i czasów wcześniejszych.

Zakładając, że swoją muzyką (dodajmy, niezwykle zróżnicowaną i kontrastową) malujesz krajobrazy, czy można powiedzieć, że Islandia jest krajem pełnym przeciwieństw?

Tak i nie. Zależy, jaki aspekt wziąć pod uwagę. Przeważająca część naszego społeczeństwa to nudni ludzie, słuchający nudnej muzyki i rozmawiający o nudnych sprawach. Islandzkie zespoły, które odniosły duży, międzynarodowy sukces, prawie nigdy nie grają tu koncertów, nie są także prezentowane w radiu i nie sprzedają płyt…

Psychodeliczne doświadczenie

Psychodeliczne doświadczenie

Czy to, co słyszymy na płycie, znacząco różni się od muzyki, jaką tworzysz na co dzień? Czytałem, że GlerAkur narodził się z różnych szkiców i strzępków pomysłów, które z różnych względów nie znalazły się w sztuce.

Tworząc muzykę z myślą o sztuce, zapoznaję się ze scenariuszem i postaciami. Kiedy już nawiążę swego rodzaju więź z bohaterem, staram się  podążać za jego emocjonalnymi wędrówkami. Podczas pisania ważne jest, by nie dążyć do odwzorowania za pomocą dźwięków kształtu scenariusza- to nie moja rola. Kiedy do tego dojdzie, człowiek zaczyna zakładać, że istnieje jakiś narrator, zanim ten zostanie naprawdę stworzony przez reżysera! Porównałbym to do zapędzenia w kozi róg. Lepiej jest, przynajmniej moim zdaniem, wychwycić pewne emocje i wyobrazić sobie, w jaki sposób można sobie z nimi poradzić. Albo zwyczajnie się im poddać. Wspomniana metoda tworzenia skutkuje zazwyczaj powstaniem ogromnej ilości muzyki, z której tylko część znajdzie swoje miejsce w sztuce; w tym przypadku obfitość materiału przerodziła się w cały album długogrający, a musisz wiedzieć, że wcale nie wykorzystałem wszystkich pomysłów. Mnóstwo z nich wciąż czeka na swój czas, a kolejny projekt już puka do drzwi. Jeśli mowa o tej, konkretnej sztuce, mnóstwo idei walało mi się po różnych twardych dyskach. Wydaje mi się, że to powszechne zjawisko. Jako twórca staram się bowiem uchwycić pomysły w chwilę po tym, jak są one tworzone, by niczego nie uronić. A jako, że jestem również inżynierem dźwięku, często bawię się swoimi projektami, edytując i miksując je na różne sposoby. Dzięki temu jestem na bieżąco ze wszelkimi nowymi technikami i technologiami.

A jak ludzie z pracy reagują na GlerAkur?

Są szczęśliwi. Nasz teatr pozostaje kreatywnym tyglem, w którym wszystkie dzieła sztuki są celebrowane. To dlatego wciąż tam pracujemy.

Przed GlerAkur współtworzyłeś inne zespoły: DYS i Hellvar. Jaką muzyką zajmowałeś się w ich ramach?

W gruncie rzeczy, obie grupy są wciąż aktywne, a niektórzy z muzyków je tworzących należą także do składu GlerAkur. To coś w rodzaju wielkiego kolektywu. DYS to punk z naleciałościami thrashu, natomiast Hellvar wymyka się kategoriom- jest bowiem mieszaniną punku, metalu, psychodelii i post-rocka. Niedawno zakończyliśmy prace nad nowym demo i tak szybko, jak ucichnie zamieszanie wokół GlerAkur, zaczniemy rozglądać się za wydawcą. Nie mogę doczekać się momentu, w którym poświęcę temu projektowi należytą uwagę.

Wydaje się, że ostatnie miesiące musiały być dla ciebie naprawdę szalone. Zaczęło się od szkiców tworzonych do szuflady, a zaraz nadeszły kontrakt płytowy i wydanie pełnoprawnego debiutu…

Akurat z mojej perspektywy był to dosyć powolny proces. Maila od Thora Joakimssona z Trollmusic otrzymałem w lutym 2015 roku, a pierwsza ep-ka wyszła za pośrednictwem Prophecy w lipcu 2016. Minęło prawie półtora roku, zanim GlerAkur stał się rzeczywistością. Miałem mnóstwo czasu na rozmyślania o tym, jak ten projekt miałby wyglądać. Wciąż byłem w początkowej fazie prac nad muzyką do „Fjalla-Eyvindur & Halla” dla Narodowego Teatru Islandii. W międzyczasie wytwórnia zaprosiła mnie na Prophecy Fest 2016. Stworzyłem więc skład koncertowy i oddaliśmy się intensywnym próbom. Myślałem tylko o rozwiązaniach, jakie chciałbym zastosować i o następnym przeniesieniu ich na album studyjny. Nie zaprzątałem sobie głowy niczym innym- ani odbiorem publiczności, ani recenzjami. Muzycy tworzący GlerAkur zaczęli się docierać, co poskutkowało narodzinami dość unikalnie brzmiącego składu.

Skąd pomysł na stworzenie tak licznego i masywnego zestawienia? I jak wspomniany skład radzi sobie z odwzorowaniem wizji idealnego brzmienia GlerAkur, jaką z pewnością nosisz w głowie?

Moim głównym instrumentem pozostaje gitara, a podczas pracy nagminnie zdarza mi się eksperymentować z nakładaniem na siebie kolejnych warstw przestrzennych dźwięków w celu stworzenia idealnego krajobrazu. Zawsze fascynowały mnie grupy kreujące ściany dźwięku, nieważne, czy zbudowane z gitar, czy z innych instrumentów. Możliwość przeniesienia takiego wyobrażenia w rzeczywistość jest czymś wspaniałym; za każdym razem, gdy gramy próbę, przechodzą mnie ciarki. Na dźwięk przesterowanej gitary składają się niezliczone ilości nut i podharmoni, a kiedy zderzasz ze sobą kilka instrumentów, sprzężenia mieszają ci w głowie i zaczynasz słyszeć melodie i harmonie, których w rzeczywistości nikt nie gra. To, delikatnie rzecz ujmując, psychodeliczne doświadczenie, którego wytwarzanie należy do ekstremalnie przyjemnych czynności.

A czy tak liczny skład nie będzie przeszkodą podczas ewentualnych tras?

Nie podjęliśmy jeszcze decyzji, czy będziemy koncertować na szerszą skalę. Nie wyobrażam sobie jednak uszczuplania składu tylko ze względu na kwestie finansowe. Wykonywanie tych utworów w okrojonym zestawieniu mija się z celem. Rozważymy każdą propozycję, ale wątpię, byśmy mieli kiedykolwiek wyruszyć w trasę zdziesiątkowani. Podejrzewam więc, że cała przyjemność nie będzie należeć do najtańszych.

Co sądzisz o porównaniu poczynionym przez magazyn „Rolling Stone”, opisującym muzykę GlerAkur mianem „Metalliki coverującej koncertową część albumu „Ummagumma” Pink Floyd”?

To po prostu wspaniałe. Muszę, co prawda, przyznać, że przed pojawieniem się tego stwierdzenia nie znałem „Ummagumma”. Bycie porównanym do Metalliki czy nawet bycie wspomnianym w tym samym zdaniu, co oni, w artykule „Rolling Stone” to dość surrealistyczna rzecz. Muzyka Metalliki była dla mnie bramą do świata cięższej muzyki, a sam Hetfield sporą inspiracją, zarówno jako twórca, jak i gitarzysta rytmiczny.b-w_(1_of_1)-2

Twórczość GlerAkur bywa określana mianem muzyki filmowej. Posiadasz jakieś ulubione soundtracki? Czy inspirują cię one jako twórcę?

Oczywiście. Jestem niezwykle świadomy wszelkich kwestii związanych z muzyką filmową. Praca w tej branży wiąże się z koniecznością popychania obrazu naprzód przy pomocy dźwięków- musisz wiedzieć, jak tego dokonać. Zajmuję się tym na co dzień. Dzisiejsze filmy i seriale trzymają się bardzo wysokich standardów, jeśli chodzi o muzykę i dźwięk jako taki. Metody i kreatywność ludzi, którzy za tym wszystkim stoją, są wysoce inspirujące. „Breaking Bad”, „True Detective”, „Z Archivum X” czy „Star Trek: TNG”- to przykłady widowisk, które za każdym razem wprawiają mnie w zachwyt.

Dwa lata temu przypadło ci w udziale stworzenie muzyki do spektaklu „Fjalla-Eyvindur & Halla”. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o tej sztuce? Czytałem, że to rzecz, która miała ogromny wpływ na kształtowanie się islandzkiej tożsamości kulturowej…

To naprawdę wielkie dzieło, a uczeni przez lata napisali mnóstwo esejów oraz książek na temat jego twórcy, Jóhanna Sigurjónssona, oraz bohaterów sztuki. „Fjalla-Eyvindur & Halla” jest oparta na prawdziwych wydarzeniach i opowiada o parze, która zostaje skazana na banicję za kradzież owiec. Tak, owiec… W 17. wieku groziła za to kara śmierci. Wygnanie w gruncie rzeczy stanowiło wtedy taki właśnie wyrok, ale im udaje się jakoś przetrwać szesnaście kolejnych lat. Dopiero wtedy popełniają samobójstwo, dając pochłonąć się zimowej zamieci. Ostatnie słowa żony: „the mountains are beautiful now” (góry są teraz piękne; słowa te stanowią tytuł debiutanckiego krążka GlerAkur – przyp. A.G.) oznaczają, że jest gotowa porzucić walkę i cierpienie. Zabija ją natura. Wcześniej przez długie tygodnie para uwięziona jest w szałasie pośrodku niczego, bez pożywienia i z burzą nieprzerwanie szalejącą na zewnątrz. Nie może być bardziej islandzko… Sigurjónssonowi w sposób mistrzowski udało się uchwycić islandzką duszę. W którymkolwiek stuleciu ludzie nie analizowaliby tego tekstu, zawsze znajdują ten sam przepełniony desperacją dylemat nie do rozwiązania: jednostka czy społeczeństwo. Dodaj do tego biedę i trwającą dziesięć miesięcy zimę, a otrzymasz iście blackmetalowy temat. Dzisiaj, to jest od 15 czy 20 lat, obserwuję drastyczny spadek świadomości tego, kim Jóhann był i co reprezentował. Wiedza ta nie jest jednak obca ludziom, którzy zajmują się teatrem i literaturą. Albo metalem.

Wolisz pracować, mając narzuconą tematykę, ot- choćby tekst sztuki, do którego w jakiś sposób musisz się odnieść, czy też wtedy, gdy cieszysz się całkowitą twórczą wolnością?

W obu sytuacjach czuję się swobodnie. Zazwyczaj wertuję zbiory swoich pomysłów, które czekają na wykorzystanie. Podążam za nastrojem. Jeżeli ten sposób pracy nie przynosi satysfakcjonujących mnie rezultatów, szukam natchnienia w cudzych słowach.

W historii projektu widzę wiele szczęśliwych zbiegów okoliczności, pierwszy z brzegu- człowiek z Prophecy natrafiający na twój utwór w jakiejś internetowej rozgłośni… Czy w założeniu muzyką, którą poznaliśmy jako GlerAkur, chciałeś podzielić się ze światem, czy też miała ona pozostać w szufladzie?

Te utwory nabierały kolorów od dłuższego czasu, ale nigdy nie myślałem o ich wydawaniu czy formowaniu zespołu. To, co zaszło, to rezultat propozycji kontraktowych, jakie otrzymałem – najpierw od Trollmusic, a następnie Prophecy. Projekt był miejscem dla przeróżnych eksperymentów, zarówno technicznych, jak i czysto artystycznych. Pomysły ulegały przekształceniu i rozbudowie w miarę rozwoju współpracy z muzykami, których zaprosiłem do kolaboracji. Jak wspominałem, są to ludzie, z którymi miałem okazję pracować już wcześniej; chciałem przekonać się, co powstanie, kiedy wszyscy dołożą swoje trzy grosze do tej twórczej platformy. Aktualnie znajdujemy się w momencie przemieszania- zespół wykonuje własne aranżacje moich pomysłów.

Jaka przyszłość czeka GlerAkur?

Czas pokaże. Z ciekawością będziemy obserwować, jak album radzi sobie w kołowrotku przemysłu muzycznego. Z pewnością nigdzie nam się nie spieszy.

Rozmawiał Adam Gościniak

Zdjęcia: archiwum zespołu/Halldóra Óla