GENTLEMAN! – trzeba trzymać fason

Granie indie rocka w naszym pięknym kraju to ciężki kawałek chleba, w dodatku bez masła. Napracuje się człowiek, wymyśli coś fajnego, zgrabnie ubierze muzykę w melodie i ciekawe pomysły a kariery i tak nie zrobi. Może to trochę złośliwe, ale faktycznie, jeśli zespół nie określi swojej przynależności scenicznej, marne jego szanse. Wprawdzie potencjał alt rocka w naszym kraju rośnie z dnia na dzień, jednak na razie brak nam lokalnych radiohedów, editorsów i franców ferdinandów. Krok w tę stronę robi trójmiejska załoga Gentleman!, której druga płyta pokazuje, że można taką muzykę zrobić po polsku, ale na światowym poziomie. Mrocznie, ale też bardzo żywiołowo. Jeśli lubcie wspomniany wyżej kierunek muzyczny, warto zapoznać się z Cinco de Mayo. Reklamacji nie będzie, gwarantuję. O niuansach kariery rockowego składu nad Wisłą rozmawiałem z śpiewającym gitarzystą, Piotrem Malachem.

Recepta na sukces indie rockowej kapeli z Polski jest tylko jedna – promocja w Trójce + zachwyty co bardziej hipsterskich portali…

Zacznijmy od kontekstu – jakie doświadczenia muzyczne wyciągnęliście z Waszych domów? Czy wszystko tam się zaczęło, czy dopiero kiedy osiągnęliście świadomość?

Oczywiście, będę mówił tylko za siebie, choć trochę chyba wiem o chłopakach. Wychowałem słuchając muzyki granej przez mojego ojca w Gdańskiej Kapeli Podwórkowej, ale pierwszeG2 świadome wybory muzyczne to był koniec podstawówki i odkrycie The Pixies, podsunęła mi to siostra. Potem szkoła muzyczna, The Afghan Whigs i mam to do dzisiaj.

Czyli – choć pewnie ktoś mnie za to już nienawidzi – znowu wracamy do jedynie słusznej dekady: lat 90-tych….

W muzyce gitarowej, indie rocku to były zajebiste lata, jeszcze grało wspomniane The Pixies, fajne płyty nagrywał Pavement, no i pojawił się grunge, pierwsza płyta Pearl Jam to przecież była i jest petarda…

Musisz wiedzieć, że jestem maniakiem tamtych czasów, uważam, że wszystko co dobre w muzyce alternatywnej, ma tam swoje korzenie. Pamiętasz swoje pierwsze próby muzykowania? Jaki pierwszy kawałek wydusiłeś z gitary?

Nie masz się czego wstydzić, Też uważam, że to były dobre lata dla rocka. Pierwsze próby to była dziwna gitara a la Telecaster przywieziona ze Szwajcarii a potem megaciężka gitara Langowskiego podłączona do radia. Pierwsze riffy to cała płyta „Doolittle” The Pixies. A pierwszy zespół to trójmiejski, punkowo grunge’owy Sex Schlitz.

Właśnie – 3M…  Ziemia obiecana rocka. Moja kolejna teoria głosi, że jeśli dobry indie rock to tylko z 3M. Jakiś komentarz?

Hmmm, coś w tym jest, scena jest prężna, chyba najprężniejsza w Polsce, ale jest dużo fajnych kapel w kraju. Jestem lokalnym patriotą, ale doceniam np Perspecto z Grudziądza czy Elephant Stone z Częstochowy.

No, trochę tego jest… Myślisz, że wpływ na ten fakt miało to, że 3M jest i zawsze było niejako bliżej zachodu, szerokiego świata?

Oczywiście, ci, już kultowi, marynarze przywożący pocztówki muzyczne, potem big beat, Non Stop w Sopocie, Klenczon, itd. Dużo łatwiej było tu poczuć kawałek wielkiego świata niż w Sieradzu.

Dobra, dość historyjek, skupmy się na Gentleman! Jak wyglądały wasze początki i skąd taka, dość nonszalancka nazwa?

Początek to skład 4-osobowy: ja, Adam, Jacek i Czarek, który tak naprawdę założył ten zespół, ale odszedł bo chyba nie podobała mu się moja chęć rządzenia. Potem dokooptowaliśmy właściwie z castingu Łukasza i wokalistę Michała. To był kwiecień lub maj 2007 r. Jeżeli chodzi o nazwę: gdzieś właśnie w maju rzuciłem pomysł wysłania demówki do Alter Artu, chcieliśmy zagrać na Openerze. Nie mieliśmy nazwy, Adam rzucił pomysł Gentlemen, jak płyta The Afghan Whigs. Stwierdziliśmy, że to w sumie kiepska nazwa, ale i tak się nie dostaniemy na Heńka, więc będzie czas na wymyślenie nowej. Wpisując nazwę na płytę popełniłem błąd, choć w sumie celowo – tytuł płyty faktycznie jest Gentlemen, ale przecież Dulli śpiewa „Understand, I am a gentleman!”, więc wpisałem liczbę pojedynczą. Po 2 tygodniach zadzwonił Ziółkowski, że gramy na Yound Talent Stage… Powiedziałem, że chcemy podać inną nazwę, a on na to, że dupa, bo plakaty już się robią. Więc została. Ja ją lubię – poza tym to tylko nazwa.

dobra stylówa pomaga

dobra stylówa pomaga

Czy od początku byliście ukierunkowani na rockową alternatywę, czy też może indie rocka? Jak wyglądała wasza a pierwsza płyta, bo przyznam się, że jej nie słyszałem?

Szczerze mówiąc, nie odróżniam alt rocka od indie. Indie to niby wszystko co jest independent, ale co obecnie jest niezależne ? I od czego ? Chcieliśmy grać alternatywnie bez chujowego popu, ale też bez bluesowych i rockowych riffów. I tak też chyba gramy. Dla mnie podstawa to melodia, nie interesują mnie psychodelie, transy i inne takie…

No ale właśnie w Waszej muzyce jest nieco psychodelii, szczególnie na płaszczyźnie brzmieniowej… Swoją drogą, w jakiś zaskakujący sposób połączyliście coś co nazwałbym starym, polskim rockiem z nowoczesnymi, wyspiarskimi klimatami. Gdzie Wam bliżej z 3M – do NY czy np. do Manchesteru?

Cholera, ciężkie pytanie. Ja nigdy nie kierowałem się chęcią osiągnięcia konkretnego brzmienia. Staramy się tworzyć numery różnorodne. Jestem wielkim fanem USA i tamtejszej muzy, uwielbiam country, ale też college rock i zimnofalowe granie Interpol, więc chyba ciągnę chłopaków bardziej za wielką wodę.

Cóż takiego fascynującego i hipnotyzującego jest w wielkim kraju za wielką wodą?

GCzłowieku, mogę gadać o tym godzinami! Jeżdżę do USA co roku od 5 lat, ostatnio byłem w trasie od Las Vegas przez Salt Lake City do Seattle, tak powstał teledysk do „Cinco de Mayo”, tam też napisałem tekst do tego numeru. Dwa lata temu jeździłem z dziewczyną po Arizonie, Teksasie, Nowym Meksyku i te miejsca mnie mega inspirują. Kocham USA, choć to kraj bardzo sympatycznych debili. Debile to może zbyt obraźliwie, prawdą jednak jest, iż nie kumają gdzie jest Polska itd, mają wybiórczą wiedzę   itd, ale są mega przyjaźni, otwarci i od razu zapraszają na piwo. No i mają tam kluby z nagłośnieniem, które powala np, Kilby Court w Salt Lake City – garaż wyłożony paździerzem, bez kitu, w którym obejrzałem koncert Altas Genius, jeden z lepszych w moim życiu. Zjechałem już większość stanów i jestem zafascynowany tym, że masz tam dziką naturę (naprawdę dziką, po ulicy latają grizzy i grzechotniki…), a tuż z rogiem miasto z dobrym hotelem i klubem muzycznym…

Na „Cinco de Mayo” znajdziemy więcej ciepła niż zimnego, wyspiarskiego klimatu. Jednocześnie trzeba przyznać, że wasza muzyka jest bardzo zróżnicowana. Są elementy synth popu, jest nowa fala, klasyczny indie czy odniesienia do lekkiego stonera i… Franz Ferdinand. Macie jakieś swoje kryteria podczas komponowania?

Mogę oczywiście mówić za siebie. Nie narzucam kryteriów: jeżeli coś brzmi fajnie, czy to będzie granie akordowe, czy też jakieś szesnastki grane na jednej strunie, ważne żeby nie było popeliny. Niechętnie używam wszelkich przesterów itd. Im mniej udziwnień, tym lepiej. Słucham ostatnio, właściwie przez ostanie 3 lata Band of Horses, Death Cab For Cutie, Ryana Adamsa, Nada Surf, ale też Robyn, Arcade Fire, Bruce’a Springsteena. I potem wychodzą takie cuda jak na „Cinco de Mayo”.

Kwestia tekstów – z jednej strony pojawia się w nich coś w rodzaju smutnej i trafnej obserwacji rzeczywistości (świetne „pokolenie kopiuj – wklej”…) a z drugiej strony lekko wesołkowate metafory, które – jak już gdzieś przeczytałem – nie podobają się wcale. Czy dla Was tekst jest właśnie „dopełnieniem” kompozycji czy jednak chcecie „coś przekazać”?

Teksty piszę ja albo Michał, czasami piszemy wspólnie (kiedy kończy mi się inwencja). Tak było w „Kopiuj wklej” – ja napisałem zwrot „hej, pokolenie kopiuj – wklej …”, Michał dopisał zwrotkę pierwszą i refren. Zawsze chcę żeby tekst był o czymś i coś przekazywał. Być może w ten sposób teksty są bardziej oczywiste i czytelne, ale nie zależy mi (i też nie umiem pisać…) na tekstach abstrakcyjnych. Takie teksty to w większości przypadków chaotyczne zbiory przypadkowych sformułowań, których autor liczy, iż kumaty słuchacz umie sobie do tego dopasować historię. Nie mówię tu o tekstach Michała, moim zdaniem są dobre i lubię je…

Być może wyjdę na ignoranta, ale zastanawiam się, na czym polega wyjątkowość produkcji Khrisa? Ktoś napisał, że produkcja „Cinco de mayo” jest ciekawsza od samej muzyki, ja twierdzę odwrotnie – muzyka cacy a produkcja, po prostu solidna. Opowiedz coś o pracy z panem Wołowskim? Na ile chodziło o jego umiejętności a na ile o nazwisko i D4D?

Głównie chodziło o umiejętności i jego studio nagrań – blisko, rozsądna cena i wspaniałe, drewniano-ceglane bardzo stare mury. Zależało nam na świeżym uchu, na małym tuningu naszej muzy, którą znaliśmy już od ok 2 lat. Kwestia grania w D4D nie miała dla mnie większego znaczenia, chodziło o jego klawisze i otwarty umysł.G3

Jak oceniasz popularność takiego grania w Polsce? Muszę przyznać, że jest to fascynujące, ale nadal mam wrażenie, że dla części rockowych ortodoksów, takie bardziej otwarte, hipsterskie granie równa się posądzeniom o inne skłonności seksualne, wiesz…  Jest u nas coś, co można nazwać sceną indie rockową?

Często sami mówimy, że gramy gay rock (śmiech…). Wiesz, kluby wolą kapele stricte rockowe, metalowe czy chociażby shoegaze’owe. A my to wpadamy z kawałkami w stylu „Cinco de Mayo”. Ale mamy to gdzieś i dalej będziemy grać ładne piosenki. A sceny indie rockowej chyba nie ma, bo indie rocka nie ma w mediach. Są ulubieńcy redaktorów/redaktorek z Trójki, jest paru przeintelektualizowanych onanistów z screenagers czy porcys, którzy również promują dziwne kapele znajomych, ale jakiejś jednej sceny, platformy chyba nie ma. Jest parę popularnych zespołów, których popularności nie rozumiem – ogólnie trend jest taki, że musi śpiewać smutna dziewczyna, a jak obok niej stanie brodacz z akustyczną gitarą, to jest już szansa na sukces.

A propos gej rocka – ostatnio zauważyłem, że w Polsce zmieniły się priorytety: kiedyś rockman musiał być spocony, walić piwem i koniecznie chodzić w bojówkach. A teraz zauważam, że można dobrą muzykę wyśledzić, oglądając foty: im ładniejszy zespół, wystylizowany itp., tym lepsza muzyka. Pierwszy przykład z brzegu – Wy, Crab Invasion, D4D, Uniqplan chociażby… Skąd taki trend?

Wiesz, z naszą stylizacją to różnie bywa. Nigdy nie przywiązywaliśmy do niej zbyt dużej wagi. Natomiast zdecydowanie dobra „stylówa” pomaga i jest ważnym elementem. Nie potępiam zatem kapel dbających o image. Oczywiście, są kapele ze świetnym wyglądem grające gównianą muzę. Ale taki Interpol to idealny miks:  stylówa + dobra muza (jako ciekawostkę powiem, że będąc w NYC spotkałem na ulicy Kesslera, gitarzystę Interpola, w płaszczu Burberry wyglądał jak milion dolarów…).

Gdzie zatem przebiega ta granica, czy jest taki moment, że mówicie – ok, nie będziemy przesadzać… Chodzi mi o to, że w Polsce nadal pokutuje pogląd, że facet wychodzący z salonu manicure jest pedałem…

Taki pogląd jest przejawem polskiej zaściankowości. Facet musi o siebie dbać, nieważne czy jest stolarzem czy rockmanem. Botoksu sobie nie wstrzykniemy, ale nigdy po wykonach raczej nie śmierdzimy, choć tzw Morskie Oka pod pachami muszą się pojawić bo to r’n’r a nie wieczór poezji śpiewanej…

I tu dochodzimy do clou naszej rozmowy: indie rock w Polsce ogólnie się nie przyjął, bo jego sztafaż, jednak związany ze stylizacją „się kojarzy”. I to odrzuca część fanów rocka, bojących się że zostaną posądzeni o miętkość.

Mam wrażenie, że koncertowo lepiej „sprzedaje” się rock i metal a radiowo oczywiście pop. Taka muza jak nasza może jest zbyt popowa na kluby a zbyt alt dla radia. Nie wiem, z czego to wynika. Niby w radio usłyszysz jakąś altpopową muzę, ale zawsze będzie to jakaś Mela Koteluk czy inna panna – miło się słucha, ale brakuje mi kapel z dobrym, polskim tekstem, wokalem i ładną melodią. A potem, niestety, słyszysz w radiu Lemon…

zawsze udawało się nam w miarę dobrze trafić

zawsze udawało się nam w miarę dobrze trafić

Czyli tak po prawdzie – dla kogo gracie? Na jakich koncertach można was zobaczyć, pomijając festiwale?

Niestety, koncerty z reguły gramy dla niezbyt licznego grona słuchaczy. Zawsze jest to ekipa nieprzypadkowa, znająca nasze numery, nawet gdzieś w Polsce. Wiem, że być może powinienem stwierdzić po amerykańsku, że gramy dla pełnych sal, ale tak nie jest. Kapele naszego pokroju, choćby znane, tych sal również nie zapełniają. Choć na naszym koncercie premierowym w sopockim Sfinksie było więcej osób niż dzień wcześniej na imprezie laski grającej z Prince’m. Teraz gramy parę lokalnych koncertów, Gdynia, Sopot, Tczew, potem ruszymy w Polskę, ale nie wiem co i jak. Trochę straciłem zapał bo organizowanie koncertu jest mordęgą. Kluby płacą grosze; jeżeli mam wydać 2000 zł na wyjazd do Przemyśla zarabiając 500 zł na bramce, to mnie osłabia, choć nie tylko my mamy takie problemy. Może gdybym miał 18 lat to bym się spinał, spał na dworach i był szczęśliwy, że „jestem w trasie”, ale teraz mam bardziej stoickie podejście do tematu koncertów.

Zarabiać na muzyce, niestety nie da się… A spać na podłodze u ziomali też może się odechcieć…. Ale za to gracie sztuki w dziwnych miejscach, na powietrzu, znalazłem takie foty – co to za nietypowe imprezy?

Graliśmy już w różnych miejscach, faktycznie były plenery np. w ramach Streetwaves, świetnej gdańskiej inicjatywie. Bogu dzięki, nigdy nie było wykonów gdzieś na łące w ramach Dni Piździszewa, zawsze udawało się nam w miarę dobrze trafić.

W jakim najdziwniejszym miejscu przyszło wam grać? Coś, co do dzisiaj wspominacie jako koszmar?

No właśnie nie było chyba takiego miejsca! Za to na Streetwaves graliśmy na murku nad śmietnikiem, ale to był fajny klimat. Bywały np. fatalnie nagłośnione kluby, ale to już taka naszaIku rzeczywistość. Kilka drinków i jakoś się grało (śmiech…).

OK, jest fajnie, wydana płyta, są pozytywne recenzje… Pytanie brzmi: co dalej? Parę koncertów czy coś więcej? Macie jakiś pomysł, jak w naszej rzeczywistości pchnąć zespół do przodu? Zamierzacie w jakiś sposób przekroczyć granice, żeby uszczknąć większy kawałek tego biznesowego tortu?

Nie da się tego zrobić bez sprawnego menadżera i znajomości. Nie mamy tego, więc nie wiem co będzie dalej. Wysyłam płytę gdzie się da, liczę na emisję głównie w lokalnych stacjach. Konkretnego pomysłu zatem nie mamy, chyba liczymy na łut szczęścia. Wiem, że to co mówię może się kłócić z tym moim marudzeniem, że kluby, że kiepsko z koncertami – bo trzeba mocno się zaangażować a my robimy to zbyt słabo. Ale uwierz mi, been there, done that, spędzałem godziny na dzwonieniu, wysyłaniu, pisaniu, proszeniu, ale niewiele to dawało. Moim zdaniem recepta na sukces indie rockowej kapeli z Polski jest tylko jedna: promocja w Trójce + zachwyty co bardziej hipsterskich portali. To plus ogarnięty menadżer może przynieść efekty.

Może potrzebne jest jakieś mocne wejście, skandal, coś co zwróci uwagę, bo wtedy zespół staje się rozpoznawalny. Taka mała trampolina…

Eeee, nie włożę stroju Żółtego Ptaka, nie zacznę grać disco i nie wystąpię w „must be the music”. Dobijamy do czterdziestki, trzeba trzymać  fason.

Z fasonem można co najwyżej zdechnąć… Być może będzie bolało, ale uważam, że zespół, który chce zaistnieć musi być arogancki. Jeśli jest miły i „pozytywny”, nie wybije komuś zęba, pozostanie „tylko” dobry. A dobre zespoły nie idą do piekła.

Może i masz rację, ale wszystkie sztuczne pozy i akcje mnie nie interesują, choćbym nie miał przez to zrobić „kariery”. Nasza muzyka jest dobra i mamy parę procent szans, że ktoś to zauważy…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Karolina Koniecko