GALLILEOUS – Kosmiczna świadomość

Rock nie umarł póki istnieją takie zespoły jak Gallileous. Uparte, cały czas dłubiące w swojej niszy a jednocześnie potrafiące stanąć obok, spojrzeć na swoje dokonania i coś tam zmodyfikować. Dla wodzisławskich muzyków dopiero co wydana płyta „Stereotrip” to właśnie takie nowe otwarcie i próba lekkiego przedefiniowania swojej twórczości. O tym a także innych znaczących zmianach jakie nastąpiły w życiu zespołu rozmawiałem z szefem grupy, gitarzystą Tomaszem Stońskim.

Kiedy dzisiaj, siedząc na wywiadach w różnych rozgłośniach i telewizjach, rozmyślasz o przeszłości – jaka jest Twoja ocena tego, że tak to ujmę, funeralno-podziemnego okresu działalności Gallileous? Sentyment?

Taaa… wiele się zmieniło i tu nawet nie ma co mówić o stylistyce, ale o klimacie tamtych czasów. Wiesz, korespondencja tradycyjną pocztą, pisanie zwyczajnym piórem czy długopisem, mydlenie znaczków by móc je ponownie wykorzystać i przede wszystkim integracja całego środowiska. Wszyscy byli po tej samej stronie barykady pomimo różnic, że się słucha thrashu czy doom metalu. Z drugiej strony to co się dzieje teraz to jest tak jakby wyśniony sen, o którym wówczas nawet nie chcieliśmy marzyć.

Mówisz o otoczeniu, pewnym kontekście środowiskowym i kulturowym. Ok, a sama muzyka? Kiedygall3 ostatni raz słuchałeś dema „Doomsday”?

Nie pamiętam. Generalnie nie słucham tego co nagrywam bez względu czy to demo z 1994 roku czy ostatnia płyta, podobnie jak nie lubię słuchać wywiadów czy oglądać własnych koncertów. Ale nie powiem, czasem zapodam Winter czy Lord Of Putrefaction.

W tym co mówisz, jest w pewnym sensie element zmęczenia podziemiem, chęć wypłynięcia na szerokie wody, co zresztą zadziało się już przy okazji „Necrocosmosu”. Dla mnie to takie Wasze „wyjście z cienia”, chęć ugryzienia własnych fascynacji z nieco innej strony, choć – i tu mały paradoksik – słuchając „Voodom Protonaus” wyczułem jednak pewne, hmmm, wahanie, przed dokonaniem tego największego skoku w karierze, o którym zresztą za chwilę…

Czy ja wiem… Od „Doomsday” dzielą nas lata świetlne przeróżnych doświadczeń, nie tylko muzycznych ale i osobistych, społecznych, zawodowych. Jesteśmy dojrzałymi ludźmi a nie młokosami próbującymi na siłę zmienić świat. Może rzeczywiście to tak wygląda, że romansujemy z pop kulturą, ale powiem Ci szczerze, że nie ma to żadnego związku z muzyką jaką gramy. Przychodzimy na próby i gramy to co się z nas samoistnie wylewa nie siląc się na cokolwiek. A, że ówczesna muzyka trafia w gusta szerszego grona słuchaczy to dla nas miła niespodzianka bo rzeczywiście przez te wszystkie lata nie byliśmy pod tym względem rozpieszczani. Co do „Voodoom…” to myślę, że gdybym ja nagrał wokale na „Stereotrip” to nie byłoby takiej różnicy pomiędzy tymi krążkami.

No i nieuchronnie zbliżamy się do nowych rzeczy. Zadam pytanie może ciut złośliwe, ale… czy ktoś już wam zarzucił, że chcecie się załapać na hype związany z Blues Pills?

Nie kojarzę by ktoś zarzucał nam tak konkretne posunięcia. Wydaje mi się, że jeśli ktoś przesłucha wszystkie nasze płyty po reaktywacji to zauważy naturalne zmiany, pewnego rodzaju ewolucję, która może i aktualnie zbliża nas stylistycznie do zespołów grających tak modne teraz retro, ale nikt nie wie dokąd nas zaprowadzi. A odpowiadając na Twoje pytanie wprost: na nic nie chcemy się załapać. Chcemy grać to co czujemy, nie zastanawiając się nad takimi złośliwościami, które to właśnie, powracając do Twojego pierwszego pytania, tak bardzo odróżniają nas od czasów świetności polskiego undergroundu.

Ok, ale białogłowa w zespole – choć nie jest to jakaś szczególna nowość na scenie rockowej – to jednak duże wydarzenie, temu nie zaprzeczysz. Skąd taka zmiana? Jak to wpływa na tzw. zespołową higienę?

A tu akurat Cię rozumiem, bowiem nigdy nie spodziewaliśmy się dziewczyny w zespole. Jednak to nie płeć spowodowała, że Anka z nami leci w kosmos. Po „Voodoom Protonauts”, naszej ostatniej płycie, stwierdziliśmy, że jako trio brakuje nam zawodowego śpiewaka i zaczęliśmy poszukiwania. Po doświadczeniach ze Zgredem mieszkającym w Krakowie postanowiliśmy skupić się na bliższym otoczeniu no i pojawiła się Ania, która zarówno miała doświadczenie z metalowymi kapelami jak i bluesowymi co dawało nadzieję na porozumienie. Po dwóch próbach została u nas na stałe, z czego cieszymy się ogromnie bo cel został osiągnięty sądząc po opiniach słuchaczy. Poza tym, dobrze dogadujemy się jako ludzie co dodatkowo daje pozytywne warunki do tworzenia muzyki, koncertowania itd.

Ok, ale nie ukryjecie tego, że także sama muzyka uległa subtelnym, ale oczywistym zmianom. Więcej przebojowości, krótsze numery, zdecydowanie bardziej piosenkowy charakter. Nie wmówisz mi, że to „przypadek” (śmiech).

To nie przypadek. To jedyne założenie „Stereotrip” jakie mieliśmy. Krótkie, bardziej zwarte utwory o prostej budowie opierające się na jednym głównym motywie przewodnim. Taki ukłon w stronę Beatlesów. Z taką wokalistką w końcu można sobie było na to pozwolić.

No i dochodzimy do meritum. Jest płyta, kilka dobrych, rockowych kompozycji. Właśnie – rockowych? Od doom metalu, przez stoner, sludge… W zasadzie jak dzisiaj was klasyfikować. Hard rock? Rock? Patrząc na waszą ewolucję, zastanawiam się, czy to już finał podróży?

Jak już mówiłem wcześniej, nam samym daleko do autoklasyfikacji jeśli już to wolimy własne słowotwory jak Doom & Roll czy zwiastujący kolejną płytę kawałek o roboczej nazwie „Boom Boom Disco Doom” he, he. I to na pewno nie jest finał naszej podróży. Przecież „Stereotrip” to pierwsza płyta z Anką, dopiero się docieramy i wszystko co najlepsze dopiero przed nami! Można rzecz jasna opierać się na recenzentach i wówczas wychodzi misz masz w postaci space, stoner rocka, jakiegoś hard proga z naleciałościami psycholdelicznego rocka z przełomu lat 60-70 tych.

Kosmiczna świadomość

Kosmiczna świadomość

Czyli – w zasadzie, można się zapytać, dokąd chcecie dojść? Co jest na horyzoncie?

Nieznane… Po co iść jak wiesz co Cię czeka? Wolimy eksplorować nieznane, odkrywać naszym muzycznym wehikułem nowe światy. Sami siebie częstokroć zaskakujemy. Miewamy chwile refleksji czy to aby nadal my sami. Ale nie ulegamy presji, nie poddajemy się ani trendom ani oczekiwaniom.

Jak daleko zaszliście, widać dopiero, kiedy zestawi się np. „Stereotrip” z „Ego Sum…”. W tym momencie mam wrażenie, że ta przeszłość Wam trochę jednak ciąży, bo nie wyobrażam sobie, żebyście np. grali ze wspomnianej płyty numery podczas koncertów promujących nowe dzieło. Taki rozstrzał byłby chyba niestrawny. A może się mylę?

Materiał na „Ego Sum…” był praktycznie tworzony z myślą o innym zespole. Dopiero później grając go, zdawszy sobie sprawę, że tworzymy go w składzie starego Gallileous, postanowiliśmy wrócić do tej nazwy. To była stylistyka Wina i Dagi. Reszta składu dołożyła jedynie swoje od siebie. Skład zespołu jednak przez lata się zmieniał. Jesteśmy teraz w zupełnie innym miejscu i masz rację, na próżno oczekiwać byśmy na żywo odegrali coś ze starych płyt. Poza tym, kto by miał takiego zestawienia słuchać? Połowa sali by się zmieniała w zależności od tego z jakiej płyty gralibyśmy kawałki. A czy przeszłość nam ciąży. Odpowiem krótko: tak. Właśnie przez cały czas o tą przeszłość pytasz.

Bo trudno uniknąć takiego kontekstu. Sami się o to prosicie, używając nazwy Gallileous (śmiech). To wasz łącznik i korzenie…

Nie odcinamy się od tego. To nadal jesteśmy my, ale uwierz, że czasem babole dziennikarzy mówiących o tym, że gramy, cytuję: „funreal metal i kawałki po 40 minut” trochę męczy…

Piętno, panie, piętno. Przekleństwo łatki. Ale widzę światełko w tunelu – skoro nową płytę zauważył nawet Teleexpress, znaczy zaczyna być dobrze, nie uważasz?

Całe to zamieszanie z promocją to zasługa naszej aktualnej wytwórni Musicom. Wytężona praca daje efekty. Mamy nadzieję, że przeniesie się to na dotarcie do szerszego grona słuchaczy na co naszym zdaniem „Stereotrip” bezwzględnie zasługuje!

Dużo było o przeszłości, ustawiliśmy sobie ładny kontekst, zatem – nowa płyta. Zanim o samej muzyce, to o wytrwałości: słuchając tej muzyki, myślałem o determinacji, która doprowadziła Was do miejsca, w którym jesteście. Dużo trzeba było poświęcić, by pozostać na powierzchni?

Determinacja kojarzy mi się z działaniem mającym za zadanie osiągnięcie jakiegoś celu. U nas to raczej pasja, chęć oderwania się od rzeczywistości w świat muzycznych doznań. Nie wyobrażam sobie życia bez możliwości wyjścia do salki prób i odpalenia wzmacniaczy. Spotykamy się w grupie i przestają liczyć się nasze codzienne problemy, troski, poglądy itd. Zatapiamy się w muzyce. To przepiękne uczucie wspólnego, grupowego doświadczenia, coś co można porównać do działania psychodelików, dochodzenie do pewnych archetypów do zbiorowej, kosmicznej można powiedzieć świadomości.

Ok, brzmi bardzo ładnie. A ja ciągle – bo taka moja rola – będę szukał kontekstu. Nie chodzi mi o wyciąganie brudów, ale o momenty krytycznie, kiedy zderza się właśnie ta rzeczywistość, codzienność z tym drugim światem, zaklętym na sali prób. Bo dla mnie to, jak daleko sięga poświęcenie, w pewnym sensie determinuje zespół. 

Wiesz, wszyscy pracujemy zawodowo. Czasem nie jest łatwo dograć terminy wyjazdów, jednak chcemy grać, nagrywać płyty, koncertować i robimy wszystko by było tego na tyle na ile jest to w naszych możliwościach. Co do samej determinacji to ważniejsze jest dla nas zagranie z Saint Vitus za 300 zł niż jeżdżenie po dniach miast za 4 tys.

Skoro przy tzw. logistyce jesteśmy – staracie się bilansować finanse i stawiacie twarde warunki – mimo wszystko – czy np. jakby pojawiła się okazja, nie wiem, zagrania na własny koszt na np. Metal Hammer Festiwal, to bralibyście temat w ciemno…

Mamy swoje lata, więc staramy się raczej do grania nie dopłacać. Ale tak jak mówiłem wcześniej, zawsze będzie dla nas ważniejszym zagranie na dobrej imprezie w doborowym składzie niż pieniądze. Na szczęście, w dzisiejszych czasach trudno o takie dylematy.

Nowa płyta zaskoczyła mnie niesamowitą esencjonalnością dźwięku – w zasadzie nie ma ani jednego uderzenia w bęben czy muśnięcia gitary ponad to, co potrzebne i niezbędne. Taka oszczędność i pewność robi wrażenie; jak to wyglądało z Waszej strony – pewność połączona z czym?

Postawiliśmy na prostotę, na istotę dźwięku a nie na rozbudowane formy. Pierwsze płyty The Beatles pozostawiły nieśmiertelne hity, solówki Frusciante są banalne, ale jednak zalegają nam w głowach i wyskakują przy goleniu czy innych jeszcze mniej oczywistych okazjach. Dodatkowo obecność takiej wokalistki jaką jest Ania pozwoliło nam na postawieniu większych akcentów na harmonie wokalne co wpłynęło bezpośrednio na bardziej piosenkowy charakter utworów. Mamy za sobą okres długich, rozbudowanych kompozycji teraz przyszedł czas na coś innego. Pewność przychodzi teraz, kiedy okazuje się, że te zmiany są pozytywnie oceniane zarówno przez recenzentów jak i zwykłych słuchaczy.gall2

Podoba mi się fakt, że w niektórych momentach płyty bardzo intrygująco wypada zderzenie stonerowego, ciepłego feelingu z doom metalowym, zimnym charakterem riffów. Zażarło, można powiedzieć. Długo myślieliście nad taka koncepcją czy to była, że tam to ujmę, naturalna ewolucja?

W znacznej mierze to zasługa Daniela i Arka z Orion Studio. Tym razem nie chcieliśmy się upierać przy własnych pomysłach dotyczących brzmienia. Pozwoliliśmy chłopakom poeksperymentować. Zależało nam na tym, żeby zachować klimat starego grania nazwijmy go tu teraz „retro”, ale z elementami współczesnych brzmień. I to chyba zażarło. Poza tym, na „Stereotrip” poza, że tak powiem nowym obliczem zespołu są takie kawałki jak „Born Into Space”, które niejako naturalnie łączą się z tym co robiliśmy do tej pory.

Jak przebiegała asymilacja z Anią? Zdominowała was, czy też wy nową koleżankę musieliście ciutkę „sformatować”?

Anka ma solidne doświadczenie muzyczne, współpracowała z wieloma zespołami, jest otwarta na nowe doświadczenia itd. Z nami miała może mały problem z początku słuchając naszych wcześniejszych nagrań, ale po dwóch próbach, na których wspólnie odegraliśmy „Sonic Boom” i wspomniany już wcześniej „Born Into Space”, stwierdziła, że ten klimat jej pasuje, wątki liryczne tekstów podejmowane przez Gallileous również są w zasięgu jej zainteresowań, więc większych zgrzytów nie było. Klasycznie pozwalamy sobie wszyscy na realizację własnych inspiracji, nie temperujemy się nawzajem. W zespole każdy musi się spełniać, czuć proces samorealizacji itd. Jedynie co to Anka na pewno zdominowała publiczność, która nie potrafi na koncertach oderwać od niej wzroku

No więc mamy w zasadzie wszystkie elementy, które są potrzebne by odnieść choć mały sukces. Czy jest jeszcze coś, czego wam brakuje? O czym – że tak to ujmę – skrycie marzycie?

Na chwilę obecną brakuje większej liczby koncertów by zabierać w tą podróż w stereo jak najwięcej pozytywnych ludzi. Skoro płyta podoba się słuchaczom, zależy nam by trafiła do jak największej ich liczby. Lubimy też bawić się zarówno z muzykami, z którymi dzielimy sceny jak i słuchaczami bujającymi się przy generowanych przez nas dźwiękach, spotykać się z nimi po koncertach itd. Na pewno przydałby się nam jakiś menadżer, który potrafiłby o nas bardziej zawalczyć. Bardziej niż my sami potrafimy bo scena rządzi się swoimi prawami i granie koncertów to nie rurki z kremem pod względem organizacyjnym.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Marcin Pawłowski (rockmetal.pl)