FURIA – Jesteśmy zespołem weselnym

Już dzisiaj startuje jedna z bardziej oczekiwanych tras koncertowych Za Ćmą W Dym, gdzie punktem kulminacyjnym będzie występ Furii. Jest to o tyle ciekawe, że będziemy mogli zobaczyć ten zespół w zupełnie nowym świetle. 2017 rok był dla Nihila i spółki bardzo owocny, pełen wyzwań, które dla zespołu, jakby nie patrzeć, black metalowego otwierał drzwi do zupełnie nowego świata. Jak w tym wszystkim odnaleźli się muzycy, na co dzień poruszający się po tradycyjnych scenach muzycznych, opowiedział nam szef zespołu.  

Może to dziwne pytanie, ale kiedy czujesz się bardziej komfortowo – kiedy udzielasz wywiadu na swoim terenie, na Śląsku czy jest ci to obojętne? Mam wrażenie, że jednak lepiej odwiedzić cię w mateczniku…

Nie odczuwam żadnej różnicy. Miałem przy okazji nowej płyty wywiady, kiedy przyjechali do mnie goście, min. z Musicka czy NOISE. Może jest to sytuacja trochę bardziej komfortowa, ale to tak jak z każdym człowiekiem, który podejmuje gościa u siebie i czuje się wtedy pewniej…

Furia jest zespołem, który zaliczył w ostatnich czasach ogromny skok, jeśli chodzi o rozpoznawalność. Czy jest jakaś granica, której nie będziecie chcieli przekraczać, powiecie stop?

Nie, właśnie chodzi o to, by przekraczać granice, aczkolwiek trzeba pamiętać by samo przekraczanie samo w sobie nie było sednem sprawy, to byłoby bez sensu. Każde nasze wydawnictwo jest w zasadzie przekraczaniem naszych własnych granic, zawsze stawiamy sobie poprzeczkę wyżej i zawsze na centymetry ją przeskakujemy. Jesteśmy zespołem tego typu, co poszukuje; oczywiście, mamy cechę, która nas definiuje, jest taką stałą bazą, która sprawia, że słychać kto gra,  jednak każde wydawnictwo jest zupełnie inne.

Staliście się w sumie modnym „produktem” muzycznym. Jak to jest – popularność/rozpoznawalność schlebia wam, czy raczej uwiera?

Nie wydaje mi się, że jesteśmy popularni, raczej jesteśmy w pewnych kręgach rozpoznawalni. Schlebia czy uwiera? I jedno i drugie. Z jednej strony – schlebia, bo tu działa prosty mechanizm psychologiczny: jeśli pochlebstwa są szczere, mają działanie motywujące – my to potrafimy w pewnej mierze rozpoznać. Druga strona medalu jest taka, że osobiście trochę męczy mnie ten aspekt rozpoznawalności, w tym sensie, że brakuje mi czasów, kiedy nikt o nas nic nie widział. Wtedy wydawało mi się to czystsze, a teraz, żeby pozostała ta czystość, musimy w to wkładać większą energię… Kiedyś nie musieliśmy o to dbać. Męczy mnie otoczka, rzeczy typu potrzeba zrobienia promocji itp. Oczywiście żartuję, bo wiem, że wszystko dzieje się po to, żeby nam pomóc. Ale cały ten aspekt, brzydko mówiąc, biznesowy (nie jest to dla nas adekwatne słowo…), jest trochę uciążliwy, ale dajemy sobie z tym radę.

Jesteśmy zespołem weselnym

Jesteśmy zespołem weselnym

Czy w powyższym kontekście, kiedy trzymaliście zaproszenie by wziąć udział w przedstawieniu „Wesele”, wahaliście się, były zespołowe dyskusje na ten temat?

Absolutnie nie – oczywiście, pod kątem artystycznym. Kiedy usłyszałem hasła: Stary Teatr w Krakowie, Wyspiański i „Wesele”, wiedziałem, że to jest to! Mieliśmy oczywiście dyskusję, ale na innej płaszczyźnie. Chodziło o to, czy nie zahaczymy o politykę, czego nie chcemy. Wiadomo, sprawa ze Starym Teatrem jest mocno polityczna, wydaje mi się jednak, że nie jesteśmy w żaden sposób z tym wiązani. Wszystko co się wydarzyło, bardzo mnie cieszy, to najlepsza rzecz jaka mogła nam się trafić. To jest odświeżające, inny świat, który rządzi się może podobnymi prawami, ale organizacja jest inna, inne są konstrukcje. Wszystko zadziałało na nas bardzo odświeżająco. Dużo się nauczyliśmy, zresztą,  cały czas się uczymy, obserwując teatr, jak to wszystko działa. Musieliśmy nauczyć się patrzeć na muzykę pod innym kątem, że to nie my jesteśmy podmiotem a jedynie dopełnieniem. Właściwie „Wesele” jest zbudowane na naszej muzyce, ale to my przygrywamy na weselu, jesteśmy w pewnym sensie kapelą weselną. I to bardzo otwiera głowę. Nie mogę się doczekać rozpoczęcia nowego rozdziału z nowymi materiałami, bo będziemy mogli wykorzystać nowe doświadczenia, których wcześniej nie zaznaliśmy w świecie czysto muzycznym.

Czy do tego przedstawienia powstała zupełnie nowa muzyka, czy bazowaliście na kompozycjach Furii?

To wszystko nasze numery, z tym, że trochę się różnią – czasami gramy dany utwór w całości, niektóre fragmenty są przearanżowane albo skrócone itp.

Mieliście trudność w takim „przeformatowaniu się” – na normalnym koncercie jest jednak pewna głośność, intensywność przekazu a tu musieliście się dostosować do wymogów teatru…

Z tym było zdecydowanie ciężko, bo po pierwsze zaczęło się od tego, że nie widzieliśmy czy będziemy mogli uczestniczyć w tym spektaklu. Musiały być robione pomiary akustyczne, które sprawdzały czy naszym dźwiękiem nie doprowadzimy np. do zawalenia się stropu. Na szczęście, przeszliśmy te próby pomyślnie. Musieliśmy jednak grać ciszej, choć i tak było na tyle głośno, że do zaproszeń są dołączane zatyczki do uszu. Gramy zatem ciszej, ale mimo wszystko uderzenie zostaje. Druga rzecz – trudność polegała na tym, że wykonujemy muzykę, stojąc na czterech postumentach, na których nie mamy swobody ruchu i to też jest wymagające, bo jesteśmy przyzwyczajeni, że mamy do dyspozycji scenę i możemy na niej skakać a tu stoimy w miejscu. Kilkunastoletnie przyzwyczajenie do takiego typowo koncertowego trybu sprawia pewne trudności adaptacyjne.

Jak przebiegały próby – czy reżyser Jan Klata traktował was jak aktorów, krzyczał na was, kiedy coś było nie tak?

Właśnie, o dziwo, nie, co mnie zaskoczyło! Takie elementy były oczywiście na próbach, ale głównie na poziomie aktorskim. Z nami w przedziwny sposób wszystko się skleiło, po prostu weszliśmy i robiliśmy swoje, nie było przepychanek czy dyskusji. Klata proponował jakieś fragmenty muzyki w danych scenach, wiedzieliśmy, kiedy wejść i przedziwne było to, że za każdym razem działało, nie było jakiegoś szukania. Może się nas trochę bali, na początku był dystans, ale przełamaliśmy lody i już się nie boją. My też właściwie już się nie boimy… Poza tym, reżyser znał naszą twórczość i przychodził z gotowym pomysłem na daną scenę. On wiedział co chce osiągnąć.

Czy jest np. pomysł by ukazało się okolicznościowe wydawnictwo z zapisem tego spektaklu, audio, czy wideo?

Stety i niestety, nie będzie. Sytuacja jest taka, że Stary Teatr się sypie, Jan Klata został usunięty, nie wiadomo, na czym stoimy, dlatego tym bardziej nie spodziewałbym się wydawnictwa DVD. Z drugiej strony – dobrze, bo widziałem nagrania dvd, takie wewnętrzne teatru (nie mogą być opublikowane) – każdy jest sobie w stanie wyobrazić jak to jest oglądać spektakl na ekranie – nie ma klimatu. To tak jak oglądaniem z koncertu na youtube. Paru rzeczy się dowiesz, ma to do pewnego stopnia sens, ale nie doświadczysz potęgi brzmienia, ani atmosfery koncertu. Tak jest z tym spektaklem. Dobrze, że nie będzie dvd.

W kontekście tego co się wydarzyło – zastanawiacie się, gdzie jeszcze możecie się odnaleźć? Graliście już pod ziemią, w kopalni, na powierzchni gracie regularnie, teraz wyszliście nieco wyżej, zetknęliście się z tzw. kulturą wyższą. Co dalej…

Tak… Pewne rzeczy już się klarują, mam na myśli dwa wydawnictwa. O tym najbliższym nie będę opowiadał, bo jest jeszcze za wcześnie a nie wiem, kiedy się za to zabierzemy; zbliżają się kolejne przedstawienia w teatrze i trudno powiedzieć jak długo to potrwa. A drugi pomysł, to Księżyc. Na razie tak samo nie wiem, kiedy się pojawi coś konkretnego. Wszystko zależy od naszego udziału w spektaklu, co jest potwornie angażujące czasowo, stąd opóźnienia w wydawaniu nowych rzeczy. Już przed telefonem od Jana  Klaty zabraliśmy się za nowe wydawnictwo, ale byliśmy zmuszeni przerwać te prace.

W jaki sposób praca w teatrze wpłynie na Furię, na wasze postrzeganie muzyki?

To jest najważniejsze pytanie dotyczące tego doświadczenia, bo w teatrze możemy się uczyć rzeczy, których nie poznamy w świecie stricte muzycznym. Na mnie to miejsce wpłynęło pod kątem postrzegania muzyki – chodzi o obrazowe patrzenie na dźwięk, na konstrukcje, które mam w głowie. Tego jestem pewien – nowy materiał, jeśli powstanie, będzie bardzo mocno zainspirowany teatrem w tym technicznym sensie, czyli próbami obrazowego budowania dźwięku.

Czy w tym kontekście dalej podpisujesz się pod stwierdzeniem, które kiedyś pojawiło się w jednym z wywiadów, że jesteś fanatykiem retro muzyki?

Już się pod tym nie podpisuję. Oczywiście, dalej jestem fanem retro, ale od niedawna zostałem też fanem nowoczesnej muzyki. Trudno mówić o konkretach w kontekście sztuki nowoczesnej, bo granice się zatarły, więc nie jestem w stanie dać bezpośrednich wskazówek, raczej bardziej ogólnikowo – inspiruje mnie wszystko co świeże i innowacyjne. Do niedawna kopałem tylko w dół, do coraz starszej muzyki; dalej to robię i nadal lubię, ale zacząłem też kopać do góry…

Rozmawiamy przed trasą „Za ćmą w dym” – co specjalnego przygotowujecie na te koncerty i jaką Furię zobaczymy na scenie?

Przygotowaliśmy w dużej mierze nowy set, bo stary nam się już znudził. Nie z kalkulacji, ale po prostu – stwierdziliśmy, że czas to zmienić. Zorganizowaliśmy to w taki sposób, że gramy prawie cały „Księżyc milczy luty”, bo najmniej się osłuchał, może coś z „Nocel” się pojawi. Z drugiej strony odkopaliśmy stare rzeczy – dwie piosenki z demówek, jeden numer z „Martwej Polskiej Jesieni”, którego nigdy nie graliśmy na żywo – „Na ciele swym historię mą piszę”. To było fascynujące przygotowywać się do tej trasy, bo musieliśmy się uczyć własnych numerów niemalże od zera, ale udało się to zorganizować; spięliśmy się czasowo i jedziemy z tym setem…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcie: Janek Fronczak

Za ćmą w dym