FORGE OF CLOUDS – dźwięki łaskoczące uszy

Forge of Clouds nie czyni wyłomu w post metalowej stylistyce, dołączając do niej po lekkim flircie z sludge (debiut) i w momencie, kiedy do końca nie wiadomo, co będzie dalej. O szykowanych zmianach więcej w poniższym wywiadzie, ja dodam tylko, że nowe dzieło Ordinary Death to kawał całkiem zróżnicowanej muzyki z dominującym, minorowym nastrojem i ciekawymi aranżacjami, ujawniającymi mocno eklektyczny charakter tego wydawnictwa. Dokąd pognają zespół wiatry w przyszłym roku, o dołującym klimacie, zmianach i płytach nagrobnych rozmawiałem z gitarzystą/wokalistą Forge of Clouds – Wojtkiem Lichotą.

Na początek wyjaśnijmy sobie status zespołu, bo coś słyszałem, że nowa płyta to taka… płyta nagrobna??

W zasadzie tak, nagrobna… Mówię trochę za siebie – wg mnie kontynuowanie działalności pod starą nazwą nie ma sensu w momencie gdy nie jesteśmy w stanie grać starych kawałków z powodu braku drugiego gitarzysty. No chyba ze stanie się cud i znajdzie się taka osoba. Jak na razie mamy nowego basistę i robimy nowy materiał.FOC

Czyli w zasadzie zespół, który nagrał „Ordinary Death” nie istnieje a w jego miejsce powstaje nowy twór?!

Piotr Filipczak (gitara/wokale) wyjechał do Stanów i raczej tam zostanie, jego granie i gardłowanie było istotną częścią zespołu, Maciek znowu śpiewał w większości kawałków z pierwszego materiału… Decyzja jeszcze nie zapadła, ale z czasem staje się nieunikniona.

„Ordinary Death” stało się zatem podsumowaniem pewnego okresu w życiu. Skupimy się zatem na nim: jakie wydarzenia uważasz za największy sukces tamtego wcielenia zespołu?

To chyba przede wszystkim pozytywny odbiór naszej muzyki i koncerty przed zespołami, których jesteśmy fanami jak np. Kongh, no i to co zostało czyli sama muza.

Na nowej płycie poszliście w nieco inną stronę niż na debiucie. Jest bardziej zgrzytliwie i eklektyczne, dużo trudniej sklasyfikować te dźwięki. Jak sami określacie swój styl? Czy pamiętasz do jakiej najbardziej absurdalnej „szuflady” Was wrzucono?

Hm… może i tak, może stąd brak recenzji, ludzie chyba nie wiedzą co o tym myśleć… No chyba, że im się po prostu O.D. nie podoba Tak to jest jak perkusista wymyśla kawałki (pozdro Kuba…) Ustaliliśmy kiedyś, że gramy dla siebie i to wszystko. Zwykle wrzucano nas do post-metalu/sludge z przymiotnikiem „atmosferyczny”; nie kojarzę absurdów związanych z klasyfikacją tego co gramy.

Post metal to idealna szuflada bo wszystko do niej się mieści (śmiech). Dla mnie jednak w wielu miejscach kojarzycie się z pogiętą alternatywą z lat 90-tych. Czy można zatem upatrywać Waszych korzeni w tamtej jakże frapującej dekadzie?

Też tak myślę! Dla mnie post-metal to pewnego rodzaju wyzwolenie od pewnych ograniczeń gatunkowych, że ma być szybko i dużo o diable… Dla mnie lata 90-te to najlepszy okres muzyki gitarowej . Ale jakich przedstawicieli tej alternatywy masz na myśli?

dźwięki łaskoczące uszy

dźwięki łaskoczące uszy

Wykonawców niektórych z Touch&Go czy Trance Syndicate a w „Dissonance” to nawet klimat Swans mi pobrzmiewa… Jest w waszym graniu jakaś nuta niepokojącej dekadencji i ponury klimat rezygnacji. Czy można zatem uznać, że jest on w jakimś sensie odzwierciedleniem waszych charakterów?

Swans pewnie każdy słyszał, ale nigdy o nich nie gadaliśmy poza faktem grania na OFF-ie. Kojarzę Don Caballero, ale w większości o artystach z tych wytwórni osobiście raczej nie słyszałem. Dekadencja – owszem, rezygnacja – nie wiem, mam nadzieję, że nie.

Pomijając kwestie klimatu i porównań, elementem, który – szczególnie w kontekście pierwszej płyty – przykuwa uwagę jest idealnie dobrane „pod” muzykę brzmienie. Jak to się udało? Gdzie nagrywaliście i kto kręcił gałami?

A dzięki, to jest nasze naturalne brzmienie. Debiut był robiony w domu, po części samplowane gary, gitary nie w fazie… masakra, choć z perspektywy czasu jakoś się broni. Teraz gałami kręcił Krzysztof Krakuski 3K, z którym spędziłem sporo czasu w 3K Studio nad miksem materiału.

Uprawiacie muzykę, która choć jest wśród maniaków hałasu traktowana ze sporą atencją, nie daje żadnych szans na popularność. Czy ta programowa „niszowość” waszej muzyki nie frustruje?

FoC LiveMnie to frustruje, ale nie odpuszczę, z tym, że to nie jest „programowe”, to jest w nas. A że rząd dusz poza zasięgiem – trudno.

Nowa płyta pojawia się na świecie tylko w wersji wirtualnej. Czy to efekt owej frustracji czy ekonomii? A może właśnie dlatego, że jest w pewnym sensie pożegnaniem?

Chyba wszystko w jednym, nawet nie startowaliśmy do wytwórni. Wyrzuciliśmy to, kamień z serca – na nogę.

Ok. Dotarliśmy do granicy. Przełomu. Zamykamy rozdział. Płyta nagrobna opada. Co dalej. Podniecenie czymś nowym, nieznanym? Przyznam, ze to fascynująca sytuacja. A może kontynuacja??

Tak, szukamy dźwięków łaskoczących nasze uszy, bez napinki… Strój do „ź” i mam nadzieję, że trafi do to „ludziów”.

Czy jest jakakolwiek szansa by usłyszeć „Ordinary Death” na żywo? Kiedy usłyszymy efekty anonsowanej transformacji i jakie są szanse, że pod starą nazwa??

Ostatnie i jedynie publiczne wykonanie O.D. było prawe 2 lata temu w Krakowie i nie powtórzy się. Nie chcę teraz decydować czy usłyszycie coś pod szyldem F.o.C. czy może innym, ale damy o sobie znać.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu