FOGHORN – Hołd złożony w naturze

Opus Elefantum Collective coraz śmielej zaznacza swoją obecność wśród polskich… No właśnie – wydawców? Chyba nie do końca, bo cała idea przyświecająca temu przedsięwzięciu zdaje się nakreślać nieco inny, właśnie bardziej kolektywny i twórczy charakter. Obok braci Jurga, działających m.in. pod szyldem Vysoké Čelo, jednym z ważniejszych artystów w składzie Opus Elefantum jest Tomasz Turski – jeden z członków black metalowego Widziadła, a także założyciel projektu Foghorn. Rozmawiać mieliśmy przede wszystkim o „Coronie”, tegorocznym albumie ostatniego z wymienionych, jednak – jak sami się przekonacie – parokrotnie dość mocno odbiegliśmy od głównego wątku.

Oprócz Foghorn, współtworzysz również black metalowe Widziadło. Co prawda, również na „Void”, debiutanckim albumie Widziadła, znajdują się elementy bliższe ambientowi i muzyce ilustracyjnej, jednak dopiero „Corona” przedstawia Cię jako artystę rzeźbiącego w – nazwijmy to umownie – znacznie bardziej delikatnym materiale. Zastanawia mnie przede wszystkim, czy Widziadło i Foghorn to dwa odmienne spojrzenia na te same emocje, czy jednak należy je traktować jako całkowicie osobne opowieści.

Oba te albumy powstawały w zupełnie odmiennych okolicznościach. Nagrywane wspólnie ze Zgubą „Void” powstawało wiele lat, na przestrzeni których często zmieniało swoją formę. Ciągle kręciło się wokół muzycznego wyobrażenia kosmosu – zarówno jego znanej, jak i tej zupełnie dzikiej, niezgłębionej części. „Corona” to hołd złożony naturze, która w swojej nieregularności, złożoności i tajemniczości bardzo przypomina kosmos, tak więc w pewnym sensie jest to odmienne spojrzenie na te same emocje. W przypadku „Corony” emocje wysuwają się jednak na pierwszy plan – okres w jakim przyszło mi komponować i nagrywać ten materiał odcisnął wyraźne piętno na jego ostatecznym wydźwięku, dlatego na pierwszy rzut oka jest to album zupełnie odmienny od „Void”. Po bliższym zapoznaniu się z tymi dwiema wizjami można jednak zauważyć, że ta układanka ma ze sobą dużo więcej wspólnych elementów niż mogłoby się wydawać.

Muszę przyznać, że faktycznie pomiędzy obiema płytami wyczuwalna jest dość wyraźna synergia. Być może będzie to nieco infantylne pytanie, ale który z tych projektów jest Ci bliższy? Logiczny wydaje się całkowicie autorski Foghorn, ale może jednak dzikość i pierwotność Widziadła to Twoje prawdziwe ja?

Mimo, że Foghorn to rzeczywiście autorski i solowy projekt, to jednak zarówno on, jak i Widziadło ściśle związane są z moją osobowością. Odczucie synergii może wynikać z tego, że – tak jak mówisz – jeden z nich wyrażany jest poprzez black metal, drugi przez akustyczne gitary i ambient. To jednak dwie wzajemnie uzupełniające się poetyki, które podobnie jak zupełnie odmienne cechy charakteru, mogą występować obok siebie i wciąż być elementami jednej całości. „Corona” to muzyczny zapis emocji towarzyszących mi przez ostatni rok, stąd takie, a nie inne środki wyrazu. W swojej kolejnej odsłonie Foghorn prawdopodobnie zabrzmi jednak już zupełnie inaczej.

Hołd złożony w naturze

Hołd złożony w naturze

Wspomniałeś, że Foghorn to hołd złożony naturze. Trudno się z tym nie zgodzić – idealnym przykładem jest choćby „Thunderstorms”, utwór idealnie oddający niepokój i gwałtowność, ale też piękno i tajemniczość burzy. Czy obrazowość, która niewątpliwie towarzyszy „Coronie”, była dla Ciebie jednym z głównych celów?

Zdecydowanie tak, uwielbiam obrazowość w muzyce. Uważam, że umiejętne korzystanie z muzycznych środków wyrazu pozwala w efekcie przenieść słuchacza w zupełnie inną rzeczywistość. Dla mnie najważniejsze jest, żeby w trakcie tworzenia nie kalkulować, nie spieszyć się, tylko cierpliwie czekać na to, aż dźwięki oddadzą dane emocje w najbardziej odpowiedni sposób. Bardzo nie lubię „technicznego” podejścia do muzyki, wydaje mi się ono bezduszne, a jego efekty – ulotne. I tak zarówno „Corona”, jak i „Void”, to nie tylko godziny spędzone na ogrywaniu i rejestracji poszczególnych partii, ale również wiele pozamuzycznych aspektów – przemyśleń i przeżyć, które udało się zapisać za pomocą nut i dźwięków.

Chcesz przez to powiedzieć, że obie te płyty to wyraz spontanicznego zapisu emocji? Wiesz, zero kalkulacji, zero założeń, brak jakichś konkretnych ram?

To właśnie jeden z moich ulubionych elementów związanych z nagrywaniem. Początkowe założenia, ramy i plany mogą w ciągu jednej chwili ulec zupełnemu przebiegunowaniu, dlatego właśnie nie przykładam do nich większej wagi. Oczywiście, wszystko zawsze zaczyna się od mniej lub bardziej zarysowanych wizji, jednak zawsze staram się dać im żyć własnym życiem, rozwinąć się w zupełnie nieoczekiwany sposób. I tak np. „Lima 2/Bodyleaving” pierwotnie rozpisane było na samo pianino, „Thunderstorms” pozbawione było finałowej ściany dźwięku, a tytułowy utwór miał być, obok „The Cabin”,  kolejną piosenką z sekcją rytmiczną i wokalem. Nic nie stawało na przeszkodzie, żeby pozostawić te utwory w takiej właśnie formie, jednak z biegiem czasu, głównie na skutek spontanicznych improwizacji, nabrały one zupełnie innego kształtu, który ostatecznie wydał mi się dużo bardziej przekonujący niż pierwotnie założony.

Być może to ten element spontaniczności, o którym mówisz, daje tej muzyce aż tyle swobody i płynności – i to pomimo częstego operowania kontrastami. Z jednej strony dużo szumu i hałasu, z drugiej mnóstwo delikatności i pięknych melodii. Skoro to hołd składany naturze… To czy taka ona jest? Pełna skrajności?

Pełna skrajności, kontrastów. Od zawsze nierozerwalnie związana z człowiekiem, jednak pod każdym względem niezależna i od niego potężniejsza. To wyjątkowo intrygujący temat do przekładania na muzyczny język – można ująć go zarówno poprzez stylistykę black metalową, jak i folkową czy ambientową. Te dwa oblicza świata natury stanowią niewyczerpaną inspirację, nie tylko w przekazie dźwiękowym. To właśnie ten pozorny chaos czyni ją tematem tak wdzięcznym i podatnym na wszelkie artystyczne zabiegi. Moim zdaniem, hałas i delikatność wcale nie są swoimi przeciwieństwami, tylko naturalnie wynikającymi z siebie zjawiskami.

Dosyć ciekawym zabiegiem jest rozmycie partii wokalnych do tego stopnia, że stały się one właściwie nieczytelne. Słychać melodie, ale bardzo trudno rozróżnić słowa. Można ulec wrażeniu, że traktujesz swój glos bardziej na zasadzie kolejnego instrumentu.

Może nie do końca powiedziałbym, że jest on traktowany jako kolejny instrument, a prędzej postawiony na równi z innymi elementami aranżacji. Nadmiernie wyeksponowane partie wokalne mogłyby po prostu przysłonić wszystko to, co dzieje się na poziomie instrumentalnym, a ja zdecydowanie wolę obrazować muzyką niż słowami. Poza tym, pozostawienie pewnego niedopowiedzenia, szczególnie w przypadku stylistyki opartej głównie na gitarze akustycznej i pogłosie, moim zdaniem pozwala słuchaczowi na dużo swobodniejszą interpretację i większą dowolność w odbiorze. Jestem wielkim fanem takiego zabiegu i chętnie sięgam chociażby do twórczości Liz Harris czy Kuby Ziołka, gdzie słowa i partie wokalne subtelnie wpisują są w intrygującą całość.

Skoro już przywołałeś postać Kuby Ziołka… Nie boisz się porównań do niego? Momentami „Corona” zdaje się stawać nad brzegami Starej Rzeki, raz czy dwa nasunęło mi też na myśl akustyczne oblicze Alamedy. Chyba, że to po prostu w mieszkańcach Bydgoszczy tkwi jakaś rzadko spotykana wrażliwość.

Bardzo szanuję twórczość Kuby i każde porównanie ze Starą Rzeką czy Alamedą traktuję jako wielki komplement. Muzyka tych projektów bardzo często mi towarzyszy, więc siłą rzeczy niektóre jej elementy mogły przedostać się do wnętrza „Corony”. Nie jest to jednak w żadnym wypadku świadome odwołanie, lecz po prostu inspiracja tą poetyką. Co do samej Bydgoszczy i okolic – myślę, że jest w tym wszystkim coś oddziałującego w bardzo specyficzny sposób, nakierowującego proces twórczy na konkretne tory. Znamy się z Kubą od dawna, jednak do tej pory w sumie nigdy nie przyszło nam poruszyć tej kwestii.

Wróćmy jeszcze na chwilę do warstwy lirycznej Twojego albumu. Jaką historię tak naprawdę opowiada „Corona”? Co kryje się za tymi melodiami i morzem pogłosu?

Jak już sam zauważyłeś przy okazji „Thunderstorms”, „Corona” to przede wszystkim obrazowość. Partie gitarowe i klawiszowe wzmocnione są ambientowymi plamami dźwięku, licznymi nagraniami terenowymi oraz wyciągniętymi ze starych płyt winylowych samplami. Słowa stanowią dopełnienie muzycznej treści – opowiadają o bezsilności człowieka w obliczu sił natury, o ich związku z niezbadanym i nieprzeniknionym kosmosem, podróżach astralnych i duchach zamieszkujących stare drzewa i ukryte w lasach jeziora. Celowo nie otwieram jednak drzwi do pełnej treści – uważam, że na „Coronie” ważne jest nie tylko to, co słychać, ale również to, czego można się tylko domyślać.

Możemy spodziewać się koncertów Foghorn? Sądzę, że na żywo ta muzyka jest w stanie za każdym razem prezentować się zgoła odmiennie.

Bardzo chciałbym kiedyś spróbować swoich sił na żywo, jednak mam w „szufladzie” mnóstwo szkiców, motywów czy wręcz gotowych kompozycji, które tylko czekają na rejestrację. Zdecydowanie się na granie koncertów znacznie ograniczyłoby mój czas, który w tym momencie wolę poświęcić na działalność studyjną. Prędzej czy później nadejdzie jednak ten moment, kiedy będę chciał uwolnić te dźwięki przed publicznością. Nie potrafię powiedzieć kiedy to nastąpi, ale prędzej czy później w końcu przyjdzie czas na odpoczynek od nagrywania.

Czy oprócz Foghorn planujesz kolejne ruchy? Może chcesz zaskoczyć czymś zupełnie innym?

Projekt Foghorn z pewnością nie ograniczy się wyłącznie do ambient folku, tak więc nie widzę przeciwwskazań, aby spróbować czegoś zupełnie innym również w jego obrębie. Mam w głowie plan na kolejne wydawnictwo i już na papierze wygląda to zupełnie inaczej niż „Corona”. Oczywiście kiedy przystąpię już do rejestracji wszystko może zmienić się o 180 stopni, jednak na pewno nie zamierzam nagrać drugiego takiego samego albumu. Oprócz tego cały czas prężnie działamy w ramach Opus Elefantum Collective i jeszcze w tym roku z pewnością damy o sobie znać, a pod koniec roku chcielibyśmy razem ze Zgubą rozpocząć nagrywanie nowej płyty Widziadła.

Skoro sam zahaczasz o temat Opus Elefantum… Choć teoretycznie projekty działające pod tym szyldem różnią sie od siebie stylistycznie, nie sposób nie zauważyć swoistej nici łączącej wszystkich twórców. Na czym tak naprawdę polega Wasza współpraca? To coś więcej niż zwykły label?

Wydaje mi się, że wszyscy muzycznie poruszamy się po tym samym uniwersum, skupiając się na muzycznej wizji świata natury i Wszechświata, a także ich współistnieniu i podobieństwu. Oczywiście, każdy z projektów działających pod tym szyldem wyraża się w inny sposób, jednak wydaje mi się, że wszystkie te wydawnictwa wspólnie tworzą spójną opowieść, która właściwie sama naturalnie powiększa się o kolejne rozdziały. Pierwszy raz połączyliśmy nasze siły przed premierą „Void” i od tego czasu stale wspieramy się na przestrzeni tworzonej przez nas muzyki.

Innymi słowy, największą inspiracją jest dla Ciebie to, co tak naprawdę trudno jednoznacznie zdefiniować. Zastanawiam się, czy podobnie jak w przypadku chociażby „Duchów Rogowca” Janusza Jurgi, jest jakieś jedno konkretne miejsce, dla Ciebie szczególnie twórcze.

Ostatnie lata spędziłem poza Bydgoszczą i Polską w ogóle, praktycznie odcięty od uwielbianej przeze mnie cichej i tajemniczej leśnej aury. Przez ten czas, każdorazowa wizyta w tych stronach pozwalała mi naładować twórcze akumulatory i zaczerpnąć inspiracji do tworzenia kolejnych kompozycji. Mając na wyciągnięcie ręki wyjątkową, leśną ostoję w postaci Puszczy Bydgoskiej, to właśnie tam zawsze kierowałem i wciąż kieruję swoje kroki, aby w spokoju wsłuchiwać się w powolny puls natury.

Czyli może jednak „Corona” to przede wszystkim płyta pełna tęsknoty?

Tęsknota bez wątpienia jest kolejną pasującą i zarazem jedną z bardziej znaczących części tej układanki. W jaki sposób jednak dane emocje, motywy i odniesienia utworzą w głowach słuchaczy konkretną opowieść, niech pozostanie już tylko ich własną tajemnicą…

Rozmawiał Michał Fryga

Zdjęcia: archiwum zespołu