FLESHWORLD – Warunek brzegowy

Muzyka powinna generować napięcie. Musi napinać emocjonalną strunę w mózgu, bo tylko dzięki temu możemy odebrać wszystkimi zmysłami dźwięki, przyjąć ich energię i dynamikę. Krakowski Fleshworld na nowej płycie „The Essence Has Changed, but the Details Remain” udowodnił, że zrozumiał o co chodzi w tej zabawie i wykonał kilka pozornie prostych ruchów. Obdarł muzykę z niepotrzebnych naleciałości i ozdobników, docierając do dźwiękowego sedna. Pozwolił wokaliście Tytusowi na emocjonalny striptiz i wreszcie odważnie opakował płytę w najbardziej nieoczywistą okładkę, jaką można sobie wyobrazić. I to wszystko powoduje, że Fleshworld jest dzisiaj czymś więcej niż tylko kawałkiem hałasu. Resztę dopowiedzą rzeczony Tytus i Mateusz. 

Na początek trochę złośliwie – nie macie wrażenia, że sprawa nowej płyty Fleshworld ruszyła z kopyta, kiedy Unquiet został złożony do grobu??

Tytus: Siema! Czysty zbieg okoliczności. Może rzeczywiście odkąd nie zajmuję się wytwórnią, mam więcej czasu na granie, ale tak naprawdę zawsze to zespół był ważniejszy niż działalność wydawnicza. Złożyło się na to też wiele innych czynników, przyszedł po prostu trochę lepszy czas i wszystko wskoczyło na miejsce. A przy okazji – Unquiet przeszedł zaledwie w stan hibernacji, nie uśmiercajmy go tak od razu.

Mateusz: Dynamika powstawania tej płyty jest podyktowana nie tylko kwestiami związanymi z wydawcą, ale też czasem jaki poświęciliśmy na konceptualne ułożenie całości materiału. Nie spieszyliśmy się.

Chodziło mi o to, że i zespół i wytwórnia to zajęcia spalające emocjonalnie. Łatwiej spalać się w jednymTytus z tych zajęć. Poza tym wytwórnia prowokowałaby do wydania płyty własnymi rękami, a chyba lepiej jak robi to jednak ktoś z zewnątrz. Czy taka higiena jest potrzebna?

Tytus: Chris z This Charming Man Records podjął z nami współpracę, gdy już cała płyta była gotowa. Nie miał zatem wpływu na nic, co działo się wcześniej. Masz rację – higiena jest potrzebna a ja nie pociągnąłbym zbyt długo z tak dużą odpowiedzialnością, jaką jest wydanie własnej płyty. W zasadzie już przy pisaniu utworów na The Essence Has Changed, but the Details Remain wiedziałem, że nie chcę jej wydawać samodzielnie (choć Unquiet był wtedy aktywny). Z drugiej jednak strony, wszedłem teraz trochę w rolę upierdliwego pasażera – ciągle z tyłu głowy mam myśli, że sam zrobiłbym niektóre rzeczy inaczej i czasami dzielę się tymi spostrzeżeniami z Chrisem, który zapewne już ma mnie dość. Nigdy nie uświadczę spokoju

Mateusz: Wydawanie się samemu daje ogromną swobodę ale nie pomaga w dyscyplinie. Fajnie że przy tej płycie mogliśmy zmienić formułę i przekazać sporą część obowiązków związanych z wydaniem.

Kończąc sprawy techniczne: pojawienie się płyty na rynku jest dzisiaj czymś innym niż np 20 lat temu. Niektórzy twierdzą, że fizyczne nośniki to przeszłość, ale wy wydajecie płytę wysmakowaną wizualnie. Dopieszczoną. Czym jest dla was PŁYTA?

Mateusz: Płyta płyta to dla nas zawsze fizyczny nosnik. Okładka, pudełko, kolor płyty, treść zawarta wewnątrz opakowania to okazja, żeby nawiązać dialog z obrazem, powiedzieć parę słów więcej. Staramy się zawsze z tej okazji skorzystać.

A może nie chodzi o „korzystanie z okazji” a o coś w rodzaju romantycznej donkiszoterii? Taka droga donikąd, walka w niczyjej sprawie? Bo jest to w XXI wieku trochę taka desperacja…

Mateusz: Fakt, że sposób w jaki muzyka dociera do współczesnego odbiorcy, wyklucza nieco znaną nam od zawsze formę prezentacji, ale nie uważam, że usprawiedliwia to całkowite odejście od wizualnej oprawy płyt. Nawet jeżeli miałoby to służyć jedynie nam, jako symboliczna kropka postawiona na końcu zdania, to myślę, że będziemy się tego trzymać. Współpraca z ludźmi tworzącymi obraz to dla nas ciekawy komentarz do tego co udało nam się stworzyć.

Tytus: Od początku staramy się zawrzeć w muzyce emocje, które wymykają się definicji, które trudno jest opisać słowami. Dlatego gramy. Używanie wyłącznie jednego medium do przekazania pewnych rzeczy chyba po prostu nam nie wystarcza.

Chodzi mi o tradycyjną dysproporcję między przygotowywaniem wszystkiego i relatywnie krótkim żywotem płyty jako nowości. Ile będzie trwała recepcja? Dwa miesiące, być może nawet mniej. Czyli mamy walkę w sprawie przegranej. Co w takim kontekście napędza was jako zespół? Przekonanie o misji?

Tytus: Ale po tych dwóch miesiącach płyta nie znika z powierzchni ziemi – wszyscy, którzy rzeczywiście ją mają w formie fizycznej, mogą w każdej chwili do niej wrócić i wyciągnąć z niej co chcą. Poza tym, przede wszystkim robimy to dla siebie samych. Obudowujemy pewne chwile, uczucia i sceny w trochę bardziej trwały, namacalny kształt. Traktujemy to jak fragment jakiejś całości, fotografię jakiegoś momentu. Jeżeli to jest misja, to jest ona bardzo introwertyczna.

Mateusz: Nie wiem czy to misja, bardziej może wspólna wizja tego co chcemy pokazać. Nie wiem, co dzieje się z naszą płytą gdy trafi w ręce słuchacza, czy wyląduje na ładnej półce w salonie, czy ktoś do niej wróci za jakiś czas, ale wiem, że kupując ją, dostaje ją w takiej formie, w jakiej chcieliśmy żeby do niego trafiła. Czujemy, że taka jest nasza rola.

Czujecie ulgę, że ten proces zyskał już zwieńczenie? Że ten etap został zakończony?

Mateusz: Tak, patrząc na całą pracę włożoną w poszczególne etapy, czujemy dużą ulgę, że mamy to już za sobą.

Warunek brzegowy

Warunek brzegowy

A propos pracy – nagrywaliście w renomowanym studiu, miksowaliście także u gościa, który jest na topie. I tu kontrowersyjne pytanie: czy na pewno OPŁACA się realizować płytę w tak wypasionych warunkach? Czy to przekłada się na efekt? Bo z drugiej strony znam produkcje robione w mniej eksponowanych warunkach, które są równie efektowne brzmieniowo…

Mateusz: Nie chcieliśmy zaczynać wszystkiego od zera. Z Haldorem nagrywaliśmy materiał na splity, dobrze się dogadywaliśmy i wiedzieliśmy, że chcąc ponownie nagrywać wszystkie instrumenty jednocześnie, chcemy to zrobić razem z nim. Sylvain, który byl odpowiedzialny za miks i master, zrealizował kilka ciekawych płyt, których produkcja spodobała się nam na tyle, że postanowilismy spróbować. Zależało nam, żeby osoby zaangażowane w produkcję były w stanie odnieść się jakoś do samej muzyki, czuć się w niej pewnie.

Tytus: Jesteśmy zadowoleni z efektu, chociaż obecnie na pewno można uzyskać podobny w warunkach domowych. Oprócz kwestii poruszonych przez Mateusza, wybraliśmy Monochrom, bo pozwolił na odcięcie się od codzienności i zupełnie inny tryb pracy, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.

Brutalnie mówiąc – zakładacie, że to inwestycja, która się nie zwróci, czy liczycie jednak na coś wiecej niż, powiedzmy, kilka koncertów za zwroty?

Mateusz: Odrzucenie rygoru inwestycyjno-finansowego na dalszy plan to kolejna rzecz, która definiuje nasze ogólne podejście do grania. Nie liczymy, choć nie odrzucamy. Nie skupiamy się na tym, ale też kompletnie nie ignorujemy. Staramy się wyważyć kwestie finansowe tak, żeby nie stały się warunkiem brzegowym, który mówi nam co możemy zrobić, a czego nie.

Wisienką na torcie jest okładka, którą skomplementowali już chyba wszyscy. Komplementuję i ja – bo jest nietypowa i bardzo plastyczna (sugestywna) – pytając jednocześnie przewrotnie: wybraliście ją właśnie dlatego, że liczyliście na taki „mocny” efekt?

Tytus: Dzięki, miło słyszeć, że Ci się podoba. Na nas to zdjęcie wywarło ogromne wrażenie, więc mamy nadzieję na podobną reakcję u odbiorców. Nie umiemy przypisać się do żadnego konkretnego gatunku muzycznego, więc okładka też nie wskazuje na żadną przynależność. Nie jest ona “metalowa” ani “hardcore’owa”, a jednocześnie wyraża to, co zawarliśmy w muzyce. Ale przede wszystkim po prostu urzekła nas ona estetycznie.

Mateusz: Wybór związany był bardziej ze sferą konceptualną, niż z próbą wywołania jakiegoś konkretnego wrażenia. Podoba nam się, że okładka jest jednocześnie ilustracją treści i tytułu płyty, ale też trochę polemiką z klasycznymi okładkami kojarzonymi z metalem.

Tzw. pozytywna kontrowersja. Mniej kontrowersji jest w przypadku muyzki, chociać musze przyznać, że wyraźnie podniesiony został pierwiastek hardcore’owy w składnikach nowej płyty. Czy to dobra obserwacja?

Mateusz: Po splitach czuliśmy, że chcemy zrobić coś bardziej surowego i zaczęliśmy pisać proste, szybkie motywy, które stały się punktem wyjścia do kawałków na płycie. Twoja obserwacja jest więc jak najbardziej słuszna.

Tytus: Tak, można chyba powiedzieć, że oddaliliśmy się od estetyki post-metalowej, na rzecz prostoty i agresji. Im jesteśmy starsi, tym bardziej interesuje nas bezpośredniość.

Studio...Gdzieś tam pojawiły się wątki pt. emo: czy faktycznie takie określenie względem Fleshworld AD 2019 ma sens? Przyznam, że to dla mnie trochę kontrowersyjne…

Tytus: Czemu kontrowersyjne? Zależy co rozumiesz przez emo, bo to, podobnie jak hardcore, dość obszerna kategoria. Jedną z naszych głównych muzycznych inspiracji jest nieistniejący już francuski zespół Daitro, więc chyba ten rodzaj wrażliwości jest nam bliski.

Mateusz: Lubię stare screamo i być może tę inspirację gdzieś słychac? To jedyne co mi przychodzi do głowy.

To tylko nazwy… Bardziej interesuje mnie jednak kontekst: kiedy słucham muzyki (obojętnie czy nazwiemy ją post metalem czy post sludge hardcorem – ech, nazewnictwo…), oglądam okładkę i zdjęcia promocyjne, odnoszę wrażenie, że dzisiaj Fleshworld jest w stanie niemalże idealnej równowagi. Wszystko ze sobą współgra i jest dobrym punktem wyjścia do… czegoś więcej?

Tytus: Przez ostatnie kilka lat pracowaliśmy dość powoli, ale teraz, nawet przed premierą płyty, robimy już materiał na kolejne wydawnictwo. Chyba wraz ze zgraniem się, zacieśnieniem przyjaźni i stworzeniem wspólnego języka, wyklarowała nam się wizja tego, co chcemy robić.

Mateusz: Wszystko co zrobimy staje się potem punktem wyjścia do kolejnych utworów. Różnica między stanem obecnym, a tym co było wcześniej, to poczucie, że wypracowaliśmy sobie coś, z czego chcemy czerpać bardziej niż do tej pory. Wcześniej, starsze kawałki pojawiały się w nowych bardziej jako cytat, niż fundament. Teraz może być inaczej.

Czyli, na koniec w zasadzie paść musi pytanie – co w zasadzie chcecie osiągnąć, mając taki fajny, komfortowy wręcz punkt wyjścia?

Mateusz: Chcemy zobaczyć co się stanie jak zabawimy gdzieś dłużej niż chwilę. Ja sam polubiłem tworzyć mając nieco okrojony zestaw narzędzi, gdy muszę trzymać się jakiejś, nieważne jak luźno zdefiniowanej konwencji. A może okaże się, że my po protu tak mamy i trzeba będzie zawinąć się w poszukiwaniu czegoś nowego.

Tytus: Mnie do głowy przychodzi tylko pełna swoboda i wolność tworzenia bez konkretnego celu.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Werdz/Woda i Pustka