FELIX THE BAKER – Wspólna świadomość

Kolejny zespół z poznańskiej stawki, prezentujący muzykę przyjemną, ale i ambitną, słowem, indie rock na wysokim poziomie. Tak wysokim, że zastanawiam się, dlaczego jeszcze nie mają kontraktu jak koledzy z Terrific Sunday, od czego zresztą rozpoczęliśmy pogawędkę z gitarzystami zespołu: najpierw Kubą, którego po jakimś czasie zastąpił Bart. Felix The Baker to świadomy swoich możliwości kwartet, który małymi koczkami prze ku szczytom i każdy, kto posłucha ich najnowszej płytki We Are The Universe będzie musiał się z tym zgodzić. Póki co, łapiemy ich w drodze i bierzemy w ogień pytań…

Na początek szpila: wasi koledzy (koledzy czy nie?) z Terrific Sunday, robią niezłą karierę, mają kontrakt z molochem itp itd. Zważywszy, że w sumie poruszacie się na podobnej płaszczyźnie a i muzykę macie na tak samo wysokim poziomie: kibicujecie? Zazdrościcie? Liczycie też na taki strzał?

Kuba: Koledzy, koledzy. Nas cieszy to, że chłopakom tak dobrze idzie. To znaczy, że się da. Doceniamy muzykę TS i siedzimy w podobnych klimatach. Piotrek jest odpowiedzialny za brzmienie obu naszych ep-ek i dzięki temu, że podoba nam się to samo, jakoś łatwo nam się razem pracuje. Oczywiście, czasami można się kopnąć w tyłek, jak się widzi znajomych suportujących Rojka czy grających na jednym festiwalu z Muse. Ale pozostaje się cieszyć i1 gratulować sukcesu – nic więcej.

Czyli raczej zastrzyk adrenaliny a nie blaza. Ok, ale czy np. zastanawialiście się dlaczego Oni a nie Wy? Ja wiem, że to może dziwnie brzmieć, ale to bardziej odruchowe działanie. Inaczej – czy widzicie jakieś szanse na popchnięcie kariery do przodu podobnymi torami? Nie mów jedynie, że liczy się tylko zadowolenie i muzyka.

Kuba: Myślę, że na sukces TS się złożyło mnóstwo małych zwycięstw, które ostatecznie zaowocowały dotarciem do odpowiednich ludzi. Całkiem możliwe, że nas czeka to samo. Póki co, jeszcze na półce z pucharami za wiele nie mamy, duże nazwiska za nami nie stoją, tak że na wszystko przyjdzie czas. To jest proces, nie jednorazowe wydarzenie. Pewnie, że byśmy chcieli, ale krok po kroczku…

Kariera Terrific Sunday nabrała rozpędu po dwóch wywiadach do Violence, zatem, wiesz (śmiech)…

Kuba: I kolejny kroczek za nami (śmiech)…

A tak poważnie – na zdjęciach ilustrujących poprzedni wywiad, uśmiechacie się w piąteczkę, teraz widzę na FB tylko cztery mordy. Co się stało i kto nie wytrzymał?

Kuba: Już jakiś czas temu rozstaliśmy się na pokojowych warunkach z Ludwikiem. Głównie z powodów muzycznych. Pozostała czwórka obraca się w klimatach, które chcemy ze sobą powiązać a ten element hard rockowy, którego może nie było słychać a do którego dążył Ludwik, był zbędny. Żadnych kwasów ani sensacji.

Poprzedni wywiad zakończyliście optymistycznym życzeniem, żeby Wasze plany ziściły się choć w 80%. Zatem – udało się? A co nie wyszło?

Kuba: Planem zawsze jest się rozwijać, to nam wyszło. Druga ep-ka naszym zdaniem już pcha nas w nieznanym nam, acz fajnym kierunku (nigdy wcześniej nie bawiliśmy się elektroniką, a na „WATU” jest jej trochę). Oprócz tego gramy fajne koncerty (nie tylko z naszego punktu widzenia – przynajmniej mamy nadzieję…). Nowy materiał mamy cały czas na warsztacie, szukamy, kombinujemy. 80% jak nic by wyszło.

Wszystko fajnie. Gładko. Ale (zawsze, kurde, jest „ale”…) nie uważasz, że gdzieś trzeba przebić świadomość ludzką, w takim wymiarze, powiedzmy, skandalizującym? Zrobić, coś co spowoduje, że ktoś powie „kurwa” a inny się zachwyci. Do czego zmierzam: arogancja, jako składnik sukcesu…

Kuba: Taaak. No, nie ukrywam, tego nam brakuje. Zdajemy sobie sprawę, że możemy czasem wyglądać jak pokorne baranki biorące co dają. Żadnych wybuchów wokół nas nie ma, ale co tu ukrywać: my tacy jesteśmy. Może kiedyś dorośniemy do konieczności założenia jakieś scenicznej (medialnej?) maski. Pytanie, czy faktycznie bez tego elementu nie da się odnosić sukcesów.

4Jest sukces i sukces. Sukces artystyczny (czyli wytrych dla poprawienia własnego zadowolenia) oraz koks i panienki ustawiające się pod drzwiami bekstejdżu. To trochę cyniczne, ale przecież do tego dążymy. A może nie?

Kuba: Sukces artystyczny to ja bardzo poproszę (śmiech). Jednak po to się gra, żeby ktoś docenił, pochwalił, kupił itd. I bardzo nas cieszy każda, pozytywna reakcja z jaką się spotykamy. Co do bekstejżdżu, powiedzmy sobie szczerze – jeśli ma drzwi to już jest dobrze. O koksie i panienkach nie ma co myśleć. Ale poważniej, wizerunek gwiazd jest dla nas tak odległy, że nawet gdyby się do nas przykleił, wątpię czy umielibyśmy pozostać w konwencji.

Drzwi do bekstejdżu to jeszcze nic, ważne, żeby były drzwi do kibla. Dobra, pozostańmy przy poprawności i wyprasowanych spodniach. W kwietniu ukazała się nowa ep-ka. I… Minęło kilka m-cy, jakie reakcje, co się wydarzyło, a czym chcecie się pochwalić?

Kuba: Muszę zacząć od tego, że ep-kę zrealizowaliśmy dzięki crowdfundingowi, zatem dziękujemy wszystkim fanom, którzy wsparli nasz projekt na polakpotrafi.pl. Co do reakcji: większość, jakie słyszeliśmy, były pozytywne, nowy materiał na koncertach sprawuje się wyśmienicie, bawimy się nim przednio a i publiczność nie narzeka. Co koncert kilka płyt nam znika z kartonu. Co prawda, taka główna akcja promocyjna się cały czas odwleka. Pracujemy nad dwoma teledyskami i wraz z ich premierą planujemy raz jeszcze pchnąć ep-kę w świat. Terminów nie podajemy bo nie jesteśmy królami deadline’ów (śmiech). Ale na pewno jest na co czekać.

Zauważyłem, że wśród zespołów, szczególnie ze sceny indie bardzo modne stało się granie koncertów w dziwnych miejscach – na dachach, na ulicy, przed sklepem itp. Jakie to uczucie? Co daje Wam jako zespołowi takie muzykowanie? Spontan? Chęć wcielenia się w ulicznych grajków?

Kuba: My takie granie lubimy głównie przez to, że zazwyczaj wymaga jakiegoś przearanżowania utworu pod mniejszy, elektroniczny czy też akustyczny set. Dla nas najbardziej jest pociągające właśnie granie naszych kawałków w nowy sposób. Powiedzmy sobie szczerze – grając 30 koncert z tymi samymi piosenkami taka nutka świeżości daje radochę. Chyba tego głównie szukają takie zespoły. Plus takie niecodzienne gigi mają spore zainteresowanie wśród publiczności bo to coś nowego, można wpaść, posączyć piwko na dachu i posłuchać miłej dla ucha, nieinwazyjnej muzyki. Dla nas jest to przyjemna i prosta organizacyjnie okazja do zdobycia nowych fanów.

Do promocji i bólów z tym związanych jeszcze wrócimy. Może dla odmiany coś na temat płyty, tym bardziej, że tu dostrzegam właśnie pewien lekko arogancki element, czyli tytuł. Skąd go wzięliście i dlaczego?

Kuba: A to akurat moja sprawka. Na płycie jest piosenka „You Are the Universe”. Mówi o pewnym sposobie postrzegania świata, w którym wszystko jest elementem jednej, wielkiej i wspólnej świadomości. W dużym uproszczeniu – istnieje tylko jedna istota. I jesteś nią Ty (aczkolwiek jesteś też mną czy czymkolwiek co możesz sobie wyobrazić). To wizja, którą zaczerpnąłem z wykładów Alana Wattsa i która bardzo do mnie trafiła. Tytułem ep-ki chcieliśmy pokazać, że jesteśmy jednością z każdym, który będzie jej słuchał. To sporo mówi o naszym charakterze.

Fakt. Płyta jest wyjątkowo spójna. Mieliście jakiś ogólny zarys wizyjny tej muzyki czy po prostu „tak wyszło”?

Bart: Kawałki, które znajdują się na tej ep-ce są po prostu wypadkową tego co w nas siedziało i tego w jakim kierunku chcieliśmy pójść po wydaniu3 pierwszej płyty. Znalazł się na niej „Are U Mine”, który powstał tuż po wydaniu Weirdosa i można powiedzieć, że to on trochę wyznaczył stronę, w którą chcemy iść. W tym czasie przearanżowaliśmy także utwór, który powstał jeszcze przed wydaniem pierwszej ep-ki tzn. „No Need for More”. Potem nastąpiło kombinowanie z samplami/syntezatorami i powstały takie kawałki jak np. „All The Right Things”. Nie wychodziliśmy z założenia, że płyta ma mieć określone brzmienie, a kawałki na płycie mają tworzyć razem spójną całość. Cały czas się rozwijamy i kombinujemy.

Mam wrażenie, że im bardziej kombinujecie, tym bardziej wychodzi Wam wyspiarski i klasyczny indie rock. Zgadzasz się?

Bart: Można tak to zaszufladkować, pojecie jest na tyle szerokie, że trudno sprecyzować dokładnie gatunek, a indie jest dobrym określeniem.

Bardzo mi pasuje oszczędność tych aranżacji. Czy to efekt „odchudzania” numerów czy od początku miały taki charakter? Dużo z nich „wyrzuciliście”?

Bart: Miło to słyszeć, zależy nam na oszczędności. Jeżeli chodzi o aranżację, chyba każdy z nas podczas robienia swoich partii od pewnego czasu wyznaje zasadę „less is more” i to się sprawdza. Nieraz podczas układania utworu zdarza się, że któryś z nas zaczyna zbytnio kombinować i dokładać partie, które są zbędne. W takich momentach „bijemy się po łapach” żeby nie przesadzić (śmiech).

Bawiąc się klawiszami macie dylematy typu „najpierw gitara a potem syntetyki” czy parapety uzyskały już status równorzędny?

Bart: Tutaj chyba akurat nie ma znaczenia, co zostanie zrobione pierwsze. Ważny jest szkielet numeru i na tej bazie można dalej kombinować. Liczy się zadowalający nas efekt końcowy.

Tak się zastanawiam, czy nie mieliście ochoty zrobić całego kawałka na bazie syntetyków, łącznie z bitem? Modna ostatnio rzecz wśród indie rockowców…

Bart: Oj, chyba o czymś takim jeszcze nie myśleliśmy, ale pomysł godny przemyślenia (śmiech). A co do bitów to mamy plan wypuścić remix przynajmniej jednego z naszych utworów, ale póki co, nie będę zdradzał szczegółów.

Płyta ponownie wydana jest własnym sumptem. Faktycznie nie pojawiła się żadna wytwórnia czy jesteście wybredni?

Bart: Niestety, wytwórnie jeszcze się o nas nie biją (śmiech). Czekamy… nie myśleliśmy o tym za bardzo podczas robienia naszych dwóch poprzednich 2ep-ek, ale chyba czas najwyższy zacząć myśleć! Upragnionego longplaya chcielibyśmy wydać już „pod opieką”, ale nie jest to sprawa łatwa, musi się – jak to Kuba powiedział – złożyć na to kilka czynników…

Poprzednim razem mieliście założenie zrealizowania 80% planów. Ile teraz zakładacie? Jest płyta, fajna muzyka, koncerty. Następny krok?

Bart: Chcemy dalej rozwijać każdy element naszej twórczości i pchać naszą piekarnię do przodu, tak aby „klientom” smakowały nasze wypieki i abyśmy my nie wyczerpali składników do ich pieczenia. Naszym celem i marzeniem jest stworzyć bardzo dobry materiał i wydać LP, zagrać jeszcze raz tyle koncertów, co dotychczas i odwiedzić festiwale, nie tylko jako słuchacze.

No to wujek Arek machnie różdżką. Jaką wytwórnię sobie wybieracie?

Bart: Wszyscy jednogłośnie wybieramy Kayax (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Bartosz Dziamski