EMIL MISZK&SONIC SYNDICATE – Duży skład daje moc

Nowy polski jazz w natarciu. Nowy, choć ma szacun dla starej frazy, szanuje kompozycję, jest nieźle wykształcony i nawet w ósemkę potrafi grać. Mowa oczywiście o trupie Emila Miszka (rzecz jasna, nie o trupa tu chodzi…), która podzieliła się ze światem płytą „Don’t Hesitate!” i choć zbyt często ich na scenach nie zobaczycie (logistyka przy takim składzie to szaleństwo), koniecznie zwróćcie uwagę na ten skład. Jazz idzie jak zwykle od morza, trójmiejski klimat podskórnie też jest. Choć niewątpliwie grupa gra bardzo zdyscyplinowaną muzykę. Więcej dowiecie się z naszej rozmowy z szefem grupy, trębaczem Emilem Miszkiem. 

Na poczatek może coś co mnie zaintrygowało – w jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie jesteś typem buntownika, bo urodziłeś sie już w latach 90. A mnie się zawsze wydawało, że jazz to właśnie muzyka buntu, może nawet bardziej niż rock czy punk…

Historycznie rzecz biorąć, masz rację. Jazz muzyką buntu jak najbardziej, ale ja tego tak nie odbieram. Staram się kontynuować tradycję, do której mam wielki szacunek. Ale również staram się ją przefiltrowywać przez to co dzieje się obecnie na świecie, jak również w moim życiu prywatnym. To co gram i piszę jest reakcją na otoczenie. Nie czuję żebym musiał się przeciw komuś lub czemuś buntować. Chcę tworzyć i jak najwięcej grać. Dzielić się swoją twórczością z ludźmi.

Ha, no to muszę przyznać, że masz… bogate życie, ale jednocześnie bardzo poukładane. Ze świetnym pulsem…

Dziękuję. Staram się dbać o równowagę. Lecz niedawno pogodziłem się z tym, że nie jestem w stanie zadowolić wszystkich. Nie martwi mnie to zbytnio, muszę przyznać. Dlatego też postanowiłem wydać coś pod swoim nazwiskiem. Odnośnie równowagi – czułem, że jest to idealny moment na coś osobistego. Wiele czasu i energii poświęciłem dla innych, pora zrobić coś dla siebie. Nie udałoby się to bez wsparcia moich wspaniałych kolegów, którzy zaufali mi i zgodzili się wziąć udział w produkcji tego albumu.Emil

Tworzyć i dzielić się – ok. Podziękowania dla kolegów. Miłe. Rozumiem, ale jednocześnie w ten cały jazz wpisane są takie rzeczy jak używki, szaleństwo, złe nawyki… A ty wydajesz się być POUKŁADANY. Aż się prosi, żeby szukać gdzieś rysy (śmiech). Faktycznie tak jest?

Rysy są. I po używki też czasem sięgnę. Bardziej w celu rozproszenia negatywnej energii niż inspiracji. Myślę, że wynika to z tego, iż przez większość czasu poruszałem się w kręgach muzyki klasycznej. Konkretny zapis nutowy do zrealizowania, inny sposób prowadzenia prób, większa dyscyplina. Obecnie prawie w całości wypełnia mnie jazz i improwizacja, ale nawyki gdzieś z tyłu głowy zostały. Te dobre nawyki. oczywiście (śmiech) Myślę, że z zewnątrz może to tak wyglądać jak powiedziałeś, ale jakbyśmy spędzili trochę czasu razem, mógłbyś zweryfikować swoje poglądy (śmiech).

…ale wykształcenia się nie wyprzesz. Wow, trzy kierunki studiów, wszystkie skończone… masakra. Kiedy miałeś na to czas? A tak nawiasem – często mówi się, że wykształcenie muzyczne zabija ducha muzyki i ogranicza muzyków… Zapewne masz inne zdanie na ten temat?

Nie wyprę się. W sumie, to mam satysfakcję z tego, że udało mi się to wszystko pokończyć. Ale nie wiem po co tak naprawdę? Może odpowiedź przyjdzie z czasem. Kocham grać i kocham muzę. Studia muzyczne to nie medyczne. Nazwa podobna, ale generalnie są to wakacje. Mam mieszane uczucia co do studiowania muzyki; wszystko zależy od wykładowców. Jeżeli chodzi o granie na trąbce to w sensie technicznym więcej dało mi dwugodzinne spotkanie z duńskim profesorem Kristianem Steenstrupem niż osiem lat studiowania różnych kierunków. Ten gość rozwalił mi głowę! Dosłownie. Ale na pewno kontakty, które podczas studiów nawiązałem to wartościowa rzecz. Jeżeli ktoś naprawdę siedzi w muzie i sam dużo pracuje to nawet najgorszy profesor nie będzie w stanie zabić zajawki i przeszkodzić w osiągnięciu sukcesu.

Profesorowie profesorami, ale przecież musiałeś mieć muzycznych idoli – pamiętasz kto jako pierwszy był twoją fascynacją? Pytam oczywiście o jazz… Czy zderzenie teorii szkolnej, pewnych jednak schematów z żywą muzyką było czymś w rodzaju szoku, czy przebiegało to u ciebie powiedzmy, równolegle?

Pamiętam z dzieciństwa, że jak zaczynałem grać na trąbce to dość szybko nudziły mnie zadane melodyjki i często coś sobie do nich dogrywałem. W dalszej fazie nauki gdy zaczęły pojawiać się poważniejsze kompozycje zawsze chciałem inaczej zagrać niż „profesor kazał”. Co oczywiście nie spotykało się z aprobatą. I tak już do końca studiów. Gdy zagrałem koncert dyplomowy na studiach klasycznych, poczułem wielką ulgę. Dotarło do mnie, że od teraz mogę grać taką muzykę jaka mi się podoba. Moją muzykę. Nikt nie będzie mnie oceniał. W liceum dużo czasu poświęciłem teorii jak i historii muzyki, bo chciałem to poznać od kuchni. Wtedy bardzo zainteresowała mnie muzyka współczesna z tymi wszystkimi technikami i innowacjami, które odkurzyły tak lubiany przez wszystkich system dur-moll. Pamiętam, że to był dla mnie przełom. W postrzeganiu muzyki, ale również w wykonywaniu. Taką pierwszą fascynacją był wczesny Miles Davis i albumy „Birth of the Cool” „Blue Haze”. Po prostu cool. Ja też staram się być w mojej muzyce cool. Podoba mi się takie podejście. Na chłodno, na spokojnie. Potem Lee Morgan i Freddie Hubbard. A teraz Ambrose Akinmusire. To jest gość! Mega! Oczywiście, nie tylko trębacze są dla mnie źródłem inspiracji.

Jesteś w stanie słuchać muzyki jako, hmmm, fan? Czy bycie muzykiem przeszkadza w odbiorze bo w naturalny sposób analizujesz, rozbierasz na czynniki pierwsze… coś jak dziennikarz muzyczny, tyle że bardziej profesjonalnie (śmiech).

Owszem, analizuję, rozbieram na czynniki pierwsze, ale nie uważam, że jest to przeszkoda. Cieszę się, że mogę przeżywać słuchanie muzyki jeszcze głębiej i dosadniej. Nie ukrywam, że ta analiza czasami bierze górę, co mąci trochę odsłuch, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przesłuchać coś jeszcze raz. Na pewno ciężko jest być dzisiaj dziennikarzem muzycznym. Jest presja czasowa. Dużo albumów wychodzi i przesłuchanie ich kilka razy żeby wydobyć jak najwięcej szczegółów jest w zasadzie niemożliwe. Podziwiam ludzi za to, że chce im się słuchać i jeszcze coś napisać.
Aczkolwiek uważam, że tak jak muza idzie do przodu, tak krytyka muzyczna niekoniecznie.

Duży skład daje moc

Duży skład daje moc

Powiedz, jak to jest – muzyka jest tylko dla ciebie, czy „element słuchający”, czyli fani, słuchacze itp. są w tym układzie istotni – chodzi mi o aspekt czegoś w rodzaju samolubnego podejścia do sztuki…

Słuchacze są jak najbardziej istotni. Oczywiście, nie podczas procesu tworzenia materiału. Ale kiedy już jest płyta czy koncert to staram się jak najwięcej uwagi poświęcić słuchaczom. Nie jestem samolubem jeżeli chodzi o te kwestie. Ale wiem, że kiedy ja się dobrze bawię na koncercie to widzowie również. Nie stronię od kontaktu z nimi, udostępniam muzykę za darmo w necie. Lubię rozmowy pokoncertowe, szczególnie z ludźmi, którzy nie są związani z muzyką. Oni są szczerzy. Mówią co im się podoba, jak się czuli po koncercie, co było słabe. Czekam wręcz na jakieś słowa krytyki, gdyż one dają największego kopa do rozwoju.

Ok, przechodzimy zatem do zespołu. Przyznam, że kiedy zobaczyłem, że to oktet, przestraszyłem się – trio jest ok. (na początku nazywałem twój zespół „Emil Miszk Trio” he, he), może być kwartet, ale wszystko co powyżej wydaje mi się być preludium do kłopotów – jak to, do cholery, okiełznać?!

Przede wszystkim chyba pogodzić się, że nie będziemy grali co tydzień… Nie mam nikogo kto zająłby się organizacją koncertów, działam na własną rękę. To nie jest jedyny zespół, w którym występuję, więc czasu jest mało. Do tego kim ja jestem? Raczej noname (śmiech). Wiem, że jeszcze trochę czasu musi upłynąć żeby moje nazwisko zaczęło być rozpoznawalne. Nic, tylko pracować, a efekty tej pracy za jakiś czas na pewno będą, w to wierzę. Nie chcę być sprzedawcą i dzwonić do tych samych ludzi 50 razy żeby tylko zagrać koncert. Oczywiście, chciałbym grać jak najwięcej, ale też zależy mi na tym, że kiedy komuś wyświetli się w telefonie mój numer, to nie będzie musiał wzdychać i mówić: „ach, to znowu on… będzie męczył o koncert” tylko odbierze i będziemy mogli sobie na luzie pogadać. I może przy okazji zrobić jakiś koncertowy deal.

Ok, ale poważnie – co daje taki duży skład – w sumie, jak się zastanowić, to jednak ograniczenie, bo mało miejsca na indywidualność, trzeba mocno pilnować dyscypliny.

Taki duży skład daje moc. Szerokie brzmienie, orkiestracja. Zawsze chciałem mieć taki zespół. Staram się skupiać na pozytywnych rzeczach, chcę żeby był to projekt specjalny. Koncerty na festiwalach, dużych scenach. Godzę się na to, że nie będziemy grali wielkich tras, że nie będziemy grali często. Ale za to jak już się spotkamy wszyscy na jednej scenie to będzie ogień. To nie wyścigi, nie muszę nic nikomu udowadniać. To, że jestem liderem tego zespołu nie oznacza, że muszę grać najwięcej solówek. Spełniam się w tym, że udało mi się zebrać w jednym miejscu wg. mnie najgorętsze nazwiska młodej sceny w Polsce. Materiał na „Don’t Hesitate!” jest napisany z myślą o tym właśnie składzie personalnym. Nie mógłbym wykonywać go w innym składzie, aczkolwiek nie wykluczam takiej możliwości, gdyż przy takim składzie z terminami nie jest kolorowo.

Mówisz – młodość: Gazeta Magnetofonowa pisze o was jako o nadziei polskiego jazzu. Czujesz, że odświeżacie tę scenę muzyczną?

To miło z ich strony. Myślę, że obecnie scena trójmiejska proponuje wiele ciekawej muzyki. Coś się ruszyło w tej kwestii. Mamy młodą scenę, która nie próbuje zwalczać się nawzajem tylko współpracować. Stworzyliśmy wydawnictwo Alpaka Records, dzięki któremu możemy pod jednym hasłem wbijać się na rynek. Jest dobrze! Myślę, że jest to cecha charakterystyczna Trójmiasta. Zespołowość!

No właśnie – jesteście z 3M, więc gracie alternatywny jazz, co tu dużo nie mówić. Znasz np. Lonker See?

Wiem kto to, ale nie słuchałem jeszcze. Nie wiem czy teraz nie przebiegunowało się trochę. Mainstream staje się alternatywą, a alternatywa mainstreamem, przynajmniej wśród młodych twórców. Ale to taka luźna myśl. Coraz rzadziej muzycy sięgają do mainstreamu. Wg. mnie oczywiście. Nie znam wszystkiego, ale to taka moja obserwacja. Może dlatego, że właśnie jestem mocno związany z Trójmiastem i mam inny filtr.

BandNa pewno wszyscy sięgają do improwizacji – z czego to może wynikać? Rozwój dotarł do ściany a improwizacja jest furtką?

Myślę, że z tego iż wykonywanie tego rodzaju muzyki z każdym dniem przynosi coś innego, coś nowego. To jak się czujesz, z kim grasz, w jakim miejscu, ma ogromny wpływ na to co zagrasz. Przez to jest mega ciekawe – dla Ciebie jako twórcy jak i dla odbiorcy. Myślę, że rozwój nie dotarł do ściany. Ta ściana przesuwa się razem z nim – im bardziej się rozwijasz tym większe jest twoje pole manewru. Widzisz więcej i dalej.

Czy improwizacja może istnieć jako samoistny byt? Tzn. czy jazz jest improwizacją a sama improwizacja może nie być jazzem?

Trudne pytanie… Dla mnie improwizacja to proces twórczy. Niejednokrotnie na jakiś temat. Mój temat, życiowy. Z drugiej strony jest to reakcja na to co dzieje się wokół Ciebie. Improwizacja to nieodzowny element jazzu. Kompozycja to również improwizacja. Myślę, że improwizacja nie musi być kojarzona bezpośrednio z jazzem, aczkolwiek sposób tworzenia czegoś instant, „na poczekaniu”, mocno spopularyzowany został dzięki muzyce jazzowej.

Ok, na zakończenie tej miłej pogawędki zdradź nam, czy „Don’t Hesitate!” to początek pewnej drogi czy raczej zwieńczenie jakiegoś etapu?

Zakończenie pewnego etapu jest zazwyczaj początkiem czegoś nowego. „Don’t Hesitate!” to album, który pozwolił mi zamknąć rozdział, w którym głównym wątkiem było podejście do kompozycji i aranżacji. Chciałem jak najwięcej zawrzeć w partyturze. Rozpisać w nutach dokładnie o co mi chodzi. Teraz bardziej polegam na improwizacji i instynkcie.

I na pożegnanie – zdradź nam, kiedy Emil pojedzie na PRZYNAJMNIEJ dwutygodniowe wakacje?

Wakacje już miałem – to była majówka. A teraz robota (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu