ELDER – O przepływającym świecie

Gdybym chciał, aby wstęp do tego wywiadu pasował do muzyki wykonywanej przez indagowany zespół, musiałbym napisać coś długiego, pełnego zawiłych zdań i niespodziewanych zwrotów akcji, a nade wszystko: coś błyskotliwego. Niestety – nie bardzo potrafię, dlatego zostawiam was z takim oto krótkim wstępem i zachęcam do uważnej lektury, odsyłając przy okazji do niedawno opublikowanej recenzji nowego krążka amerykańskiej kapeli. A teraz – czytajcie. Nick DiSalvo.

Lada moment premiera waszej czwartej pyty. Jako osoba, która nic w życiu nie nagrała, o wypuszczaniu tego na rynek nie wspominając, zastanawiam się, czy to nadal ta sama radocha i ekscytacja co przy premierze debiutanckiego krążka?

Jak najbardziej. Premierze każdego z naszych dotychczasowych krążków towarzyszyło takie samo podekscytowanie, ponieważ wierzymy, że z każdym nagraniem stajemy się coraz lepszym zespołem. Tak też było tym razem. Nie mam wątpliwości, że „Reflections Of A Floating World” to nasze najlepsze dzieło.

Co sądzisz o poprzednich krążkach? Zrobiliście spory progres.

Rzeczywiście, zaczynaliśmy grając zwykłego stoner rocka z psychodelicznymi i doomowymi naleciałościami, by następnie przenieść się w bardziej progresywne rejony, ale bez względu na zmiany stylistyczne nadal pozostajemy po prostu bandą facetów grających muzykę, którą kochają. Starsze płyty z biegiem czasu trochę mi się znudziły. One były całkiem ciekawe w czasie, kiedy wychodziły, jednak jeśli grasz w kółko te same utwory, stajesz się bardziej głodny nowych dźwięków.

Największym wyzwaniem podczas prac nad „Reflections Of A Floating World” było…?

Utrzymanie podobnego stylu co na „Lore” gdzie utwory są dynamiczne, napisane z rozmachem, ale jednocześnie bardzo klasyczne, po prostu rockowe. Uważam, że udało nam się nie tylko tę formułę utrzymać, ale i rozwinąć. Ludzie oczekują, że z każdym albumem nasze brzmienie przejdzie radykalną zmianę – bo tak do tej pory było – jednak nowa płyta była dla nas momentem na zwolnienie, wzięcie oddechu i kontemplację tego, co osiągnęliśmy na „Lore”. Czujemy się z tym krążkiem bardzo dobrze, nadal siedzą w nas podobne wibracje, dlatego uznaliśmy, że nie warto nagrywać na siłę czegoś innego, tylko po to aby było inne. Po prostu: chcieliśmy pozostać w zgodzie ze sobą, grając muzykę, jaką chcemy grać; nie jakiej oczekują od nas inni.

Nowy album rzeczywiście jest do „Lore” pod wieloma względami podobny, jednak jest też trochę cięższy.

Tak, ale… to jakoś samo tak wyszło. Dobrze się czułem  z powrotem w nieco cięższych klimatach i riffy same wychodziły spod palców. Myślę, że kawałki na „Reflections…” są bardziej złożone, bardziej wielowarstwowe, a jednocześnie lepiej napisane, dzięki czemu łatwiej je przyswoić.

O przepływającym świecie

O przepływającym świecie

Z czego wynika ta dziwaczna struktura waszych utworów?

Sam piszę 3/4 muzyki, chociaż mamy niekiedy takie okresy, kiedy sporo jammujemy. Zazwyczaj to ja nagrywam dema i składam wszystko w całość, ale niemal zawsze pracuję nad kilkoma numerami naraz. Ten system powoduje niekiedy niecodzienne sytuacje, kiedy np. połowa jednej piosenki zostaje zaadoptowana do innego numeru. Być może właśnie dlatego te kawałki są pokręcone.

“Reflections Of A Floating World” to rodzaj albumu koncepcyjnego?

Cały album osnuty jest wokół jednego tematu, jednak poszczególne utwory nie tworzą wspólnie żadnej historii; są ze sobą jedynie luźno powiązane. Cały ten koncept „przepływającego świata” wywodzi się z Japonii i odnosi się do dekadenckiego, konsumpcyjnego społeczeństwa, które tworzą przedstawiciele „zachodniej cywilizacji” (trudno wypowiadać mi się za inne kultury, ale mam wrażenie, że konsumpcyjny kapitalizm sięgnął już prawie wszędzie). Dla mnie to tylko jeden ze światów, nie ten jedyny; i nie jedyna rzeczywistość, w której MUSIMY żyć. Nazwaliśmy ten krążek właśnie w ten sposób, ponieważ wszystkie utwory dotykają różnych aspektów tego świata i ewentualnych możliwości wyzwolenia się z niego po to, by nasza egzystencja miała trochę więcej sensu. To moje refleksje na temat naszego społeczeństwa i tego, co się aktualnie dzieje na świecie, ale podejrzewam, że wiele osób mogłoby się pod nimi podpisać.

Chciałbym zatrzymać się na chwilę przy utworze „Sonntag”. Zdecydowaliście się na niemiecki tytuł przez jego krautrockową atmosferę?

Ostatniego dnia sesji nagraniowej przyszedł do nas Mike Risberg – obecnie członek Elder – oraz nasz dobry kolega, Michael Samos, i zagraliśmy wspólnie kilka długich jamów. „Sonntag” to tylko 10-minutowy wycinek z ponad trzygodzinnego materiału, który powstał podczas naszego spotkania. Od razu spodobała nam się leniwa, transowa i – jak słusznie zauważyłeś – krautowa atmosfera tego kawałka i pomyśleliśmy, że mógłby on w ciekawy sposób przełamać naszą zwyczajową ścianę dźwięku, bo – umówmy się – nie gramy minimalistycznej muzyki. Początkowo utwór miał nazywać się „Sonntag Morgen Herunterkommend”, albo “Sunday Morning Coming Down”, jak ten numer Johnny’ego Casha. Tytuł wpadł mi do głowy kiedy spacerowałem pewnego mroźnego, niedzielnego poranka po pustych ulicach berlińskiego Kreuzbergu i obserwowałem wschodzące słońce, które witało odsypiających nocne imprezy berlińczyków. Ten moment wydawał mi się idealnie pasować do wspomnianego utworu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się nieco przyciąć tytuł.

Nie masz wrażenia, że niemiecka muzyka jest nadal nieco niedoceniana?

Wydaje mi się, że sporo niemieckich zespołów z lat 60. i 70. zyskało w ostatnich latach na popularności (choć bardzo często są cholernie niedoceniane w samych Niemczech!) co bardzo mnie cieszy, bo muzyczne dziedzictwo tego kraju jest absolutnie wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Fajnie, że nawet te bardziej podziemne zespoły cieszą się teraz pośmiertną estymą wśród młodych fanów, ale i tak chce mi się śmiać kiedy jakiś hipster mówi mi, że kocha Can czy Amon Duul.

Wyczytałem w jednym z wywiadów, że „Wojna i Pokój” Lwa Tołstoja zainspirowała cię do napisania tekstów na „Dead Roots Stirring”. Czy podczas pisania materiału na „Reflections Of A Floating World” również sięgnąłeś po jakieś lektury, które wpłynęły na teksty?

„Dead Roots Stirring” jest jedynym albumem inspirowanym bezpośrednio książką. Większość tekstów to moje przemyślenia na przeróżne tematy, czy też próby opowiedzenia jakiejś historii na uniwersalny temat.

Co takiego zrobiło na tobie wrażenie w „Wojnie i Pokoju”?

Strasznie podobają mi się idee Tołstoja dotyczące historii i spirytualizmu – kiedy czytałem tę książkę, wydawały mi się rewolucyjne. Uważa on na przykład, że to nie jednostki kształtują historię, a raczej jakaś niemalże mistyczna, nieprzewidywalna, ukryta siła, która prowadzi miliony ludzi w jakimś kierunku, ale w taki sposób, że każdy z tych ludzi pełni w tej układance bardzo ważną rolę. Pomysł, aby umniejszyć znaczenie „wielkich postaci”, przywódców, wydaje mi się bardzo interesujący. Tołstoj był też mistrzem w ukazaniu ludzkiej kondycji w obliczu najistotniejszej z walk – ze świadomością śmiertelności. Był zafascynowany infantylnym, acz na swój sposób pięknym religijnym spojrzeniem rosyjskiego chłopstwa. Tołstoj to enigmatyczna postać, a jego próby zrozumienia czym jest życie i klarowność z jaką owe próby opisywał, strasznie mnie poruszyły. „Wojna i Pokój” to długa książka, ale warta przeczytania.

Lubisz długie i zawiłe historie? Bo taka właśnie jest wasza muzyka.

Szczerze mówiąc, Tołstoj to jedyny autor, któremu udało się na mnie zrobić wrażenie długą, skomplikowaną powieścią. Nie czytam już tyle, ile bym chciał, poza tym obecnie raczej nie interesuje mnie tak filozoficzna literatura. Skończyłem niedawno dwie wielce interesujące lektury – „Biały Szum” Dona DeLillo oraz „Sprzysiężenie Osłów” Johna Kennedy’ego Toole’a. Bardzo zabawne, ale i niezwykle interesujące książki, ukazujące dwie zupełnie różne Ameryki. Nie zainspirowały mnie do tworzenia, ale świetnie się je czyta, no i są nieco lżejsze niż rosyjska literatura.Band

Zostając jeszcze przy długości i zawiłości waszych utworów. Jak udaje wam się łączyć te dwie cechy z niezwykłą wręcz chwytliwością?

Nie możesz traktować długiego utworu jako wymówki, żeby nagrać coś nudnego i powtarzalnego. To okazja, aby stworzyć coś super kreatywnego, aby łączyć ze sobą elementy pozornie do siebie nie pasujące, aby zabrać słuchacza w daleką i pełną niespodzianek podróż. Nigdy nie pozwolimy sobie na zrobienie muzyki na odpierdol. Kiedy coś wydajemy, jesteśmy w 100% przekonani, że każda nagrana sekunda spełnia nasze standardy.

Kiedy rozmawialiśmy dwa lata temu powiedziałeś mi, że Ameryka cię przeraża. Obecnie jesteś przerażony jeszcze bardziej?

Jakimś cudem nie wyczerpaliśmy jeszcze wszystkich zasobów naturalnych, chociaż bardzo się staramy, ale nasz system polityczny okazał się jeszcze większą porażką, niż się spodziewałem. Większość Amerykanów to ciepli, dobrzy ludzie, ale to naprawdę przerażające jest to, że manipuluje się niewyedukowanymi, bezmyślnymi masami, do tego w najgorszy możliwy sposób – zresztą nie tylko w USA, tak dzieje się na całym świecie. Jednakże wydaje mi się, że dotarliśmy już na dno i cała nadzieja, że jakieś przyszłe reformy pomogą nam się od niego odbić. Szczerze mówiąc, wątpię, aby udało się je przeprowadzić bez wojny domowej.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu/Tinnitus Photography