EERIE – …ważne, że jest wpierdol

Eerie wyrosło jak spod ziemi. Prawie nikt nic nie widział, prawie nikt nic nie słyszał a tu nagle koścista piącha w potylicę i jest! Nokaut. Nowonarodzone „truchło” tegoż wykopał spod grud zatęchłej gleby, jak zwykle czujny, Wszechpotężny Wydawca. Rzeczywiście, ma nosa, świeżość tej zgnilizny zwabi bowiem w moim przekonaniu niejedną larwę żądną czarnej krwi w jego pajęczą sieć, bo Into Everlasting Death to płyta – esencja, wszystkiego co w czarnej sztuce najlepsze z jednej strony i odwagi forsowania rozwiązań obecnie „modnych” (acz nie wtórnych) z drugiej. Efekt? Powalający. Tak też leżałam sobie, słuchałam sobie i układałam pytania do artysty Ancestora i artysty V.O.W.O.C.-a, a więc sprawców tego siarczystego wpierdolu. Ja jeszcze się nie podniosłam, ale kto już wstał, niechaj poczyta, co ciekawego do powiedzenia mają wspomniani artyści…

Cześć i czołem, jak nastroje po pierwszych (bardzo dobrych) recenzjach? Śledzicie co w „internetach” piszą o Eerie?

A: Jesteśmy zadowoleni, bo feedback jest bardzo pozytywny, naturalnie sprawdzam pojawiające się recenzje, ale przede wszystkim chciałem nagrać taką płytę, jakiej sam chętnie bym słuchał, pozostałe opinie to dla mnie w tym przypadku sprawa drugorzędna.

V: Recenzje jak na razie zbieramy w znacznej większości pozytywne, co jak najbardziej cieszy. Chociaż po lekturze kilku z nich zaczynam się zastanawiać jakie demony siedzą niektórym w głowach.

Ancestor, Eerie zrodziło się w Twojej głowie. Skąd potrzeba utworzenia własnego projektu? Grasz przecież w Outre, które ostatnimi czasy dość mocno przewodzi krakowskiej scenie, grałeś w Formosus. Czy w tych zespołach brakuje/brakowało Ci możliwości realizacji własnych pomysłów?

A: W Outre głównym kompozytorem zawsze był Damian, ja przez to miałem trochę niewykorzystanych nigdzie pomysłów, do tego sporą ilość wolnego czasu, stąd Eerie.logo

Właśnie, projekt a może zespół? Pierwotnie, z tego co mi wiadomo, Eerie miało być autorskim projektem Ancestora. Jak więc to się stało, że VOWOC (znany m.in. z BoP czy Oremus) oraz Maciek (z Outre, który nagrał perkusję) zostali zaproszeni do współpracy? Czy pomysłodawca pierwotny, miał konkretną wizję całości strzegąc jej rygorystycznie, czy w trakcie procesu twórczego panowała raczej swoboda i nie było problemów z możliwością wdrożenia pomysłów przez zaproszonych do współpracy?

A: To prawda, na początku miał być zupełnie niezobowiązujący projekt. Poprosiłem Maćka o nagranie garów bo tak jak wspomniałaś gramy w jednym zespole, a mając pod nosem takiego bębniarza nie było najmniejszej potrzeby szukać nigdzie dalej. Potem myślałem komu zaproponować zrobienie wokali, ostatecznie padło na V.O.W.O.C.-a po tym jak odpaliłem split BoP z Devathorn, te czyste mnie poskładały całkowicie. Nie znaliśmy się wcześniej, ale w zasadzie od początku dogadywaliśmy się bez problemu, niesamowicie zdolny piosenkarz.

V: Współpraca pod względem konceptu przebiegła bardzo sprawnie, ponieważ okazało się, że w wielu miejscach jest nam ze sobą po drodze. Zostałem dopuszczony do współtworzenia warstwy lirycznej, co jest bardzo istotnym elementem tej muzyki. W kompozycje się co do zasady nie wpieprzam, chyba, że wpadnie mi do głowy naprawdę ciekawa rzecz. Wtedy Ancestor mi mówi, że mój wspaniały pomysł sobie jednak darujemy. I to chyba wyczerpująca odpowiedź na ostatnią część pytania.

Kompozycje na „Into Everlasting Death” są niezwykle przemyślane i rozbudowane. Niezaprzeczalną siłą tego krążka prócz świetnych partii gitar i perkusji są wokale, które z niesamowitym wyczuciem komponują się z muzyką, dosłownie powalając niebanalnymi rozwiązaniami i różnorodnością od bezkompromisowych wściekłych growli przez obłąkańcze skrzeki po szepty, tworząc z muzyką spójną, niesamowitą atmosferę, po trosze klaustrofobiczną, gęstą i duszną, po trosze mistyczną i przestrzenną. Jak rozkłada się wkład poszczególnych person w słyszalną całość?

A: Ja gram na gitarze.

V: Ja śpiewam.

Należę do osób, które jako swój obowiązek traktują „czepianie się” warstwy tekstowej, gdyż wychodzę z założenia, że gdyby teksty nie miały znaczenia, tworzono by utwory instrumentalne. Muszę więc i tym razem podpytać o ten aspekt, gdyż można zauważyć pewien koncept łączący wszystkie liryki. Płytę otwierają i zamykają sample z serialu „True Detective” mówiące o tym, że świat to getto, wielki śmietnik w kosmosie, ponadto nawiązujące do koncepcji wielkiego powrotu, która głosi, że czas nie jest linearny a zatacza krąg przez co wszystko we wszechświecie jest powtarzalne. Zarówno wstęp jak i zakończenie tworzą klamrę do właściwych tekstów utworów. I o ile tytuł płyty bez zagłębiania się w liryki wydawał mi się na wskroś trywialny, tak zmuszona jestem zwrócić honor, gdyż razem z tekstami tworzy dopracowaną całość, w której nacisk kładziecie nie na powtarzalność życia, a śmierci – wiecznego procesu zniszczenia, zarówno świata jak i jednostki, obrazując swoją wizję bogatą, apokaliptyczną metaforyką nawiązującą do wspomnianej filozofii. Co więc było główną inspiracją do stworzenia takich właśnie tekstów, czy była to bardziej filozofia, do której trafnie wybraliście sample, czy właśnie ów serial był bodźcem głównym, a może zupełnie co innego? I jeszcze jedno, czy podzielacie postulat integralności przekazu muzycznego i tekstowego?

V: Sample wybraliśmy na samym końcu prac nad albumem. Przyznaję, że sam motyw powracającego kręgu miał pewien wpływ na tekst do czwartego kawałka, co zresztą wyraźnie widać w tekście. Natomiast twierdzenie jakoby był to koncept album oparty na serialu, jakkolwiek godnym uwagi i polecenia, jest twierdzeniem błędnym. Być może nadajemy ze scenarzystami na podobnych falach. A może po prostu śmierć jest zjawiskiem zarówno uniwersalnym jak też przyjmującym różne barwy i na pewnym etapie kolejnego z powracających kręgów spojrzy na nas w sposób, który wyda nam się znajomy. Tyle, że wtedy to już będzie bez znaczenia kto miał rację. Co do drugiej części pytania – osobiście podzielam ten postulat w wypadku tego gatunku muzycznego w którym się obracamy, w pozostałych niekoniecznie, chociaż i tam należy uważać żeby nie popaść w jakąś śmieszną skrajność. Równie ważną rolę w muzyce odgrywają dla mnie emocje – jeżeli są wyjątkowo wyraziste, przekaz liryczny i wokale mogą nawet nie istnieć, bowiem wtedy od razu czujesz o czym jest muzyka i w które miejsce chce ci zrobić krzywdę. Może to brzmieć głupio ze strony wokalisty, ale co ja poradzę, skoro tak jest.eerie_ied-do_internetu-rgb

Debiut Eerie to wściekle blackmetalowy galop z łatwością połączony z melodiami, chwytliwymi, ale też w pewnym stopniu transowymi, które wtaczają się w świadomość niczym odwieczne koło zniszczenia. Ta różnorodność osadzona jest na solidnym, blackowym fundamencie, jednak (co w moim odczuciu jest ogromnym plusem) brak tu nachalnych udziwnień, każdy dźwięk zdaje się być zarazem nieprzewidywalnym, ale i nieuchronnym następstwem poprzedniego. Nie jest to łatwe zadanie, żeby zespolić dźwięki w sposób na tyle oryginalny i nie powielający schematów by absorbowały słuchacza i jednocześnie nie odfrunąć zbyt daleko w swoich muzycznych wizjach. Wam się to udało. W związku z powyższym ciekawa jestem, jak zapatrujecie się na wszelkie muzyczne eksperymenty? Do jakiego stopnia można według Was pozwolić sobie na odejście od gatunkowych korzeni, aby nie zatracić się w potrzebie oryginalności, gubiąc sens pierwotny? I jakie w związku z tym są przestrzenie Waszych inspiracji? Czy czerń to dominujący kolor na muzycznych horyzontach? A jeśli nie, to jakie odcienie jeszcze tam znajdziemy?

A: Cały materiał powstał w dość krótkim okresie czasu co może być przyczyną jego spójności. Przy pisaniu muzyki na płytę nie stawiałem sobie żadnych założeń, jedyne co musiało być to wpierdol. Reszta wyszła naturalnie, nie było zastanawiania się czy riff jest transowy albo czy melodia jest chwytliwa, ważne, że jest wpierdol, jak dla mnie o to chodzi w tej nucie. Na wszelkie eksperymenty jestem otwarty o ile tylko robi się to z głową i w granicach dobrego smaku. Niestety, jest pełno herbatników, które z istnienia takiej granicy chyba sobie w ogóle nie zdają sprawy; jak ktoś nie wie o co chodzi to polecam przyjrzeć się bliżej krakowskiej scenie, tutaj takich jednostek mamy dużo. Jeśli chodzi o inspiracje – mocno kręcą mnie tematy typu Svartidaudi, DsO czy Ascension.

V: Jest progres będący naturą funkcjonowania zespołu oraz jest z drugiej strony pierdolony artyzm. On oraz natchnione udziwnienia dają muzyce raka. Niezależnie od tego czy jest to leśne bzyczenie, czy połamane post-drone kaptury czy „ohSatuuntheeshinethamongethlightethovgloreth”, ze swojej strony zauważyłem, że im bardziej ludzie nad czymś się pałują, tym mniejszą ochotę mam tego słuchać. A teraz BARDZO w dobrym tonie jest szukać oryginalności, czasem na siłę. Być może się nie znam, być może omija mnie kupa fajnych rzeczy, ale na to już nie mam wpływu.

Niejeden „debiutant” (w cudzysłowie, bo przecież świeżakami na scenie nie jesteście) chciałby, ażeby jego pierworodne dzieło dostrzegła jakaś wytwórnia. Wam udało się przebić do Arachnophobii, która ostatnio co chwilę serwuje przepyszne kąski z dziedziny naszego, rodzimego łomotania. Jak to się stało, że Eerie znalazło się pod skrzydłami (lub może trafniej było by stwierdzić w sieci) Wszechpotężnej? Wymagało to jakichś szczególnych starań?

V: W zasadzie wyszło to od słowa do słowa. Krzysztof to człowiek o selektywnym guście muzycznym i równocześnie niezły strateg jako wydawca. Wie, na co może sobie pozwolić, a co lepiej omijać szerokim łukiem. Tym bardziej dziwię się, że postanowił nas wydać.

Na chwilę obecną pełnoprawnymi członków Eerie jest dwóch, co mogłoby sugerować, że jest to projekt studyjny, bo we dwójkę ciężko grać koncerty. Czy planujecie zatem w przyszłości zebrać skład koncertowy, żeby zaprezentować swoją muzykę na scenicznych deskach?

V: W istocie, początkowo miał być to projekt studyjny, natomiast ostatnio pojawiła się koncepcja występu na żywo, nad którą poważnie się zastanawialiśmy. W momencie, kiedy odpowiadamy na te pytania raczej już wiadomo, że z różnych przyczyn nic z tego nie będzie. Ale gdyby pojawiła się kolejna możliwość a nam by to odpowiadało – dlaczego nie?

I na koniec tradycyjne pytanie o plany na przyszłość. Czy po udanym debiucie możemy spodziewać się, że Eerie zaatakuje ponownie?

V: Niczego i nigdy nie możemy się spodziewać, bo przyszłość jest pewna na tyle, na ile możemy w nią zajrzeć. Może to i lepiej. Od niepewności gorsza jest tylko świadomość, że na to co nadejdzie nie masz absolutnie żadnego wpływu. A cykl nieuchronnie dobiega końca.

Rozmawiała Justyna Bochenek