DROWN MY DAY – Gramy dla ludzi

Spóźnione, ale szczere słowa od Drown My Day, który kilka dobrych miesięcy temu pochwalił się nową płytą. Następca „Confessions” czyli „The Ghost Tales” to kawał gniotącego grania, ale też kilka zmian, które kogoś mogą zaskoczyć, albo wręcz zaboleć. W każdym razie – jeśli lubiliście poprzedni krążek tej załogi, nowe dzieło może być wyzwaniem, bo zamiast całej feerii blastów i łamańców, dostajemy do ręki walec, który operuje bardzo często w średnich i wolnych tempach. Rezygnacja z szybkich partii  i nieco inny kierunek poszukiwań po części mają związek ze zmianami w składzie, bo na miejscu perkusisty siedzi dzisiaj Kuba Homik, znany także z Totem. To jednak jedynie drobny element układanki, bo im dłużej obcujemy z płytą, tym szybciej przekonujemy się, że zmiany są przemyślane i nowe – odświeżone – oblicze zespołu ma sens, pokazując ciągłą ewolucję tej muzyki. Na temat spraw aktualnych i nie tylko rozmawiamy z wokalistą zespołu – Maciejem Korczakiem. 

W jakim miejscu kariery znajduje się, twoim zdaniem, Drown My Day?

Tak naprawdę, to my w tej chwili musimy przypomnieć słuchaczowi o istnieniu naszego zespołu. Minęło aż pięć lat od naszego ostatniego longplaya „Confessions”. Nie bójmy się użyć tego słowa w kontekście muzyki metalowej, ale jestem świadomy jak bardzo potrafią się zmienić… trendy. Wiem też ile osób zainteresowanych muzyką metalcore i pokrewną mogło przez te pieć lat po prostu przestać słuchać takiej muzyki. Jesteśmy na etapie powrotu, mimo, że ciągle tu byliśmy.

Właśnie – Confessions to był kop w ryj niemożliwy, choć takiej muzyki słucham mało, to płyta mocnodmd-live-002 zażarła. Było szczytowanie a potem… cisza… Tłumacz się…

Bardzo mocno postawiliśmy na koncertową promocję tego materiału. Graliśmy rocznie nawet po 50 koncertów. Znaczną ich większość bookowałem samodzielnie. Biorąc pod uwagę to, że już wtedy każdy z nas normalnie pracował, a ja byłem równocześnie na etapie kończenia studiów, to naprawdę kosztowało to nas sporo wyrzeczeń. A potem… cóż, potrzebowaliśmy odpocząć od tego. Od tego, że każdy z nas przez słowo „weekend” rozumiał „bycie w trasie”. To jest bardzo fajne, ale jednocześnie męczące na dłuższą metę. Od poniedziału do piątku normalnie pracujesz, w weekend robisz nawet 3000 km w trasie. I jak to bywa, po takim intensywnym czasie potrzebowaliśmy też odpocząć od siebie. Ja w międzyczasie poukładałem swoje życie prywatno-zawodowe i dopiero teraz wracamy na właściwe tory jako zespół. Liczę, że ta przerwa przyniesie pozytywny efekt.

Ile w sumie zagraliście w okresie po „Confessions” koncertów?

Będzie to łącznie około 150 koncertów, przy czym dwa lata po wydaniu tej płyty były najbardziej intensywne. Oprócz koncertów w Polsce, udało się zwiedzić naprawdę kawał Europy.

Na koncertowe wspominki przyjdzie jeszcze czas. Teraz warto zająć się zmianami. Bo te były w sumie proste, ale znaczące, z mojego punktu widzenia. W zespole pojawił się nowy pałker i to wpłynęło – takie jest moje zdanie – na charakter i kierunek muzycznych poszukiwań. Dlaczego tak się stało?

Adam, nasz były bębniarz poinformował nas o swojej decyzji dosyć nagle. W tamtym okresie widziałem, że wspomniane przed momentem ciągłe bycie w trasie trochę też go zmęczyło. Były też zespołowe sprawy, które najzwyczajniej go frustrowały. Stało się jak się stało, a jego miejsce zasilił Kuba Homik, który jednocześnie bębni w zespole Totem. Co do charakteru i kierunku muzycznych poszukiwań – wiem pewnie co masz na myśli, jest teraz trochę inaczej, mniej „blaściarsko”, kosztem muzycznego groove’u oraz bujających rytmów. Ale tu Cię zaskoczę, większość partii z nowego albumu wymyślona została jeszcze przez Adama. Wiadomo, te numery zostały dość mocno przez nas przearanżowane w taki sposób, aby Kuba czuł się w nich swobodnie i grał tam, to co chce grać. Ale całość materiału została napisana za czasów, kiedy Adam był jeszcze perkusistą Drown My Day. Ot, po prostu dość mocno ociągaliśmy się, aby zebrać to w kupę, wreszcie nagrać i ostatecznie wydać.

Na pewno była to znączaca zamiana. Inaczej wszystko buja no i faktycznie jest wolno. A przez to bliżej traszu wręcz. Czy można zatem przyjąć, że dzisiejsze oblicze DMD jest tym, hmmm, ostatecznym i właściwym?

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Wiesz, dla mnie zarówno „Confessions” jak i „The Ghost Tales”, to jest ten zespół i nie czuję, żeby jeden czy drugi album był bardziej, lub mniej „nasz”. Kiedy pracowaliśmy nad poprzednim albumem, sporo słuchaliśmy rzeczy typu Aborted, Despised Icon, Suffocation etc. Teraz zaczęły nas prywatnie jarać trochę inne rzeczy. Odpoczeliśmy od klasycznej „młócki”, a na naszych prywatnych playlistach zaczęło się pojawiać dużo więcej innych gatunków muzycznych niż death metal i pochodne. Przyniosło to taki a nie inny efekt. Wiesz, to nie jest też tak, że to czego słuchamy, to potem jest bezczelnie „zerżnięte” na kolejnej płycie Drown My Day, ale w trakcie pisania nowego materiału, zawsze jakoś inspirujesz się tym, co po prostu Ci się podoba w danej chwili. Powoli pojawiają się w naszych głowach pomysły na nowe utwory, ale w jakim kierunku pójdzie nasza nowa muzyka, na tę chwilę – nie mam pojęcia.

Pytam o to finalne ukonstytuowanie się muzyki, bo w zasadzie każdy wasz materiał był trochę inny i w innym kierunku podążał. Najnowsze dzieło, to druga płyta długograjaca a jak wiadomo, drugi materiał zawsze jest ciężkim tematem. Pokazuje, że zespół się rozwija i potwierdza bądź nie jego wartość. Boicie sie odbioru tej muzyki w kontekście zaistniałych zmian?

Nie, raczej nie boimy się. Wiem, że nie każdemu nowy materiał się spodoba. Jestem świadomy, że jeśli ktoś od nas wymaga ciągłej gonitwy, blastów w każdym utworze oraz gitarowych „zawijasów”, to może poczuć się poniekąd rozczarowany. Materiał na nowej płycie jest z jednej strony dużo bardziej zróżnicowany niż ten z „Confessions”, a zarazem album jako całość jest rzeczą zdecydowanie spójniejszą niż nasze poprzednie wydawnictwa. Jeśli ktoś jednak uzna, że zrobiliśmy krok wstecz, cóż…  jego zdanie i jego opinia.

Gramy dla ludzi

Gramy dla ludzi

Co do tego „ktosia” – odnoszę wrażenie, że DMD stworzył sobie całkiem solidny legion fanów, którzy stoją za wami murem. Czujecie coś takiego, czy to tylko mój wymysł?

Tak, jest kilku takich maniaków, to bardzo miłe. Jest sporo, które często zamawiają od nas nowe płyty czy merchandise przez nasz sklep online. Sam zajmuję się wysyłką tych zamówień więc często widzę, że przesyłki wysyłam pod adresy, które już kojarzę. Taką prawdziwą próbą zaufania wobec zespołu jest zakupienie płyty w formie preorderu. Ktoś w końcu zamawia album, nie wiedząc nic o jego zawartości, no… może poza jednym, dwoma singlami, które pojawią się w sieci przed premierą albumu. To bardzo fajne uczucie, kiedy widzisz, że ktoś ma na tyle duże zaufanie do Ciebie, że zamawia coś tak naprawdę w ciemno. Jednak osobiście nie lubię tego rozróżnienia na zespół i fanów. Zawsze staram się poznać ludźmi, którzy nas wspierają. Jako zespół nie moglibyśmy istnieć bez tych osób. Jesteśmy jedną z tych kapel, które zdecydowanie bardziej wolą grać dla ludzi, aniżeli siedzieć i dłubać w salce prób w samotności.

Skoro mówimy o graniu dla ludzi, skleć wiązankę wspomnień z koncertów. Wiem dobrze, jak taksytuacja jest wyczerpująca, jak wiele trzeba poświęcić i ile zdrowia stracić. Co was w tej wiecznej tułaczce pociąga?

Dużo rzeczy jest fajnych w takich wypadach. Ja najbardziej lubię poznawać nowych ludzi oraz wracać do starych znajomych z którymi kontakt jest możliwy niemalże tylko w trakcie trwania trasy koncertowej. Mamy sporo starych znajomych na Słowacji, w Czechach czy na Węgrzech. Ostatnio w trakcie prywatnych wakacji, które spędziłem między innymi w Budapeszcie, udało się spotkać z grupą starych znajomych. Jedną z tych osób jest Gabi, były gitarzysta The Sharon Tate, obecnie grający w Harmed. To właśnie on jest odpowiedzialny za miks i master „The Ghost Tales”. Wiesz, wiele rzeczy potrafi zaskoczyć na takich wyjazdach. Przejeżdżasz setki czy nawet tysiące kilometrów do miejsca w którym podejrzewasz, że muzyka Drown My Day nigdy nie zawitała, no bo niby jakim cudem, a tam jeszcze przed koncertem podchodzi do ciebie ktoś z twoją płytą, abyś mu ją podpisał, w dodatku zaczyna ci opowiadać, że słucha nas już np. od dekady i nigdy nie sądził, że uda mu się zobaczyć nas na żywo. To jest bardzo, bardzo miłe i poniekąd podnosi na duchu. Sam występ to tylko te około trzydzieści/czterdzieści intensywnych minut spędzonych na scenie, kulminacja. Jak tylko jest na to czas, uda nam się też sporo pozwiedzać. Szczerze powiedziawszy gdyby nie granie w zespole, prawdopodobnie nigdy bym nie odwiedzil takich miejsc jak chociażby Rumunia. Bardzo lubię wyszukiwać w takich miejscach czy przypadkiem gdzieś w okolicy klubu nie znajduje się jakiś fajny sklep z płytami. Kiedyś, kiedy graliśmy koncerty w Belgii udało się znaleźć jakiś komis w całości poświęcony muzyce metalowej. Znalazłem tam „Power Metal” Pantery na winylu i… do dziś sobie pluję w brodę, że nie zakupiłem tej płyty. Nie wiem czemu tak zrobiłem.

Ile trwała najdłuższa eskapada koncertowa Drown My Day?

Jeśli weźmiemy pod uwagę „bycie w trasie” bez żadnej przerwy, to na pewno obędzie to wypad z 2015 roku. W 15 dni zagraliśmy łącznie 14 koncertów. Odwiedziliśmy między innymi Belgię, Holandię, Czechy, Słowację… dużo się działo i było to coś naprawdę fajnego. Koncerty w takie dni jak poniedziałek czy wtorek odrobinę bolały, ponieważ frekwencja nie powalała, ale było naprawdę spro frajdy z tego wyjazdu. Dwa lata wcześniej, zaraz po wydaniu „Confessions” zagraliśmy cykl koncertów „Spring Confessions Tour”, była to jednak rzecz rozbita w głównej mierzę na weekendy, łącznie ponad dwadzieścia koncertów w dwa miesiące.The Ghost Tales

Okładka i tytuł płyty sugerują oczywiście twoje fascynacje horrorami, a że to wdzięczny temat, opowiedz nam o koncepcie płyty – co miało wpływ na nowe liryki? I czy Kuba Sokólski dostał od was jakieś wytyczne odnośnie grafiki?

Koncept pojawił się dopiero w połowie tworzenia tekstów na ten album. Chciałem żeby było to spójne jako całość, od tekstów po oprawę graficzną płyty. W swoim życiu obejrzałem naprawdę sporo azjatyckich horrorów, to jest bardzo ciekawy oraz mocno rozległy temat. Wiesz, to co w głównej mierze odróżnia azjatyckie kino grozy od typowych, amerykańskich slasherów, to ogromna ilość symboliki oraz odniesień do mitologii. Sporo insipiracji tym kinem przelałem na teksty nowej płyty. Co do współpracy z Kubą, znałem wcześniej jego prace oraz ceniłem sobie jego łatwo rozpoznawalny styl. Bardzo podoba mi się, że kiedy spojrzysz na ilustrację zdobiącą nasz nowy album, to z jednej strony łatwo rozpoznasz, że jest to dzieło Kuby, a z drugiej strony idealnie udało mu się uchwycić klimat, który chciałem aby został zaprezentowany. Pokazałem mu wcześniej kilka starych, japońskich ilustracji, a on stworzył coś w podobnym guście, dorzucając do tego część swojego stylu. Jestem bardzo zadowolony z końcowego efektu i wiem, że projekt bardzo spodobał się większości osób, z którymi rozmawiałem na ten temat.

Faktycznie, robi wrażenie i przyjemnie trzymać solidnie wydaną płytę w łapach. Czy to zasługa dobrej współpracy z NoizGate? Po raz kolejny oddaliście muzykę w ich ręce…

Pomysł na to, jak ma prezentować się całość bookletu oraz reszty grafik, to też rzecz która wyszła z mojej strony. Za złożenie tego do kupy odpowiada Marcin Studziński (znany w sieci jako st. Chaos Art), współpracowaliśmy z nim już przy okazji ep-ki „Nightmare Becomes Reality”. Wiem, że dzisiaj jest sporo osób, które narzeka na tzw. digipacki, głównie ze względu na trwałość. Pomyślałem jednak, że jeśli włożymy całość w „plastik”, to mocno utraci to na swoim „książkowym” klimacie. Noizgate zaakceptował mój pomysł, bardzo polubili też koncepcje wydawnictwa. Przy okazji „Confessions” współpracowało nam się dobrze więc zdecydowaliśmy się kontynuować działania. Były inne opcje, ale ostatecznie jestem bardzo zadowolony. Druga sprawa, że w naszym kraju nikt nie wydaje metalcore czy deathcore…

DMD to dzisiaj w pełni profesjonalny zespół, zatem jak odnosicie się do starych nagrań? Lubisz posłuchać sobie np. „Forgotten”?

Nie słyszałem tej ep-ki całe lata, choć wydaje mi się, że dzisiaj ten materiał mógłby być dla mnie zbyt „plastikowy”. Dużo kombinowaliśmy w tamtym czasie brzmieniowo i nie ukrywam, że była to trochę gonitwa, aby materiał zabrzmiał „zagranicznie”. To był ten okres dla Drown My Day, który możemy uznać za delikatną gonitwę za trendami w naszym wykonaniu. Ale nie wstydzę się go w ogóle. Ba, choć materiał zawierał tylko cztery utwory, to do aż trzech utworów z tej ep-ki zdarza nam się powracać na koncertach.

Dzisiaj już bez stresu możemy pogadać o koncertach jakie zagraliście w ostatnich miesiacach, począwszy od ofensywy z Decapitated. Możesz sklecić wiązankę wspomnień? Co musi wydarzyć się na koncercie, żebyś miał ciągle ochotę tracić czas i energię na włażenie na sceniczne deski?
Wypowiem się tylko i wyłącznie za siebie, ale… świetnie było w przeciągu trzech tygodni spotkać znajomych z całego kraju. Przejechaliśmy setki kilometrów i zagraliśmy koncerty w miastach w których nie było nas od dłuższego czasu. Świetnie było wrócić chociażby do Lublina czy Szczecina po kilku latach przerwy. Na każdym koncercie obsługiwałemdmd-live-005 nasze stoisko z merchem, praktycznie co chwilę ktoś do mnie podchodził, aby zagadać. W większości byli to starzy znajomi z którymi nie miałem okazji widzieć się nawet przez kilka lat. Sam występ na scenie to 30-minutowa kulminacja. Często sam koncert „przelatuje” mi w mgnieniu oka, ale uwielbiam to robić. Jakiś szalonych akcji na trasie nie było, albo takowe mnie po prostu ominęły (śmiech). Jako wokalista i merchowiec w jednym ciele, raczej na backstage’ach nie przesiadywałem, było co robić (śmiech).
Czy przez ostatnie tygodnie wydarzyło się wokół zespołu coś wartego uwiecznienia w wywiadzie?
Powoli zaczęliśmy pisać nowe utwory, ale bez większych i konkretnych planów. Czas pokaże co się z nimi stanie. W tej chwili skupiamy się jeszcze na promocji „The Ghost Tales”. To nadal świeża płyta, od premiery której nie minęło jeszcze pół roku.
Czas jest najlepszym recenzentem nagranego materiału – czy dzisiaj możesz powiedzieć o nim coś innego, niż np. w listopadzie?
Będąc szczerym, to dawno nie wrzucałem tej płyty na odtwarzacz. Może wkrótce się z nią zmierzę ponownie, aby wyciągnąć jakieś wnoski na przyszłość. Założenie w pisaniu tego materiału było proste – robimy numery przy których będziemy dobrze bawić się na żywo. To zadziałało – w tych numerach drzemie taka klasyczna, koncertowa energia. Nie żałuję ani trochę tego, że zrezygnowaliśmy z bardziej technicznych pościgów na gitarach. Może zabrzmi to odrobinę infantylnie, ale metal, który obecnie gramy to nie są wyścigi – to energia.
Zważywszy na wasze ADHD, mniemam, że w tym roku będziecie pojawiać się w różnych ciekawych miejscach – możesz uchylić rąbka tajemnicy – co macie w planach?
W dalszym ciągu promujemy „The Ghost Tales”. Potem czeka nas kilkumiesięczna przerwa ze względu na pewne zmiany, które nastaną w moim życiu prywatnym. Mogę jedynie dodać, że mamy już zaplanowane kilka koncertów na późną jesień, ale o tym będziemy informować w swoim czasie.

Rozmawiał Arek Lerch 

 Zdjęcia: archiwum zespołu