DRIP OF LIES – Życie w piekle samotności

W przededniu koncertu premierowego płyty „Hell” spieszymy dostarczyć rozmowę z Drip of Lies, który na scenie hc/punk ma swoje wygodne miejsce. Wygodne, co nie znaczy, że jest to zespół leniwy, choć  faktycznie, nowa, wydana własnym sumptem, płyta ukazała się po siedmiu latach niebytu. Długi czas, ale jakość „Hell”, ciężar gatunkowy, wkurzenie i szczerość rekompensują ten czas. Rzecz jasna, mamy do czynienia z ciężkim hc/punkiem, napędzanym metalowym przybojem, a wszystko jedzie na d-beat’owych resorach. Można powiedzieć, że to muzyka konkretna; nie ma ani jednego niepotrzebnego dźwięku, wywalono z tych kompozycji wszystko co zbędne, co przeszkadza eksplozjom energii. Jednocześnie jest w tej muzyce – można powiedzieć młodzieżowej – coś szalenie dojrzałego, jakiś mrok, przeświadczenie o własnej słabości. Jest poczucie beznadziei, które każe krzyczeć, nawet jeśli nikt na to nie zwróci uwagi. Prawdziwie podziemna muzyka, która ma jednak szansę zostać z nami na dłużej, bo mimo ścisłej przynależności gatunkowej, ma w sobie jakąś bolesną chwytliwość. Coś co nie pozwala od niej się oderwać. Taki to mamy pretekst do rozmowy z gitarzystą i wokalistą Pawłem, z którym przelatujemy się wzdłuż współczesnej Polski, rozszyfrowujemy czym jest społeczne rozczarowanie i szukamy na nie remedium. Bez skutku, bo nadziei raczej nie ma. Pozostaje życie w piekle samotności… 

Na rozgrzewkę coś lekkiego: jak z waszego punktu widzenia ma się punk rock w naszym kraju, pod znamienitymi rządami zjednoczonej prawicy?

Paweł: Huh,czy się zmienił? nie sądzę, żeby nastąpiły jakieś wyraźne zmiany. Mówi się, że im bardziej przejebane rządy, tym lepiej dla punk rocka, ale nie zauważyłem jakiegoś wysypu nowych, zbuntowanych ekip. Oczywiście, jest pewnego rodzaju „zjednoczenie” i reakcja na obudzonych faszystów (bo nie można już mówić, że oni nadal podnoszą głowę), ale to (na szczęście?) wyszło już poza scenę hc/punk.

Pytam o to, bo faktycznie „się starzejemy”. Rodzą się dzieci, prace coraz bardziej absorbujące, a młodzi ludzie zamiast punka wolą hispteriadę. Czy zatem wiekszy sens ma dostosowywanie się do zmieniającego otoczenia czy raczej ortodoksja? Czy takowa w ogóle ma jeszcze realne miejsce, czy to już, hm, skansen trochę…

Mimo upływu czasu, ludzie, którzy dorastali w etosie sceny punkowej, nadal, w jakiś sposób, kontynuują to z o czym głośno krzyczeli lata temu. Nie wiem, czy można to nazwać ortodoksją, ale pewien kręgosłup, jakaś taka baza, pomagają iść przez życie bez poczucia wywieszenia białej flagi i popłynięcia z prądem. Fajnie, że jest jakieś odświeżające zjawisko, w ramach tej tzw. hipsteriady, gdzie dzieciaki, mimo tego, że muzycznie kompletnie nie mają stycznych z punk rockiem, są bardzo świadome politycznie i sporo pozytywnych akcji pojawia się z ich inicjatywy (akcje pro animal, pro uchodźcze etc).

Poruszam takie kwestie, bo DoL wpisuje się w ten niezłomny i raczej odporny na zmiany nurt szorstkiego punka. Bardziej cenicie sobie stabilizację, czy wynika to z potrzeby takiego a nie innego zilustrowania przekazu?

Od pewnego czasu zacząłem zauważać, że blisko jest nam do swoistej konceptualności – warstwa tekstowa powstała na końcu procesu robienia płyty, była bardzo inspirowana tym co nagraliśmy i wydaje mi się, że to co chciałem przekazać nie zagrałoby gdybyśmy grali ska czy rock’n rolla. Stabilizacja jest bardzo ważna dla każdej kapeli. Szczególnie gdy jest się „ze sobą” już 12 lat. Jasna sprawa, że gdy zaczynasz zjadać własny ogon to potrzebny jest strzał pobudzający, ale przy takiej częstotliwości wydawania nowych rzeczy mamy jeszcze trochę czasu. Jedno i drugie zatem sprawia, że trwamy w tej naszej łupaninię.

Życie w piekle samotności

Życie w piekle samotności

Właśnie – częstotliwość. Co spowodowało, że nowa płyta dojrzewała aż 7 lat? W tym środowisku to chyba 100 lat…

Jak wcześniej mówiłeś – dzieci, prace, więcej pracy. Niektórzy byli mocno zaskoczeni, że ten zespół w ogóle jeszcze istnieje. Szczególnie osoby zza granicy – do 2013 całkiem sporo jeździliśmy po Europie i nagle słuch zaginął. Cały czas jednak spotykaliśmy się na próbach (nie zawsze graliśmy…) i cały czas była wola, żeby pchać ten wózek dalej. Jeśli mowa o dojrzewaniu, to „Hell” wyrosło bardzo szybko – niczym w szklarni albo innym inkubatorze. Przez te 7 lat zrobiliśmy pewnie materiału na kilka płyt, ale nigdy nie byliśmy do końca przekoni, że to jest to, co byśmy chcieli usłyszeć. Pod koniec 2018 spięliśmy się (spinaliśmy się już wcześniej, ale wychodziło jak wychodziło…) z nastawieniem, że teraz odpalamy. No i jakoś poszło. Całość pracy zajęła nam 2-3 miesiące i muszę przyznać, że to był najciężej przepracowany czas w historii tej grupy.

No i wyszedł konkret. Przyznam, że bardzo podoba mi się tytuł. Krótki, treściwy, symboliczny. No i mocny. Wyjaśnijmy jednak, co się za nim kryje, żeby ktoś nie posądził was o skłonności… black metalowe (śmiech).

Dobry BM jest w porządku (śmiech). Tytuł płyty jest klamrą spinającą moje przemyślenia na temat świata i szeroko pojętej ludzkości. Jeśli wczytasz się w teksty, to możesz zauważyć, że, tak naprawdę, każdy kawałek opowiada o tym samym. O życiu w piekle samotności, piekle presji, rozgoryczeniu, rozczarowaniu i permanentnym poczuciu przegranej. O rozpaczy i braku nadziei. Piekło życia – tak miała się początkowo nazywać ta płyta, ale uznaliśmy, że „Hell” bedzie bardziej dosadne i uniwersalne.

Piekło życia i rozczarowanie. To chyba najważniejsze słowa w naszym współczesnym społeczeństwie – punktujesz sytuacje, ale czy dajesz odpowiedzi?

Wydaje mi się, że nie ma odpowiedzi. Przez długi czas myślałem, że wystarczy dobrze żyć, dbać o siebie i swoje otoczenie. Niestety, skala naszej autodestrukcji jest przytłaczająca. Nie mam absolutnie pomysłu co mogłoby sprawić, że ludzkość, jako całość, obudziłaby się i skierowała na tor, który prowadziłby do poprawy sytuacji. Codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że jesteśmy na ostatniej prostej do momentu, który zmieni nasze wygodne życie w koszmar. Niektórzy wierzą, że gdzieś na końcu będzie ratunek i że „ktoś coś wymyśli”. Ja nie wierzę. Pozostaje trwanie w tym świecie i szkodzenie mu w jak najmniejszym stopniu.

Żyjemy w czasie dnia ostatecznego. Apokalipsa już się dzieje na naszych oczach, nawet jeśli brzmi to śmiesznie; człowiek ma w sobie gen destrukcji. I o tym należy mówić. Kwestia, czy ktoś jeszcze słucha/czyta teksty i czy krzyk zespołu punkowego może go obudzić?

Nie sądzę. Nasza tzw. cywilizacja właśnie wyciągnęła zawleczkę z granatu i czekamy aż wszystko pierdolnie. Zauważ, jak mało czasu zajęło nam doprowadzenie do tego stanu – autodestruktywny charakter człowieczeństwa jest niesamowity. Wraz z błyskawicznym (w skali istnienia świata) rozwojem technologicznym, równocześnie, następowało jeszcze bardziej błyskawiczne wyniszczanie tej planety. Punkowa płyta i teksty nie mają kompletnie mocy sprawczej. Z naszej strony możemy uznać to za krzyk rozpaczy i jakiś taki przywilej, że możemy wyrzucić z siebie wkurwienie na obecny stan rzeczy. Traktujemy ten materiał jako swoisty soundtrack do apokalipsy. Jeśli, ktoś przeczyta to co mamy do przekazania, nie znajdzie tam żadnej dobrej rady czy pocieszenia. Jest po prostu za późno…HELL

Faktycznie, a odchodząc od słowa w stronę muzyki – czy jest w tym w/g was jakaś ewolucja muzyczna? Bo z mojego punktu widzenia, fajnie się to układa – niby oczywisty crust/punk d-beat, ale im dłużej się tego słucha, tym więcej można wychwycić jakichś psycho zagrywek, sludge’owego syfu czy nawet neurozisowych smaczków. O coś takiego wam chodziło, czy to moje urojenia?

Powiem Ci o zabawnym zabiegu jaki zrobiliśmy na samym początku pracy na tą płytą. Usiedliśmy i wyrzuciliśmy/zmieniliśmy wszystkie fragmenty, które sprawiały, że kawałek, w którejś chwili, nazwijmy to – jaśniał. Część skróciliśmy, stawiając raczej na wpierdol niż monument bo d-beatowy resor to będzie zawsze coś co nas kręci i tego cały czas się trzymamy, aczkolwiek z każdą kolejną próbą dochodziliśmy do punktu, w którym pojawiały się takie właśnie momenty – lekko poschizowane czy zajebane młotem. Mam teorię, że przez to, że naprawdę dużo wtedy szukaliśmy, zupełnym przypadkiem i całkiem nieświadomie pojawiło się w tych numerach to o czym wspominasz.

Wiem, że to będzie mało punkowe, ale chciałbyś znaleźć się w podsumowaniach płytowych 2019?

Tu mnie złapałeś (śmiech).🙂 Z jednej strony naprawdę uważam, że to kompletnie nieistotna sprawa, taki ostatni okruch po forum hardcore. pl. Większość i tak wrzuca to samo (śmiech). Z drugiej jednak, jakoś miło to łechce, że ktoś zauważył coś, w co włożyłeś kupę pracy i emocji i gdzieś tam to docenił. Także jestem rozdarty – trochę bym chciał, trochę mam to w dupie (śmiech).

…ale wiadomo, że jedno uczucie musi przeważać. Tak już jestesmy skonstruowani. Zatem… które?

Twardo grasz. Ok. Z szacunku do naszej wspólnej roboty – chciałbym, żeby ktoś odnotował fakt zaistnienia tej płyty (śmiech).

I tu cie mam. Próżność, he he. Jesteśmy tylko ludźmi. To normalny odruch. A od próżności do sal koncertowych blisko. Gdzie was zobaczymy? Europa czeka?

Nic co ludzkie… jakoś tak to było? (śmiech) Nauczyliśmy się już grać to co nagraliśmy i na razie przypominamy o sobie w kraju ojczyzna. Mamy w planie kilka weekendów do lata. W wakacje prawdopodobnie zahaczymy o jakieś festyny a na jesień planujemy tzw. prawdziwą trasę. Po Europie, a jakże.

Myślicie – skoro już ustaliliśmy, że „Hell” to dobra płyta – że możecie spodobać się także poza środowiskiem hc/punk? Pytam trochę z wyrzutem sumienia, bo w recenzji do pewnego magazynu napisałem, że adresujecie swoją muzykę do ściśle określonego odbiorcy…

O widzisz, a znajome punki mi powiedziały, że to już nie jest „stare” Drip Of Lies, tylko metal (śmiech). Z tego co zdążyliśmy odnotować, to sporo osób, które kupiły „Hell” jest spoza naszej punkowo-crustowej bańki. Nie skupialiśmy się jakoś na tym, żeby zadowolić kogokolwiek a fakt, że wydaliśmy to sami daje nam duże pole do popisu – jest szansa,że ktoś przypadkiem na nas trafi i się zainteresuje, nie będzie musiał przy tym przekopać jakichś przepastnych katalogów dystrybucji. Jesteśmy dobrej myśli.Drip of Lies

Wspomniałeś o wydaniu. Ostatnio to chyba modne. Jad, wy… Co takiego jest w wydawcach, że ich nie chcecie? A może to zwiększone zapotrzebowanie na niezależność?

Takie czasy. To nie jest tak, że nie chcemy wydawców. Podsyłaliśmy nagranie do różnych labeli, raczej innych niż do tej pory, ale wiesz co było największym problemem? Przekonanie kogokolwiek żeby wcisnął play. Nie dziwi mnie to jednak i nie mam z tym problemu bo pewnie jest tak, że przez brak poważniejszej aktywności dla większości byliśmy kompletnie nieznaną kapelą. Inna kwestia jest taka, że zauważyliśmy, że sporo osób, które wydają/wydawały płyty dopadł syndrom wypalenia. W tej sytuacji uznaliśmy, że najlepiej wyjdziemy na samodzielnym wydaniu. Włożyliśmy sporo pieniędzy w płytę i to chyba najprostsza droga, żeby choć część się zwróciła. A niezależność była zawsze – nigdy, przy współpracy z żadnym z wydawnictw, nic nie musieliśmy robić wbrew sobie.

I na koniec banalnie: czego się spodziewacie? Macie jakiś plan minimum, który chcielibyście „odfajkować”? A może jest ukryty plan maximum?

Nie mamy wielkich oczekiwań – na tę chwilę skupiamy się na nadchodzących koncertach. Myślimy też o nowej płycie, po nagraniu „Hell” dostaliśmy wiatru w żagle. Robimy nowe numery, chcemy wykorzystać ten dobry flow. To chyba ten plan maximum. A plan minimum? Utrzymać tą naszą zespołową relację – po tym czasie jesteśmy trochę jak rodzina z wszystkimi jej wadami i zaletami (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: M. Wasilewska//Fisty Photography//