DREN – Ludzie tańczą do wszystkiego

Witamy Dren z Trójmiasta. I od razu uwaga – nie, nie będzie jazzu, nie, nie będzie alternatywy, będzie za to… chór. Też nie. Wprawdzie w materiałach stoi, że fascynuje ich black metal i jazz właśnie, jako didżejski duet produkują ciężkie, rozjechane bity, świetne, elektroniczne, samplowane pasaże, wciągające w dość klaustrofobiczną przestrzeń. Debiutancki album „Time&Form” pokazuje, że w temacie muzyki klubowej/elektronicznej itp. cały czas mamy coś do powiedzenia i ta scena mimo zmieniających się trendów nadal żywo pulsuje. Na nasze pytania duet odpowiadał kolektywnie, wprowadzając nas w swój zwariowany świat. 

Na początek muszę zadać pytanie odnośnie waszej przeszłości, mianowicie o to, że zaczynaliście grając muzykę metalową. Prawda to?

(Długi śmiech…) Nie, no nie. Słuchaliśmy i słuchamy dużo metalu. To czysta inspiracja, ale żaden z nas nigdy nie grał w żadnej kapeli. Nasz background jest czysto DJ-sko – klubowy. Bartek (Natt) grał D’n’B, Artur (Akton) grał HC i ciężkie drum’n’bass.

Pytam o to, bo jak prawi Zoharum, podstawą powstania Dren to fascynacja black metalem i jazzem. No i nie mogę tych fascynacji na waszej debiutanckiej płycie wychwycić (śmiech).

Jesteś pierwszą osobą, która to mówi, bo album brzmi dość „blackowo” w standardach muzyki elektronicznej. Przynajmniej tak nam się wydaje. Staraliśmy się uchwycić gęstą atmosferę z muzyki, która nas fascynuje. Chodzi o całokształt i klimat, a nie o niejako składowe blacku – corpse painty, gitara i piosenki o szatanie. Uważamy, że znajdziesz też albumy jazzowe w podobnym, zawiesistym klimacie. Na co dzień Bartek prawie wcale nie słucha elektroniki, a głównie polskich gitar i smutnych piosenek o szatanie (śmiech). Artur słucha elektroniki trochę więcej.

Może właśnie dlatego, że nie słuchacie elektroniki, znajdujecie tak ciekawe brzmienia. Czy użycie wobec waszej muzyki słowa „taneczna” jest nadużyciem?

Absolutnie nie jest taneczna. Album został zrobiony w koncepcji albumowej – czyli działa tylko, gdy słuchasz go w całości. Wydaje nam się, że słychać korespondencję pomiędzy następującymi po sobie numerami. Jeśli coś miałoby być taneczne musiałoby być zrobione, jako funkcjonalne. Nie byłoby wtedy miejsca na „storytelling” (który Bartek tak kocha – śmiech). Z drugiej strony, ludzie tańczą do wszystkiego. Absolutnie nikomu nie zabraniamy tańczyć do muzy z albumu. Po prostu tego tak nie projektowaliśmy. Gramy tanecznie na imprezach jako DJ-e.

Ludzie tańczą do wszystkiego

Ludzie tańczą do wszystkiego

Właśnie – i tu dotykacie elementu, który bardzo lubię – album to zamknięta całość, która coś opowiada. Skoro nie możemy zatańczyć, zdradźcie co opowiadacie swoja płytą, jaka myśl czai się za tymi dźwiękami?

Album powstał pod wpływem silnych emocji u jednego z nas i wielu czynników, które się na siebie nałożyły. Okoliczności nie są aż takie ważne. Interpretację zostawiamy słuchaczowi, ale zależy nam na tym, żeby pobudzał u słuchacza wyobraźnię. Pisaliśmy i mówiliśmy to już w kilku miejscach – samo powstanie projektu było motorem do powstania tego, co trzymasz w ręku i słyszysz.

Jeśli twierdzicie, że album powstał pod wpływem silnych emocji, czyli jakiegoś konkretnego wydarzenia, muszę zapytać, czy Dren to jednorazowe wydarzenie, czy zamierzacie kontynuować działalność i możemy spodziewać się kolejnej płyty?

Oczywiście, że tak! Plany są duże. W niedalekiej przyszłości na pewno o nas usłyszycie (śmiech). A odnośnie emocji to było coś w rodzaju kopniaka na rozpęd. A teraz idziemy za ciosem.

Skąd w ogóle wzięła się nazwa Dren?

To słowo nie oznacza niczego. Jest mocne. Proste w zapisie i wymowie, niezależnie od narodowości.

Co jest podstawą waszej muyzki, tzn. w jaki sposób powstają wasze numery? Jak je konstruujecie?

Ableton (program komputerowy – przyp. red.) – tam powstaje wszystko.

O nie! Tylko nie to!!

Nam też jest przykro (śmiech). To muzyka elektroniczna, nie gramy na żadnych żywych instrumentach.

Myślałem, że chociaż sampler, jakiś Roland 505, może jakieś klawiatury, elektroniczne dziwactwa, sequencer itp… Znak czasów?

Nawet gdyby był jakiś hardware to NADAL jest podłączone do Abletona. Tu nawet nie ma hardware’u. Sorry. Tu poszło małe kłamstwo. Był Elektron i jakiś sampler i klawiatury, ale to wciąż sercem jest Ableton.

Ok, cofnijmy się bardziej, do pomysłu, bo przecież nawet użycie takiego sprzętu nie zastępuje pomysłów, a te rodzą się z… czego? Co was stymuluje, bo przecież nie software?

Bardzo dobre pytanie. To, co słyszysz jest wypadkową inspiracji muzycznych oraz tego, że jesteśmy trochę z innych światów. Bartek jest głównym architektem dźwięku i albo przychodzi z projektem i kończymy go razem, albo coś razem siedzimy i robimy. Też nigdy nie planujemy „a teraz będzie piosenka o…„. Raczej robimy coś na zasadzie jamu, który potem kształtuje się w konkretną stronę.

Charakterystycznym aspektem płyty jest ciekawa rytmika, która brzmi – i to pojawia się tu i ówdzie – jakby rytmy były celowo zwolnione, przez co zaczynają bardziej ciążyć w stronę psychodeli czy industrialu. Brzmi to upiornie, przez co zapewne właśnie mrocznie. To była premedytacja czy przypadek?

Rytmika jest dla nas ważnym elementem. To ona często nadaje sens numerom. Tu nie ma miejsca na przypadek, więc tak, zwolnione tempo było zamierzonym „dociążeniem” numerów. Na początku nawiązywaliśmy do black metalu. Jeśli poruszasz temat spowolnionego rytmu, możemy odnieść się do wcześniej wspomnianego jazzu. Bo o takim jazzie mówimy w naszych inspiracjach – patrz Bohren Und Der Club Of Gore.

Wszystko o czym mówimy, składa się na doskonałą muzykę do kontemplacji ze słuchawkami na uszach. Czy waszym zdaniem, „Time&Form” to materiał, który dobrze sprawdza sie na koncertach?

O tym się przekonamy 6 września na Temple Of Silence i 8 listopada na Wrocław Industrial Festival. To będą pierwsze okazje do zagrania płyty „live”. Jest to dla nas jeszcze niezbadany teren. To czy album będzie brzmiał dobrze na żywo zależy w dużej mierze od sound systemu. Krótko mówiąc – na tej płycie jest dużo basu.Dren II

Jak czujecie się w Zoharum? Może to śmiesznie zabrzmi, ale jesteście chyba jedną z najbardziej „strawnych” kapel w ich szalonym katalogu…

Czujemy się tam jak w domu. Maciek [Mehring] jest świetnym wydawcą i zna się na robocie. Nie obcy jest nam też katalog Zoharum. Cieszymy się, że nasz debiut pojawił się właśnie u niego.

Uważacie, że z taką płytą jest szans a by wyjść do szerszego słuchacza, niekoniecznie zakochanego w zoharumowych szumach i chrzęstach?

Nie bez znaczenia jest aspekt geograficzny – a wręcz lokalny. Wszyscy jesteśmy z Trójmiasta. To, że do nas napisałeś jest dowodem na to, że tak.  Zakładaliśmy, że będzie to nisza, a płyta odbiła się niespodziewanym dla nas echem. Oczywiście dalej jest to nisza, ale odbiór jest szerszy niż zakładany i… jest to miłe.

To na koniec rozszyfrujcie w jakiś fajny sposób tytuł tej płyty?

Tytuł bezpośrednio nawiązuje do rozwoju. Wszystko potrzebuje czasu, żeby nabrać konkretnej formy. Pośpiech nie jest wskazany (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu