DIRA MORTIS – nie jesteśmy na czasie…

Niewiele jest na obecnej scenie zespołów, którym udaje się tak doskonale uchwycić ducha old schoolowego metalu śmierci tak jak dokonał tego Dira Mortis. Materiały, które zespół wydał po powrocie na scenę bez dwóch zdań należą do lepszych, death metalowych albumów jakie usłyszałem w ostatnim czasie. Bez kurtuazji i zbędnego gadania zapraszam do przeczytania wywiadu z Leszkiem – główną siłą sprawczą Dira Mortis!!

 

 

 

Dira Mortis istnieje już od ponad dekady, ale dopiero ostatnie lata to czas, gdy wydaje się, że złapaliście wiatr w żagle. Czy wydany właśnie debiut jest dowodem na to, że w zespole nastały lepsze czasy?

Witam. Przede wszystkim ostatnie lata są lepsze od poprzednich; zmuszony byłem wymienić wszystkie części w Dira Mortis. Nie było najmniejszego sensu kontynuować tego w starym zestawieniu. Wyglądało to jakbyś chciał wejść po drabinie na dach a ktoś przypierdolił ci z tyłu w łeb kijem, takich miałem muzyków z zespole – wszystko na siłę. Niektórzy myśleli chyba, że wszystko samo się zrobi i może w MTV ich puszczą; niestety, granie takiej muzyki kosztuje masę wyrzeczeń i wymaga dużego poświęcenia. Nie ma i nie będzie na tej scenie pieniędzy, prestiżu i nie będzie kolorowo… jest piwnica, jest underground, jeżeli ktoś szuka poklasku na ulicy, dziesiątek dziewcząt, chce jeździć dobrym autkiem i ma jakieś uzdolnienia – proponuję programy typu „mam talent” itp. My pracujemy nad tym, by nagrywać i grać dla oddanych fanów ekstremalnej muzyki, dla swoich wewnętrznych potrzeb, pasji… Jak się będzie podobać to dla nas motywacja,  jak nie, to i tak pewnie będziemy to robić. A kiedy przyjdzie czas, że nic już nie będziemy mieć do zaoferowania, po prostu trzeba będzie sobie muzykę odpuścić – tak to widzę…

Nowy materiał to efekt pracy w pełni zespołowej? Czujesz, że ten skład jest w stanie zdziałać dużo więcej niż wydanie debiutu? Czy problemy ze sformowaniem pełnego składu to główny powód, że od powstania zespołu do debiutu płytowego upłynęło aż czternaście lat?

Efekt w postaci ostatnich dwóch płyt na pewno jest pracą każdego z nas, więc można powiedzieć, że to działanie zespołowe (śmiech). Prawdą jest to, że przygotowuję wszystkie numery sam, ale opracowujemy muzykę razem. Ja mam projekt tego jak to ma wyglądać, pewną wizję,  mówię chłopakom to i owo, ale wszyscy pracujemy nad efektem finalnym. Vizun aranżuje perkusję, Mśćich bas, Łukasz pisze swój horror i układa wokale – tak to działa i w ten sposób miło się pracuje. Dawniej wszystko było na moim łbie. Trochę się teraz odciążyłem: odpadł mi wokal, nagrywanie basu i jestem z tego zadowolony (śmiech). Jeżeli chodzi o skład, myślę, że sporo przed nami. Dogadujemy się, lubimy,  jesteśmy kolegami,  mamy podobne fascynacje, nie widzę więc żadnych powodów żebyśmy mieli się rozsypać. Jeżeli chodzi o stabilny skład a raczej ciągły z nim problem, to na pewno był to powód braku wydawnictw, ale cały czas starałem się by Dira Mortis żył swoim życiem… Dla mnie debiutem było pierwsze studyjne nagranie w 2001 roku i pewnie do końca będę to wszystkim  przypominać (śmiech). „Euphoric Convulsions”  jest kolejną propozycją i mam nadzieję, że niedługo nagramy następny materiał. Dira Mortis ma na koncie 5 wydawnictw, nie jest zatem tragicznie. W nowym składzie staliśmy się bardzo aktywni i oby tak zostało.

Pozostając w tematach personalnych, nie obawiasz się, że współpraca z tak zajętymi muzykami jak koledzy z zespołu spowoduje, że zawsze będzie jakiś ważniejszy zespół niż Dira? Jak wygląda sprawa organizacji gigów – udaje się Wam zgrać terminy?

Zajętych mam kompanów, to fakt, ale nie gralibyśmy razem gdyby coś było nie tak. Oni chcą w tym uczestniczyć, wkładają  w to dużo pracy, dla nich każdy zespół jest ważny.  Żyją tym co robią, ale nie mogę powiedzieć, co jutro stanie się priorytetem dla kogoś lub co mu w życiu wypadnie, bo sam nie znam przyszłości… Zawsze gdzieś tam,  w jakiś sposób liczę się z tym, że ktoś może wybrać inną drogę  lub zrezygnować  z Dira Mortis. Dziś sprawy wyglądają tak, że każdy  jest częścią tego bajzlu i nie zanosi się na jakieś zmiany.  Mamy plany, cały czas działamy i na obecną chwilę jestem zadowolony. Z koncertami jest ciężko, na ile nam możliwości i zobowiązania pozwolą, to będziemy grać…

nie jesteśmy na czasie

nie jesteśmy na czasie

W ubiegłym roku wydaliście ep-kę „The Cult of the Dead”, która pilotowała nowy album. Materiał ten miał sprawdzić to jak funkcjonuje nowy Dira Mortis i czy jest zapotrzebowanie na Waszą muzykę? Gdyby ep-ka nie spotkała się z zainteresowaniem maniaków to mimo wszystko nagralibyście debiutancki lp??

Nie było takiego założenia, żeby badać rynek, czy ktoś chce tego słuchać, czy nie. Na pewno nagralibyśmy nowy stuff, tym bardziej, że kiedy wyszedł „The Cult…” składałem już numery na nowy materiał, więc nie było jeszcze na niego odzewu. Nie jesteśmy ludźmi, którzy chcą być za wszelką cenę sławni, nie zależy nam na tym, by sprzedawać tysiące płyt. Zresztą, jest też druga strona medalu. Gdy chcesz się komuś przypodobać, nigdy nie trafisz w gusta, które zmieniają się co chwila. Brzmienie nigdy nie jest dość syfiaste, zawsze za mało toporne… Teraz jest moda na super brzmiące produkcje, milion zdjęć,  łańcuszki, breloczki, ładnie uczesane włosy, aroganckie wypowiedzi i na końcu nieszczęsne triggery, czego na naszych płytach raczej nie znajdziesz; lepimy naszą wizję death metalu tak, jak czujemy…

Debiutancki „Euphoric Convulsions” to materiał, który przypadnie do gustu wszystkim słuchaczom, którym spodobała się ep-ka. Brutalny, przesycony podziemną zgnilizną materiał dla fanów Autopsy, Obituary. Jesteś w pełni zadowolony z brzmienia, które uzyskaliście? Podoba mi się to jak łączycie smród old school’u z mocą nowoczesności…

Na razie z tego, co do nas dociera, można wywnioskować, że materiał się podoba, czyli jest bardzo dobrze. Jak będzie dalej – zobaczymy. Jestem bardzo zadowolony z tego, co tym razem udało się nam wykręcić w studiu. Staram się wiedzieć czego chcę, wiem jak ma to zabrzmieć, chłopaki też wiedzą co chcieliby uzyskać. Dlatego również o brzmieniu można powiedzieć, że jest owocem pracy zespołowej. Długo trwało dopinanie tego wszystkiego – za każdym razem są 3,4 wersje zanim ten ostateczny mix nam pasuje. Nigdy nie wypuścimy materiału, który nie będzie brzmiał tak, jak tego chcemy… Masz rację, że łączymy old school z nowoczesnością, ale tylko jeżeli chodzi o technikę nagrywania. Nie równamy stóp, nie zakładamy triggerów… czyli nie jesteśmy na czasie (śmiech). Z resztą „The Cult of The Dead”  nagrywałem na wzmacniaczu za 1500 zł.  Realizator był troszkę zły, że przyniosłem do studia coś takiego (śmiech), ale ja dostałem to, czego chciałem…

Jak reagujesz na pojawiające się w recenzjach porównania do Cianide, Autopsy, Obituary? To dla Ciebie powód do dumy czy też znak, że następnym razem bardziej trzeba popracować nad oryginalnością?

Myślę, że to po prostu powód do radości. Cieszy mnie to, bardzo motywuje, to przecież zespoły, które nigdy niczego i nikogo nie udawały, są fundamentem starej szkoły; w ich muzyce jest wszystko o czym mogą pomarzyć niektóre załogi. Mnóstwo dobrych rzeczy  nagrywa się na scenie metalowej, ale, niestety, pojawiają się materiały, w których dobre pomysły niszczy zbyt nowoczesna  produkcja. Teraz  jest czas nowoczesności, ubarwiania, efekciarstwa i dobrze się stało, że ta stara scena ciągle żyje. Dziś mamy  cholernie dużo dobrych kapel, ale takie zestawy jak Autopsy,  Obituary,  Cianide  i cała reszta tych staroci są nie do powtórzenia. Nigdy nie miałem założenia by być oryginalnym, po prostu robię to, co czuję, więc nigdy  nie będziemy się o nic starać… Jak przypadkiem ktoś stwierdzi, że mamy coś oryginalnego do zaoferowania to fajnie, komplement, ale – szczerze – nie wierzę, że tak będzie (śmiech).

Wielka wyrocznia Metal Archives podaje, że tematyką tekstów Dira Mortis jest śmierć i żywe trupy… czyli klasyczny, death’owy zestaw. Które z filmów o powracających do świata umarlakach należą do Twoich ulubionych? Wolisz stare zombie w stylu Romero czy te „nowoczesne” jak np. „Walking Dead”??

Warstwa liryczna rzeczywiście jest w tej tematyce. Łukasz nad tym pracuje i myślę, że robi to wyśmienicie. Niewykluczone, że w przyszłości Łukasz sięgnie w rejony realizmu, choć ten jest tak widoczny, że może niekoniecznie trzeba o nim dużo pisać. Jeżeli chodzi o filmy to cię zaskoczę, bo praktycznie nie oglądam żadnych. Zwyczajnie nie mam na to czasu (śmiech). Jak kiedyś będę miał ochotę na horror to podgadam gości z Mortician – oni to się muszą dobrze znać na horrorach (śmiech)

Wspomniałeś o nowym materiale, który już powstaje… Na jakim etapie są pracę nad następcą „Euphoric…”? Szykujecie materiał na kolejny longplay czy raczej spodziewać się możemy jakiejś krótszej formy wydawniczej?

Raczej duże wydawnictwo…  Teraz trudno mi powiedzieć bo przed nami jeszcze druga połowa przygotowań, szlify, drobne zmiany. W tej chwili mamy 3 numery prawie całe w wersji surowego „reha”. Dużo pracy nas czeka. Żeby to wszystko było dokładnie tak jak zamierzam potrzeba czasu, ale myślę, że na koniec roku 2013 studio będziemy mieć za sobą…

„Euphoric…” jest już na rynku, więc chyba przyszedł czas na to, by zaznaczyć obecność Dira na scenie koncertowej. Planujesz jakieś sztuki w najbliższym czasie? Jakie są w ogóle plany zespołu na najbliższy czas…?

W tym temacie też będziemy walczyć, na ile będziemy mogli, jak na razie mamy za sobą koncert u boku Immolation, to była premiera „Euphoric…”. W grudniu  mamy zagrać z Kill we Wrocławiu, Zielonej Górze i Brzegu. Czyli koniec roku powinien być miły i kilka scen uda nam się zaliczyć. Na nowy rok plany już są, ale nie ma co gadać na zapas. Pomalutku będziemy starać się dotrzeć do maniaków takiego grania nie tylko w Polsce. Na pewno trzeba też będzie na chwilkę zamilknąć, żeby zabrać się za pracę nad nowym stuffem. Za dużo nigdy nie ma sensu  planować, bo czasem lubi się coś, brzydko mówiąc, spierdolić, a do tego dopuścić nie chcemy….

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Foto koncertowe: Maciej Mutwil