DEIVOS – Nie jesteśmy elastyczni

Deivos powraca jak dobry znajomy. Regularnie, zawsze z pełnymi rękami i zawsze narobi sporo hałasu. Oczywiście, czasami zaskakuje jakimś nieprzewidzianym ruchem („Theodicy”), ale potem szybko wraca do normy, czego dowodem jest „Casus Belli”. Czy jest coś takiego jak norma w przypadku Deivos? Czy dobrze czują się w roli długowiecznego zespołu, który podąża utartymi ścieżkami? Czy nie chcieliby czegoś więcej i czy ów krowi dzwonek, z którym są kojarzeni, nie wywołuje u nich irytacji? No i podstawowe pytanie – czy o taki death metal walczyliśmy? Na te i inne kwestie wypowiada się gardłowy zespołu, Hubert Banach. 

Jak to jest grać w długowiecznym zespole? Pytanie o tyle zasadne, że Deivos od lat jest na „stałej niezmiennej”, że tak to ujmę. Kolejne, dobre płyty, okrzepły i dopracowany styl. Brak jakichś większych zawirowań, dramatów itp. No, sielanka, panie…

Całkiem przyjemnie, spokojnie jak na etacie w korpo a nawet lepiej, bo efektywności nikt nie monitoruje. Trochę lat już minęło, właściwie nie wiadomo kiedy, a od kilku płyt wypracowaliśmy sobie własny cykl pracy, czyli krążek co dwa lata. Rzeczywiście sielankowo, powiedziałbym nawet, że obserwacja życia tej kapeli to nie jest najbardziej pasjonujące zajęcie, mało medialni jesteśmy… To się raczej nie zmieni, życzyłbym sobie tylko więcej koncertów, ale już działam coś w tym temacie.

Pewnie wiele zespołów chciałby znać receptę na stworzenie takiej sielankowej sytuacji. Patrząc wokół na „dramaty” wielu wykonawców, owa recepta wcale nie jest taka oczywista i łatwa do zdobycia. Zatem… zdradź maluczkim, jak to „się robi”?

Receptura jest dość prosta: wystarczy wziąć kilku gości o podobnych gustach, najlepiej dobrych znajomych i grać bez spiny to co się lubi. Może i nie mamy jakiś wielkich aspiracji, nie zawojujemy już raczej rynku z naszą wersją śmierć metalu, ale dopóki sprawia nam to frajdę, dopóty będziemy to robić. Możliwe, że przy większym nakładzie pracy dałoby się z tej kapeli wycisnąć coś więcej, ale nie za dobrze się znamy na niczym poza graniem. Podsumowując – gdy się liczyDSC_3433cb siły na zamiary, trudno o zawód czy dramaty.

Wydaje się to takie proste ale jednak – przepraszam, że drążę temat – mało komu się udaje. Może nie chodzi o liczenie sił na zamiary tylko o unikanie niepotrzebnych eksperymentów na zespołowej tkance? Zauważam, że najczęściej „sypie” się wszystko, kiedy ktoś postanawia, wiedziony przekonaniem o potrzebie zmian, podłubać w stylistyce, instrumentarium czy formie promocji…

No czasem coś tam też kombinujemy, ale to raczej w kwestii aranży jak na „Theodicy”, gdzie numery były nieco dłuższe niż średnia statystyczna w death metalu. Możliwe, że stabilność Deivosa zawdzięczamy brakowi demokracji w zespole, przynajmniej w kwestii tworzenia muzyki bo właściwie wszystkie numery wymyśla Tomek Kołcon. Niebagatelne znaczenie ma też na pewno nasze dość ortodoksyjne podejście do tematu. Prędzej założymy sobie inną kapelę niż zdecydujemy się na jakąś radykalną zmianę stylistyki. Zresztą, od czasu do czasu nagrywamy sobie inne rzeczy z innymi kapelami, może to też powód tego, że w Deivos nie słychać takich inspiracji, spalamy je gdzie indziej.

Uprzedziłeś moje pytanie – „Theodicy” to był mały eksperyment. Jak do niego podchodzisz dzisiaj? Bo dwa kolejne albumy to szybki powrót do klasyki death metalu. No i waszej stałej niezmiennej. Przestraszyliście się tego co na tym albumie się pojawiło?

Nadal lubię ten album, był to ciekawy eksperyment i trochę wyzwanie z tym jak tu zagospodarować ośmiominutowy numer, tak żeby nie umrzeć z nudów. Nie wiem czy będziemy do tego wracać, bo nie planujemy nic tak do przodu. Jeżeli to wyjdzie naturalnie, to nie będziemy stawiać oporu. Po tej płycie wróciliśmy do krótszych form też z prozaicznego powodu, jakim jest granie tych numerów na koncertach. Jednak lepiej sprawdzają się krótsze strzały.

Powoli dochodzimy do nowej płyty. Co w przypadku Deivos jest bodźcem do pracy nad materiałem? Niektóre zespoły, szczególnie ze sceny metalowej, nie krygują się, przyznając, że nagrywają nową płytę by był pretekst do pojechania w trasę. Wy jakichś spektakularnych tras nie gracie, zatem…?

Ano, nie gramy, bo to ryzykowna zabawa, szczególnie jak gig nie wypada w weekend. Wracając do tematu, działamy wtedy gdy czujemy, że już czas, że jest już tyle pomysłów i chęci tworzenia nowego, żeby to przekuć w nową płytę. Założyliśmy sobie rok odpoczynku po każdym nagraniu i po nim zbieramy pomysły na kolejną, nic spektakularnego. Z drugiej strony, to jest kapela, która gra dla przyjemności, nie mamy innych dead line-ów prócz tych, które sami sobie założymy. Ochota grania jest tym czynnikiem, który nas motywuje.

Ale… czekacie na jakiś strzał, jakieś tąpnięcie. Co co ruszy fundament? Znam parę zespołów co latami grali dla przyjemności a potem nagle przy okazji jakieś płyty nastąpiło zwiększone zainteresowanie. Czy taki moment wywołałby w Deivos euforię czy raczej konsternację?

Nie, nie czekamy na sygnał z kosmosu, że oto nadciąga planeta Nibiru i zaraz walnie w ziemie więc trzeba się streszczać żeby coś jeszcze wydać. Chociaż kto wie, może nam się tylko wydaje, że działamy spontanicznie, ktoś nami kieruje bo tak na prawdę żyjemy w wielkiej symulacji komputerowej. Rzeczywiście, jest sporo kapel, które nie od razu wspięły się na piedestał a po kilku płytach dopiero. Na większe zainteresowanie Deivosem oczywiście nadal liczymy i myślę, że to by tylko zmotywowało nas do działania. Chociaż nie sądzę, żeby z tego tytułu płyty powstawały szybciej. W zasadzie to „Casus Belli” już cieszy się większą uwagą niż bywało to w przeszłości, dostajemy sporo pytań o starsze materiały, tak jakby nikt o nas wcześniej nie słyszał. Mam nadzieję, że tendencja się utrzyma.

„Casus Belli”… Jak możesz umiejscowić tę płytę w kontekście całej waszej dyskografii?

Na szóstym miejscu (śmiech). A poważnie, cóż, oczywiście uważam, że jest to najlepsza płyta Deivos jak dotąd. Kilka osób zwracało nam uwagę, że jest może najlepsza od czasu „Gospel of Maggots”, którą jak wiem wiele osób uważa za nasze opus magnum, więc można w takiej jakościowej kolejności ją umieścić.

Tyle, że na „Gospel of Maggots” było wiecej krowiego dzwonka (śmiech)

Na nowej wcale tych dzwonków nie brakuje, zwłaszcza w numerze „Nuclear Wind”, który się od nich zaczyna… 🙂

Nie jesteśmy elastyczni

Nie jesteśmy elastyczni

Pytam o to celowo – nie drażni was fakt, że Deivos jest rozpoznawalny właśnie z powodu cowbella? Są zespoły kontrowersyjne, bluźniercze, techniczne itp, a wy macie krowi dzwonek…

Może z początku tak było, ale teraz to tylko wywołuje uśmieszek. Jest to oczywiście jakiś charakterystyczny element naszego grania, ale Wizun przecież też używa tego narzędzia Szatana chociażby w Straight Hate a wcześniej w Parricide skąd ten pomysł zapożyczył od ich wcześniejszego bębniarza Juji. Z drugiej strony, chyba nikt nas nie słucha tylko z tego powodu, że używamy krowiego dzwonka, na pewno mamy więcej do zaoferowania.

„Casus…” ze swoim dość klasycznym rozumieniem death metalu pojawia się w momencie, kiedy ten gatunek jest trochę w odwrocie. Na scenie wszyscy jarają się co bardziej odjechanymi grupami z kręgów niemal awangardowego DM, nadal eksperymentalny black jest na topie. Granie takie jak wasze, czesto krzywdząco koreślane jako „klasyczne” czy „solidne”, trafia troszkę w tzw. próżnię. Jak postrzegacie taką sytuację?

Wiem, że taki death metal nie jest obecnie najpopularniejszy, ale to nigdy nie był nasz wyznacznik żeby celować w aktualne gusta. Nie jesteśmy elastyczni i nie uwzględniamy aktualnych trendów w swojej muzyce. Powiem więcej – raczej tym silniej uciekamy w klasykę im bardziej popularne stają się inne nurty. To nawet nie wynika z tego, że pomysły żeby grać inaczej są przez zespołową większość odrzucane, one się po prostu nie pojawiają. Nie uważam też żeby to było zbyt szczere gdybyśmy teraz zmienili diametralnie sposób grania. Może kolejną modą będzie właśnie „klasyczne” granie i wypłyniemy na tej fali na salony?

Czego życzę. Czy „Casus…” ma jakąś myśl przewodnią, temat, który buduje narrację liryczną płyty?

Temat przewodni to człowiek ze swoją skłonnością do niszczenia wszystkich i wszystkiego dookoła, szukający tylko tego tytułowego pretekstu do dalszej eksploatacji planety, czy to z powodów religijnych czy z chęci zysku. Myślę, że skończy się to dość kiepsko dla nas samych. Oczywiście, teksty traktują o różnych sprawach a tytuł je niejako spina, nie jest to album koncepcyjny, jestem na to za słabym „pisarzem”.

Czy taki krzyk na pustyni w wydaniu zespołu metalowego jest słyszalny  Chodzi mi o stosunek muzyki do słów, który w przypadku metalowych bandów zawsze jest z przewagą w stronę muzyki. Precyzując – czy słowa zespołu death’owego są brane na poważnie?

Myślę, że niekoniecznie. To raczej taki manifest, wyrażenie swojego stosunku do pewnych spraw. Nie łudzę się, że cokolwiek w ten sposób zmienię, ale też nie mam takich aspiracji. Wątpię nawet czy zbyt wiele osób w ogóle zagłębia się w tematykę teksów. Masz rację muzyka jest tutaj najważniejsza a teksty ją dopełniają, temat musi po prostu pasować do niej pasować. Są od tej reguły wyjątki, ale nie każdy jest dobrym tekściarzem i nie każdy czuje misję. Sam nie przepadam za tworzeniem liryków, ale z każdą kolejną płytą nabieram wprawy.

Dobra, to w związku z tym, może trochę prowokacyjnie – czy zdarzyła ci się sytuacja, że ktoś przyszedł i powiedział, że np. jakiś twój tekst wpłynął na jego życie, na jakieś decyzje itp?

He he, nie nigdy nic takiego się nie zdarzyło. Czasami mam wrażenie, że teksty czytają dwie osoby, ja i kolega, który sprawdza moją angielszczyznę. Tak naprawdę kwestię tekstów poruszam prawie tylko przy okazji wywiadów. Także jeżeli ktoś się odnosi do tego co robię, to raczej w stylu „dobry wokal”.

Miałem kiedyś taki pomysł dla zespołu, żeby wokalista w jakimś numerze zaśpiewał „po norwesku” albo zrobił np txt składający się z listy zakupów – i wtedy byłoby wiadomo ostatecznie, czy ktoś zwraca uwagę na teksty, czy nie.

Jest to jakiś pomysł. Podejrzewam, że przy takiej kapeli jak nasza mogłoby to przejść i nikt nie zwróciłby uwagi, chociaż może się mylę. Generalnie, nigdy nie przepadałem za pisaniem tekstów i w pierwszej kapeli chciałem żeby ich nie było, sam growl. Niestety, nie udało się, jak śpiewała Kasia Nosowska: piosenka musi posiadać tekst.DSC_3440bw

Mam do ciebie pytanie dotyczące sceny jako takiej: jak osoba „siedząca” w tym po uszy, jak oceniasz to co dzieje się w metalu w ostatnich latach. Trzeba przyznać, że to niezły tygiel i wszystko mocno się pozmieniało. Śledzisz to co dzieje się w tych klimatach muzycznych?

Wszystko się zmienia wokół nas w bardzo szybkim tempie, więc metal tutaj nie jest wyjątkiem. No a zmieniło się sporo, począwszy od nośników kasety, płyty, mp3 a teraz streaming. Sposób nagrywania i dostęp do narzędzi, które to umożliwiają przysporzył cały wysyp kapel czy projektów, wszystko możesz zrobić dzisiaj w domu. Zresztą, sami z tej opcji skorzystaliśmy nagrywając bas i solówki. Scena jako tako trzyma się razem, przynajmniej lokalnie tak jest, ale też rzadko kto odmawia pomocy gdy kontaktuje się z kapelami spoza lubelskiego, więc nie jest tak źle. Niestety, nie załapałem się za bardzo na etap wymiany demówek, pisania listów czy krojenia koszulek, więc do tego okresu czasu nie mogę się odnieść.

Wspominasz o czasach demówkowych, a jak widzisz teraźniejszość i fakt, że tradycyjne formy promocji, nośniki, płyty itp odchodzą do lamusa? Czy era „spotifaja” cię nie przeraża?

Nie, dlaczego, przecież też sprzedajemy swoje płyty w wersjach elektronicznych i o dziwo ktoś to nawet kupuje a ze spotify też korzystam i doceniam, zwłaszcza w pracy czy w podróży. Możliwe, że kiedyś nagrania przestaną wychodzić na nośnikach fizycznych, ale myślę, że do tego jeszcze długa droga. Fani przecież nadal kupują płyty, winyle czy kasety, wersje fizyczne ciągle mają swoich zwolenników. Myślę, że ten rynek przetrwa chociażby dla kolekcjonerów, bo jednak biblioteka wykonawców na Spotify nie robi takiego wrażenia jak regał z płytami. Sama promocja akurat ewoluuje w dobrym kierunku, praktycznie już nie trzeba prawie wcale biegać po mieście i rozklejać plakatów gdy robi się koncert a ludzie i tak się dowiedzą o wydarzeniu z mediów społecznościowych, czy o premierze płyty. Inna sprawa, że wszystkiego jest coraz więcej i łatwo przepaść w gąszczu innych informacji. Takie czasy teraz, panie…

No i właśnie – na koniec pytanie o to, jak nie chcecie przepaść w tym gąszczu? Jakieś plany, żeby zaistnieć dłużej niż statystyczne dwa miesiące od premiery, podczas których zespól ma największe szanse, żeby jakoś utrwalić się w świadomości zjadaczy metalu?

Strategię marketingową pozostawiamy naszemu wydawcy a sami będziemy robić to co umiemy najlepiej – grać koncerty. No i w sumie tylko takie plany promocyjne z naszej strony, jeśli odwiedzisz naszego facebooka na pewno zauważysz brak akcji typu „hej jesteśmy w sali prób i pokażemy wam jak gramy gdy nie gramy koncertów„. Także najbliższy koncert już 25 stycznia w Rzeszowie w klubie Vinyl, gdzie dzielimy deski z ziomkami z grindowego Straight Hate. Koncertów będzie więcej, ale daty i miejsca jeszcze są do potwierdzenia więc stay tuned.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia:  Marcin Studziński