DECLINE OF THE I – Musimy zaakceptować swój los

Jeśli nawet uznamy, że Decline of  the I nie jest szczytem awangardowych odlotów, to i tak sytuuje się w gronie najciekawszych, traktujących black metal jako punkt wyjścia, tworów z Francji. Opisywany na naszych łamach album Inhibition pokazał duże spektrum zainteresowań tego projektu, balansującego na granicy metalu i filozofii, jednak najnowsze dzieło – Rebellion – wydaje się być bardziej kompleksowym zestawieniem hałasu, ponurych inkantacji i poszukiwań z pogranicza muzyki bliskiej czarnej sztuce. Udało się nam porozmawiać ze sprawcą całego zamieszania, ukrywającym się pod pseudonimem A.K. Chcecie dowiedzieć się, dlaczego Deafheaven to zła muzyka i czemu nasz rozmówca jest w Rosji uznany za przestępcę – zapraszamy do lektury.

Na dobry początek zdradź, dlaczego muzykę Decline of the I określasz mianem „troubled black metal”?

Ma to być coś w rodzaju synonimu czegoś, co nie jest do końca jasne. Myślę, że moja muzyka taka właśnie jest – ani czarna, ani biała, ale są rzeczy heterogeniczne, uzupełniające się. Wymyśliłem takie określenie, bo chciałem mieć coś bardziej osobistego, określającego moją sztukę, tym bardziej, że nienawidzę tych wszystkich określeń z przedrostkiem „post”. Wkurza mnie sama myśl, że ktoś może porównać Decline of the I do takich gówien jak Deafheaven czy Liturgy (śmiech…).

To pewnie masz już koszulkę z napisem „I hate Deafheaven”… Dlaczego tak nienawidzisz tego zespołu?

To dobry pomysł, he, he. Dlaczego ich nienawidzę? Bo wzięli kilka przypadkowych, blackowych elementów i stworzyli z nich popowy metal dla kolesi w wąskich spodniach – biodrówkach.PromoImage1

No tak, to hipsterski black metal dla brodatych drwali (śmiech). Ale nie zabij mnie, bo jednak na „Rebellion” też można wyhaczyć parę takich elementów…

Na przykład?

Wiesz, pewien klimat, elektronika, drobne rzeczy, które decydują o charakterze muzyki. To właśnie przekleństwo szufladek…

No jeśli to jest hipsterskie, to ok. Mimo wszystko, mogę przystać na przedrostek „post”, bo nie zawsze odnosi się do gównianych kapel. Weźmy np. Neurosis; część ludzi określa ich muzykę jako post – hardcore i to nie brzmi jakoś strasznie źle. Myślę, że to oznacza, iż nie udało się wymyślić dla muzyki zespołu zupełnie nowej szufladki, twarzy, tylko stworzono coś nowego ze znanych elementów. Zresztą, to wy, dziennikarze, jesteście od tego, żeby doprawiać muzyce łatki. I taki schemat funkcjonuje także w przypadku Decline of the I.

Akurat w przypadku Decline of the I najlepiej pasującym słowem jest „oryginalny”. Żadnych „postów”…

Pasuje (śmiech…).

Jesteś człowiekiem doświadczonym, zarówno życiowo jak i muzycznie – jakie, najważniejsze dla siebie wydarzenie mógłbyś tutaj wymienić?

Tego chyba nie da się jednoznacznie określić… Myślę, że życie samo w sobie jest fascynującym doświadczeniem. Jakie są szanse, by opisać taki stan – to przecież ogromne wyzwanie. Nie twierdzę, że to doświadczenie zawsze radosne i proste, jeśli jednak miałbym wymienić to najważniejsze, to był nim pewnie moment, kiedy wydostałem się z ciała mojej matki. Następnym znaczącym wydarzeniem będzie ostatni oddech jaki z siebie wydam, ale o tym nie będę miał takiej wiedzy, jak w momencie narodzin…

Czuję tu afirmację życia, a przecież black metal to raczej gloryfikacja śmierci. Chcesz powiedzieć, że kochasz życie?

To nie tak, bo w pewnym sensie nie mamy wyboru. Zamiast narzekać czy negować, powinniśmy starać się zrobić z życiem coś najlepszego, pełnego mocy. Staram się mieć nietzscheańskie podejście do pojęcia amor fati – musimy zaakceptować swój los, bo to najlepsza rzecz, jaką mamy. Mamy kochać go nawet przez cierpienie. To nie jest miłość głupia czy nieostrożna. W kim płonie ten płomień, może osiągnąć szczyt nawet przez cierpienie i łzy. Czyli – rodzimy się, choć oto nie prosimy, przechodzimy przez wiele bólu a potem umieramy… To jest absurdalne, ale jest. Po prostu: jest.

A co potem?

Tylko tu i teraz, po śmierci nie ma niczego…

Przechodzimy do muzyki. Grałeś i grasz w różnych składach, masz na koncie sporo płyt – jesteś w stanie wybrać tą jedyną, najważniejszą dla ciebie?

Trudno powiedzieć, choć chciałbym stwierdzić, że najważniejsza będzie ta następna. Jestem skupiony na tym by ciągle robić swoje i iść do przodu. Chcąc jednak być w porządku i odpowiedzieć na pytanie, skłaniam się ku temu, że najważniejsze są wszystkie dokonania Decline of the I. Osiągnąłem i wyraziłem na tych płytach coś, co tkwi głęboko we mnie. Trudno powiedzieć, co to jest, ale tak czuję…

Świat to agresja, maszyna, która miażdży jednostkę, jej ciało i psychikę…” – te fragmenty z zespołowego facebooka brzmią trochę jak polityczna czy społeczna deklaracja… Czy Decline to jakiś rodzaj Twojej wojny ze społeczeństwem współczesnych niewolników?

Ciekawe, nie jesteś jedynym, który tak odbiera te słowa. Jest tu faktycznie trochę egzystencjalnych przemyśleń. Niektórzy twierdzą, że dzisiaj wszystko ma związek z polityką, więc pewnie gdzieś to się zazębia. Nie jesteśmy niewolnikami tylko w sferze społecznej, ale także w wielu innych aspektach. To może odnosić się też do romantycznych relacji, przyjaźni, lub postrzegania siebie samego.Okładka

Przemawia do mnie sformułowanie, że „wszystko ma związek z polityką”. Współczesna Europa taka właśnie jest… Jak ocenisz kierunek w jakim zmierza Unia i jej relacje, chociażby z Rosją?

To trudny temat… Nie jestem ślepy, żeby postrzegać np. Rosję tylko w kategoriach zagrożenia, jako absolutnego zła naszych czasów. Idąc tą drogą, musielibyśmy traktować ją jako imperium, któremu trzeba przeciwstawić się siłą. Z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że nie czuję jedności z ludźmi na Ukrainie, którzy nie chcą być częścią Rosji. Nie mogę się na ten temat wypowiadać jako ekspert, bo to bardzo trudne, skomplikowane zagadnienia. Mogę za to powiedzieć, że z Rosją wiąże mnie szczególny stosunek, bo jestem dla nich, hmmm, przestępcą. Kiedy koncertowałem z zespołem Vorkreist, jechaliśmy z Finlandii do Rosji. Niestety, miałem ze sobą pewne lekarstwa, które, jak się okazało, były zabronione w Rosji. Ja o tym nie wiedziałem; na granicy utknęliśmy na 8 godzin, zabrali mój paszport. W końcu nas wypuścili, ale musiałem wracać od razu do Francji, dostałem całą masę dokumentów, które obligowały mnie do powrotu do Rosji na rozprawę sądową. Oczywiście, nie stawiłem się na wezwanie. Ta historia nie miała dla mnie finału i nie wiem, czy mogę teraz legalnie i bez konsekwencji pojechać do tego kraju, nie wiem nawet czy chcę próbować (śmiech). Ma to oczywiście negatywne konsekwencje muzyczne, bo przez to nie mogę w lecie wystąpić w Rosji z zespołami Malhkebre i Sektarism. To taka osobista historia…

Ciekawe doświadczenie. Można lubić Rosję jako krainę geograficzną, bo jest fascynująca, ale układ polityczny w Europie coraz częściej prowokuje ludzi do zastanawiania się nad wizją nowej wojny – nie boisz się tego?

Pochodzę z kraju i pokolenia, które nie wierzy w wojnę, przynajmniej w jej tradycyjnym wydaniu, z czołgami i żołnierzami. Ale wojna ma dzisiaj wiele form i chyba każdy którejś z nich może doświadczyć lub doświadczył…

Francja od jakiegoś czasu stała się matecznikiem całej masy wykonawców, którzy black metal potrafią ugryźć z zupełnie innej strony, skręcając w stronę awangardy – masz jakąś teorię, w jaki sposób doszło do takiej specjalizacji?

Myślę, że Francuzi nigdy nie chcieli robić tego samego co w innych krajach, zawsze byliśmy w pewnym sensie oportunistami. Ale to nie była rzecz, która miała miejsce zawsze. W latach 90 – tych najważniejsze, francuskie kapele black metalowe były głównie kopiami zespołów norweskich i nie tylko. W pewnym momencie wszystko zaczęło skręcać w zupełnie inną stronę i choć takie rzeczy rzadko się zdarzają, nam udało się stworzyć coś odrębnego, choć trudno analizować mi sam proces. Ja także na początku nie myślałem, że kiedyś będę koncertował w innych krajach, ale to nie było przecież celem. Zrobiliśmy to, co musieliśmy zrobić, po prostu…

„Rebellion” to album zachowujący idealną równowagę i jako taki zdaje się być – z mojego punktu widzenia – szczytową formą wypowiedzi zespołu – czy planujesz dalszą ewolucję stylu Decline of the I?

Nigdy nie zastanawiałem się, w jakim kierunku będą podążać moje muzyczne poszukiwania, ale jedno było oczywiste – Decline to efekt moich licznych, muzycznych inspiracji i tak będzie zawsze… Dla przykładu, teraz fascynują mnie zespoły z Islandii, np. Svardidaudi.

Ciekawi mnie, dlaczego nie zdecydowałeś się wydrukować we wkładce tekstów, tym bardziej, że część deklamowana jest w języku francuskim?

Jeśli chodzi o nagrywanie wokali, pracujemy w dość niezwykły sposób – mieliśmy dużo tekstów, częściowo nie związanych nawet z naszą muzyką. Wybieraliśmy z nich te fragmenty, które pasowały do poszczególnych utworów, pojawiły się tu także fragmenty tzw. „pisma automatycznego”. Głównym powodem jest to, że nie chcę, by słuchacz podczas lektury płyty miał zakłóconą percepcję, przez koncept literacki. To dźwięk, także głos, ma oddziaływać na zmysły a nie znaczenie słów. Koncepcja literacka jest w tym przypadku uzupełnieniem. Muzyka w moim wydaniu nie pełni roli służebnej jak np. w przypadku opery czy podkładu do filmów, gdzie najważniejsza jest opowiadana historia. Muzyka ma nam pokazywać coś, czego nie jest w stanie przekazać żaden tekst. Patos jest poza Logos. Liczy się to co czujemy a nie rozumiemy. Nie chcę powiedzieć, że nie ma tu nic do zrozumienia, jednak w tym przypadku, że posłużę się romantycznym stwierdzeniem, muzykę trzeba rozumieć duszą…PromoImage

Mogę się z tym zgodzić, jednak chciałbym Cię prosić, byś w jednym zdaniu wyjaśnił ideę, jaka kryje się za „Rebellion”?

Będzie to cytat z twórczości Henri Laborit’a (francuski biolog i filozof – przyp. red.) – „la seule raison d’être d’un être, c’est d’être”. To znaczy, choć nie da się tego dosłownie przetłumaczyć: „jedynym powodem bycia bytu jest istnienie”.

Decline of the I to klasyczny przykład jednoosobowego składu – czy to dla Ciebie łatwiejsza forma, bo sam nad wszystkim panujesz? Masz zamiar kiedyś stworzyć normalny zespół z pełnym składem?

To faktycznie ciężka praca, ale mam pod ręką perkusistę, który ze mną nagrywał i dwóch wokalistów. Na tej płycie nagrałem większość partii instrumentalnych, a nawet perkusję w utworze „On est bien peu de chose”. Poza tym, pracowałem z rewelacyjnym inżynierem dźwięku (Khatchik Hovikian); spędziliśmy wiele godzin, by nadać tej muzyce odpowiedni kształt. Chciałbym, żeby to był normalny zespół, ale jeszcze nie teraz, mam sporo innych projektów – Merrimack pracuje nad kolejnym albumem, Vorkreist będzie grał na Hellfeście, także Sektarism ma w planach nowe wydawnictwa i kilka koncertów w najbliższych miesiącach. Z kolei Éros Nécropsique jest zawieszony, ale i tak pracuję nad kilkoma innymi projektami. Wiem, że nie powinienem przesadzać, ale to jest silniejsze ode mnie (śmiech)…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu