DAS MOON – Gry miłosne potrafią dać nieźle w kość

W tym całym błyskającym świecie bardzo łatwo przeoczyć kolejne premiery. Zgiełk trzeba jakoś okiełznać, a kluczem jest zazwyczaj jakiś drobny element, który zwróci uwagę, wbijając się w głowę. Czy ten czerwony, dominujący na „Dead” kolor jest wystarczający? Na pewno pomaga, ale ważniejsza jest muzyka, łącząca to co najlepsze w tanecznej – nietanecznej melancholii, elektronicznych, pulsujących pejzażach i przebojowych melodiach. Niby nic takiego, ale opowieści Das Moon są całkiem sugestywne, a kilka z nich zostaje w głowie na dłużej. Razem z Grzegorzem Szymą zastanawiamy się nad znaczeniem nazwy zespołu, komentujemy damsko-meskie rozrywki i sprawdzamy, czy Das Moon miałby szansę zagrać na korpo – melanżu. Zapraszamy!

…mamy już za sobą wymianę parkietu w hotelu, rozbite wazony, imprezy do rana (Grzegorz)

Na dobry początek banalnie i śmiesznie: dlaczego Das Moon lubi noże?

Jako odpowiedzialny w zespole za otoczkę wizualną, długo szukałem czegoś co na naszej nowej okładce dobrze scharakteryzowałoby klimat naszej płyty i odniesienie się w wielkim skrócie do tytułu naszego nowego albumu. Stąd pojawiły się noże a na ich rękojeściach symbole: trójkąt i kółeczko znane z pobytu w miejscach ustronnych. Oprócz tego, dwa noże pojawiły się akurat w tomiku naszej wokalistki i poetki Daisy K… a chwilę potem wskoczyły na jej ciało w postaci nowego tatuażu.

Nie boisz się, że tytuł+częściowo niemiecka nazwa+noże może się kojarzyć… nie, nie z Nocą Długich Noży, aleDas wiesz… może się komuś źle skojarzyć.

Jakby się tak człowiek wszystkiego bał to by nic nie zrobił w życiu. Nie przyszło nam to nawet do głowy, że ktoś może mieć takie skojarzenie, ale za Twoją sprawą już wiem, że może się pojawić. Świat wciąż zaskakuje. Jesteśmy na wskroś pokojowymi ludźmi, więc jak nas ktoś zna to wie, że taka konotacja nie byłaby możliwa. Te noże to po prostu znak graficzny, pewien skrót. To zapowiedz, że na płycie będzie o relacjach damsko – męskich, o wielkich namiętnościach. Stąd też ta dominująca czerwień. Co do nazwy – z tego co pamiętam, rozpisaliśmy wewnętrzny konkurs i głosując wybraliśmy tą nazwę spośród kilkunastu innych. DAS to… taki przedrostek który miał wskazywać jakiś ostry kierunek. Chyba Rammstein dużo wtedy słuchaliśmy i Kraftwerk. MOON to przekaz pewnego klimatu, noc, tajemnica, wilki, jakiś niepokój i ta zbitka miała to przekazywać, opowiadać o naszej muzyce słowami, bo muzyki w zasadzie jeszcze nie było. Do tego DAS MOON to taka, jak nam się wtedy wydawało, zgrabna zabawa językami.

Wiesz, skojarzenia to rzecz naturalna, kwestia, jak się je interpretuje, podobnie jest z kwalifikacją Das Moon. Jak to jest: w waszym kontekście pojawiają się takie określenia jak gotyk, industrial, elektro, EDM… Gdzie w zasadzie można was umieścić. Albo inaczej – gdzie Wy sami się widzicie??

Hmmm… sami mamy z tym problem. Od zawsze wywodzimy się z grupy artystycznej Rh+ a joint of audiovisual performers i to jest nasz background. Była to artystyczna grupa, która łączyła różne sztuki – wizual, performers, malarstwo, teatr, muzykę i w którymś momencie postanowiliśmy grać wyłącznie muzykę, ale ta reszta cały czas w nas siedzi. Nie jesteśmy zespołem, który powstał tylko dlatego, że chce grać muzykę, więc pewnie podskórnie wpływa to na naszą niejednoznaczną twórczość. Jakimś zbiegiem okoliczności jesteśmy bardziej postrzegani jako zespół o korzeniach industrialno – gotycko – jakichś tam, ale w nas gotyk w ogóle nie siedzi. To chyba wszystko przez to, że nasza sztuka jest smutna, choć jako ludzie jesteśmy raczej weseli. Przez Das Moon wyrzucamy z siebie te smutniejsze pokłady a te podziały dla mnie są strasznie sztuczne; gramy muzykę, która nam się podoba i raz jest to pop, raz industrial, a raz electro itd., ale oczywiście sobie i krytykom przysparzamy z tym kłopotów, inaczej nie umiem tego wytłumaczyć.

I to mi się bardzo podoba, zastanawiam się tylko, co jest w Waszym przypadku traktowane jako pierwsze – strona wizualna, plastyka, jakiś przedmiot, kolor, czy jednak muzyka? Czyli:  co czym jest inspirowane?

W Das Moon odwróciły się jednak proporcje i najpierw jest muzyka a za nią podąża strona wizualna. W poprzednim projekcie było odwrotnie, ale plastyka jest bardzo ważna i dlatego zawsze do niej przykładaliśmy duże znaczenie. W przypadku płyty „Dead” powstała muzyka a potem chyba nie skłamię, jeśli powiem, że było chyba z dziesięć różnych propozycji gotowych okładek, które stworzyliśmy, ale oczywiście musieliśmy się zdecydować i padło na sugestywne, plakatowe noże, pewną – w cudzysłowiu – walkę/rywalizację kobiety z mężczyzną, często brutalną i pełną emocji.

Właśnie – jest w tym wszystkim strasznie dużo emocji, co kłóci się trochę z industrialno – gotycką zimą i wycofaniem. No i te taneczne inklinacje. W zasadzie jest szansa, że wejdziecie na parkiety, gdzie młodzież będzie tańcować w rytm szlagierów z „Dead”? Czy taka wizja by Wam pasowała?

Ha, ha, ha… czy by nam pasowała? Nie oszukujmy się, minęły już romantyczne czasy pisania do szuflady, wszyscy szukają ujścia swojej twórczości, możliwości dotarcia do słuchaczy, czytelników… My także żyjemy w czasach nadmiaru artystów – jest ogromna konkurencja, więc nie gardzimy żadnym środkiem szerzenia naszej twórczości, a parkiet był i jest w dziedzinie muzyki jednym z najlepszych kanałów odbioru, zatem: TAK, pasuje nam taka wizja. Na nowej płycie bardzo chcieliśmy aby smutnym tekstom Daisy towarzyszyła jakby w kontrze, rytmiczna i melodyjna muzyka, oczywiście nasza, stylowa, czyli „das moonowa”. Innej robić nie potrafimy.

Z tym nadmiarem trafiłeś w sedno tarczy. Jest taki tumult, że przebić się nie sposób. Zeszliśmy na tematy koncertowe. Gdzie gra się Wam najlepiej? Na autorskich, małych koncertach, czy np. na Wave Gotik Treffen?

Odpowiedź jest jedna. Naprawdę dobrze nam się gra w miejscach gdzie są ludzie Tylko wtedy ma sens nasz przekaz i niesie nas energia zwrotna. Jak każdy zespół na tej planecie… Zdarzało nam się grać koncerty dla kilku osób i było to słabe dla obu stron, na szczęście, te czasy już minęły. A co do samych miejsc – też nie będę tu odkrywcą: małe koncerty klubowe mają swój klimat przez bliskość z publicznością, czuje się jej oddech, każde spojrzenie. Bardzo lubimy tą wymianę obopólnego zainteresowania, ale duże koncerty festiwalowe też są znakomite i mają swoją niepowtarzalną aurę. Kiedy wychodzisz przed tłum, nie widzisz już tak dokładnie twarzy, ale jest pewna energia, która bywa różna. Czasem jest to przychylność, a czasem jakieś odrzucenie, ale to nas kręci.

Gry miłosne potrafią dać nieźle w kość

Gry miłosne potrafią dać nieźle w kość

Być może to śmieszne pytanie, ale patrząc na wasz plastyczny image, intrygującą muzykę a jednocześnie trzyosobowy skład, zastanawiam się, czy zdarzały się Wam zaproszenia np. na tzw. wewnętrzne imprezy „korpo” itp? To w sumie modna sprawa ostatnio…

Nie przypominam sobie takiego zaproszenia i chyba wiem dlaczego. Nie jesteśmy częścią mainstreamu, to po pierwsze. Po drugie i tu akurat słusznie, gramy smutne piosenki a kto by chciał smutne piosenki na wesołej imprezie i po trzecie wreszcie: nie stać ich na nas, dlatego nawet nie pytają  ha, ha, ha…

I wywołałeś wilka z lasu – pieniądz. Ciężki temat, nieprawdaż? Czy to sztuka czy mamona. Jak to jest z tą kasą: kiedy jest jej dość, a kiedy za mało i jak to zrównoważyć, żeby nie przegiąć w żadną ze stron?

Ciężki temat? I tak i nie… Cały czas towarzyszy nam w życiowych poczynaniach. Jakiego tematu byśmy nie dotknęli to musimy przez pieniądze też przemknąć. W działaniach jakiegokolwiek zespołu, nawet najbardziej początkującego, muszą się pojawić pieniądze. Od zakupu instrumentów, przez salkę prób, aż po bilety na przejazd tramwajem na koncert. Nam też ten temat towarzyszy nieustannie na wszystkich etapach działalności i wydania płyty. Jej premiera to dla zespołu nieustające wydatki i dopiero potem okaże się, czy to co włożyłeś przyniesie zysk.  Po pierwsze, na pokrycie tego co włożyłeś i czy dodatkowo zarobisz na tym, więc tak, oczywiście myślimy o pieniądzach, musimy się z nimi liczyć, ale tworząc nasz repertuar, piosenki, dźwięki kompletnie nie myślimy o tym czy coś się sprzeda czy nie. Ale do sedna – da się z grania utrzymać czy jeszcze nie? Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że tworzymy z serca i duszy, bez kunktatorstwa i kombinowania. Nasz producent Paweł Gawlik ciągle się nas śmieje, że znowu nagraliśmy świetną płytę, która nie uzyska komercyjnego sukcesu. Złośliwiec, ale my nie potrafimy inaczej i nie ma w tym kokieterii. Co do samych liczb, czyli złotówek: obecny stan mogę skomentować najwcześniej rok po premierze płyty. Czy się zwróciła itp. Jest teraz modne określenie: „wstać z kolan”, zatem Das Moon nie jest na kolanach i niechaj to będzie moją odpowiedzią na Twoje pytanie. Nie chcę abyś miał wrażenie, że pieniądze są czymś smutnym i w związku z tym nie odpowiadam, ale jest oczywistym, że większe pieniądze kręcą się wokół disco polo, Bajmu, Maryli Rodowicz, Lady Pank itp., bez dwóch zdań. Mnóstwo zespołów walczy o przetrwanie finansowe. My jakoś sobie radzimy, ale oczywiście jesteśmy ambitni, więc nie przestajemy walczyć o większy kawałek tortu. Bo większy kawałek to większe możliwości kreacyjne i tak to się napędza. Zespół zarabia głównie na koncertach, sprzedaży płyt i merchu, ale dochodzą też przelewy z Zaiksu. Czy taki konkret jest satysfakcjonujący?

Ok, opuszczamy zasłonę milczenia. Skupmy się może na czymś weselszym – czy smutny Das Moon jest rozrywkowy i prowadzi rock’n’rollowe życie? Na zasadzie peyotl i absynt, bo jakoś mi się z taką, hmmm, dekadencją kojarzycie…

Co do naszego życia rock’n’rollowego, nie będziemy się chyba przechwalać, ale mamy już za sobą wymianę parkietu w hotelu, rozbite wazony, imprezy do rana. Każdy lub prawie każdy przechodzi fascynacje związane z trasą i nocnym życiem pokoncertowym. Praktycznie nigdy po koncertach nie uciekamy od razu do hotelu. Zawsze jesteśmy otwarci na kontakt z publicznością, która przyszła na nasz koncert, wydała pieniądze na bilet, na nasze płyty. Chcemy się im jakoś odwdzięczyć, spędzając ten krótki czas po koncercie na wspólnych rozmowach. Tak to grzecznie nazwijmy (śmiech).

Wspomniałeś, że tematyka „Dead” oscyluje wokół  damsko-męskich wojenek podjazdowych. Możesz ten wątek rozwinąć? Czy chodzi o krwawe (z użyciem noża…) odwety zdradzonych dam, czy raczej o bardziej nieinwazyjne rozgrywki?

Hmmm. Pewno pełniej w temacie tekstów mogła by odpowiedzieć Daisy bo są to jej bardzo prywatne, intymne wręcz doświadczenia. Teksty opierają się o doświadczenie życiowe, ale te noże to oczywiście metafora. Nikt nikogo nie zabił, ale umówmy się, gry miłosne potrafią dać nieźle w kość obu stronom. Płyta nie stawia tezy, że ktoś jest lepszy a ktoś gorszy po prostu: ŻYCIE BOLI.

Prawda. Zmieńmy zatem brutalnie temat z gier miłosnych na… sprzęt. Jakimi maszynami się obstawiacie, żeby ładnie zabrzmieć? Klasyka, czyli Roland 404 czy nowsze maszyny?

Od początku jest to podobny sprzęt. Duża cześć brzmień to sample z… natury. Zbieramy dźwięki i potem tak je przycinamy, że perkusję robimy np. odgłosu zamykających się drzwi autobusu. Jest też bardzo duży dostęp do coraz to nowych sampli cyfrowych, przeróżnych brzmień i dźwięków, które potem modulujemy, aby nie były do podrobienia. Na nowej płycie jest zdecydowanie mniej gitar, ale jest za to np. saksofon, czyli w naszym wypadku coś bardzo nieoczywistego. Używamy też min. syntezatorów analogowych Korga.

DAS MOON foto jarek sadkowski 02Dostałem właśnie ładne zaproszenie na koncert promocyjny. Czego można się spodziewać, czym zaskoczycie 17 marca? Na co mamy się przygotować?

No tak, to specjalny koncert. Zagramy prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz całą nową płytę i jest to dla nas wyzwanie pod każdym względem. Co prawda, kilka utworów już testowaliśmy na wcześniejszych koncertach, ale jednak jest dużo nowego materiału. Zaprezentujemy też nową oprawę wizualną, co oczywiste. Będzie to koncert, na którym premierowo będzie można na żywo odsłuchać całą nową płytę, która ukaże się dopiero kilka tygodni później. Myślę, że to dostatecznie dużo aby bez cienia wątpliwości zaprosić ludzi na zobaczenie Das Moon z nowym materiałem i nową oprawą plastyczną. Później będą już koncerty trasy promującej album „Dead”, ale nowe utwory będą już wymieszane ze starszymi.

W ten sposób dotarliśmy do końca – ostatnie słowo zostawiam dla Ciebie…

Dzięki bardzo za niestandardowe pytania i zapraszam wszystkich do wsłuchania się w nowe dźwięki Das Moon, które ujawnią się 17 marca na koncercie w warszawskim klubie Dzik, a potem 8 kwietnia na płycie CD, wersji winylowej LP oraz na kasecie magnetofonowej. Potem spotkanie na koncertach w całej Polsce. Wypatrujcie info na www.dasmoon.pl oraz FB. Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Jarek Sadkowski