DANCE LIKE DYNAMITE – Bilety wyprzedane

Jeśli powrót do przeszłości to z głową, pomysłami i sprawnym onych pomysłów wykonaniem. Inaczej będzie porażka i śmiech na salonach. Dance Like Dynamite to zdecydowanie dobry przykład potwierdzający słuszność powyższej teorii. Debiutancki long „This Funeral is Sold Out” to oczywiście destylowanie najciekawszych pomysłów z przeszłości, ale zespół składa się z muzyków bardzo świadomych, którzy tchnęli w pozornie zgrane dźwięki nowe życie, tworząc kolorową, soczystą muzykę, opierającą się z jednej strony na klimatycznym new romantic a z drugiej na miękkiej nowej fali. A wszystko opiera się w sprawnych piosenkach i życiowych bliznach, o czym obszernie a czasami z bolesną szczerością opowiada wokalista zespołu, Krzysztof Sadowski. 

Dance Like Dynamite został założony przez ludzi z tzw. bagażem doświadczeń – czy taki bagaż jest w tym przypadku pomocą czy raczej obciążeniem, kiedy pojawia się chęć wykreowania nowego zespołu?

Wydaje mi się, że generalnie doświadczenie jest czymś pozytywnym. Nawet złe, fatalne czy wręcz tragiczne doświadczenia w życiu, tak czy inaczej nas wzbogacają. Tym właśnie jest człowiek; magazynem doświadczeń. W przypadku naszego zespołu myślę, że doświadczenie tak życiowe jak i muzyczne jest tylko plusem. Każdy z nas popełnił już swoje błędy, choć z pewnością nie wszystkie, każdy odwalił już kawał swojej brudnej roboty w nieogrzewanej sali prób na chujowym sprzęcie, każdy angażował się w rzeczy bez sensu i nie zaangażował się w to, co sens miało. Mniejsza o personalia, ale część z nas ma na swoim koncie uzależnienia, odwyki, terapie, rozwody, przedawkowania, a nawet śmierć kliniczną. Ale jednak żyjemy. A żyjemy dlatego, że potrafimy wyciągać wnioski i dotrwać do końca każdej, nawet najbardziej bolesnej czy pozornie niepotrzebnej lekcji. Ma to naturalne przełożenie na sytuacje, w której czterech trzeźwych facetów, którzy nigdy nie grali ze sobą w tej konfiguracji i takiej muzyki, już po kilku godzinach grania wie, że to ma sens i nie trwa w jakiejś pieprzonej iluzji. Czasu do stracenia już nie ma. No i ten zespół nie został wykreowany, nie było żadnego wyrachowania, żadnych przemyślanych, strategicznych ruchów w stylu: weźmy tego człowieka, nagrajmy taką piosenkę. Po prostu wykrzesana przeze mnie iskra trafiła akurat na odpowiednich, łatwopalnych ludzi i buchnął płomień.

DLD wpisuje się w dość istotną niszę – muzyczną i socjologiczną: miłość za latami 80., poszukiwanie utraconej nowej fali, docieranie do jądra gotyku, to właśnie wy. Czy taka definicja jest sensowna?

Miłość do lat 80-tych – tak, ale nie jestem w stanie stwierdzić czy bardziej kocham Slayer, Exploited, Ultravox czy Siouxsie And The Banshees. Po prostu nie utożsamiam lat 80. z Modern Talking i nie są one dla mnie synonimem obciachu, ale rzeczywiście to, co działo się w tej dekadzie – nie wydarzy się już nigdy na tym świecie. Nowa fala, gotyk, ten pierwotny, spod znaku np. Xmal Deutschland czy Bauhaus niezmiennie do dziś powoduje, że mam dreszcze i słuchając tych kapel mam wrażenie, podobne do tego, gdy wraca się do domu po długiej nieobecności. Mówię oczywiście za siebie.DLD

Mówimy cały czas o przeszłości, dawnych inspiracjach a czy współcześnie znajdujecie muzykę, która wywiera na was jakiś większy wpływ?

W skali istnienia świata mój ukochany Robert Schumann był tylko dwa mgnienia oka wcześniej niż punk i nowa fala a następne mrugnięcie od Marilyn Manson i Rammstein. Idąc tym tropem, nie ma sensu rozdrabniać się na 70’s, 80’s, 90’s. I wtedy i teraz był ogrom ścierwa, tak samo jest z tym, co ma wartość. Absolutnie nikt z DLD nie zatrzymał się w roku 1989. Ale jeżeli chodzi o naprawdę świeże przykłady, z teraz… Ze mną jak zwykle jest problem, gdyż większość współczesnej, „modnej” muzyki rockowej mnie mierzi. Osobiście nie cierpię arktikmankejsów, tych wszystkich łajtstrajpsów i tzw. „indie”, „alt” czy „post” rocka, a metalowe „objawienia” typu: Ghost powodują we mnie odruch wzruszenia ramionami, a w najlepszym wypadku zniecierpliwienie. Ale. Imelda May, Lindi Ortega, Nicole Willis, Miranda Lambert – płyty tych dam znam na wylot i nie są w stanie mi się znudzić. Zdaję sobie jednak sprawę, że to cały czas „stara” muzyka, z pogranicza rockabilly i country, czyli dla starych dziadów. Dołożę więc Christinę Aguilerę, Sophie Ellis-Bextor, Goldfrapp, Die Antwoort i Nicki Minaj. Same kobiety na wokalu, hmmm… Najwyraźniej ich język bardziej do mnie przemawia. Z tzw. rockowych terenów rozwalił mnie na łopatki i kilkakrotnie przejechał walcem francuski zespół blackmetalowo-jazzowo-eksperymantalno-ekstremalny (czy jak to nazwać) Diapsiquir, zwłaszcza ich płyta „A.N.T.I.” Grają takie rzeczy, że aż strach i wcale nie chodzi o ciężar, ostrość czy bycie bardzo złym i bardzo groźnym. Naprawdę, po przesłuchaniu ich płyty ciężko się pozbierać i w przypadku, gdy ponownie przychodzi chęć na ten zespół, trzeba sobie uczciwie odpowiedzieć czy jest się gotowym na to doświadczenie. Nie wiem, czy Tool to muzyka stara czy nowa, ale pod wpływem Karola – bębniarza DLD, po jakimś ćwierćwieczu znów sięgnąłem po ich pierwsze dwie płyty i naprawdę znokautowały mnie pomimo tego, że na ich koncercie o mało nie zasnąłem na stojąco. Grali pięknie, ale umierałem z nudów. Na deser zostawię ostatnią płytę Walking Papers, więc jednak znów ewidentnie stara muzyka dla zgredów i to od starego zgreda Duffa McKagana z powszechnie opluwanego Guns N’ Roses. Dla mnie to płyta 2018 roku i jednocześnie dowód, że nic nie przebije wokalu, gitary, basu, bębnów i umiejętnego zastosowania klawiszy. Doskonała płyta, przepiękne numery, niesamowite teksty, pięć gwiazdek na pięć i nie mogę się doczekać momentu, kiedy wreszcie trafi do mnie ten winyl. Jeśli znajdziesz na tej płycie sekundę nudy, to możesz mnie wyzwać na pojedynek, tylko pamiętaj, że preferuję rewolwery. Nie wiem jednak jaki to ma wpływ na mnie. Na pewno jakiś ślad pozostawia wszystko, co robi na mnie mocne wrażenie. A jaki – to się pewnie kiedyś okaże i nawet nie będę wiedział, że jakaś inspiracja właśnie teraz, w tym momencie dochodzi do głosu.

Na ten album czekaliśmy dość długo – jakie perypetie były związane z jego powstaniem i dlaczego zdecydowaliście się wydać go sami? Niezależność, czy brak ofert?

Album nagrywaliśmy w sumie dwa lata, a powodów było kilka i to bardzo różnych. Chcąc, nie chcąc – zdecydowanie bardziej nie chcąc – muszę wspomnieć o swojej chorobie, z którą zmagam się już ponad cztery lata. Niemalże całkowicie zdewastowała ona mnie i moje życie, ale to paradoksalnie dzięki niej Dance Like Dynamite istnieje, nadając w najtrudniejszych momentach/miesiącach/latach sens memu życiu, nie umniejszając sensu jaki nadaje moja Kobieta i jej dziecko. Drugim ciosem było wyprowadzenie się Noska do Londynu. Ciosem metafizycznym i czysto fizycznym, bo człowiek, który jak nikt inny rozumie mnie w studio, w jeden dzień po prostu zniknął. I trochę trwało zanim znalazłem wspólny język z jego bratem – Wojtkiem Noskowiakiem, którego studio było trzykrotnie totalnie zalane z powodu nie działających odpływów wody deszczowej w sercu Sopotu. I to kolejny powód. Jeszcze innym było skonfiskowanie przez Scotland Yard macbooka Noska. Była w nim jedyna wersja piosenki „Nothing Left But Nothing”. Sprzedawca macbooka, który kupił Nosek w Londynie za wszystkie pieniądze jakie miał, wystawił go okrutnie i sprzedał mu kradziony sprzęt. Chyba wystarczy. A płyty nie wydaliśmy sami, tylko małe wydawnictwo JAM, które wydało ją od ręki. W innych firmach, a były takie – musielibyśmy czekać do stycznia lub czerwca 2019, ze względu na plany wydawnicze tych wytwórni. A nie chcieliśmy już dłużej czekać, bo chyba opadłyby nam wszystkim ręce.

Bilety wyprzedane

Bilety wyprzedane

Jesteśmy zatem przy wydawcach – dużo mówi się o patologiach tej branży, pułapkach jakie czekają na muzyków – co dla was jest szczególnie wkurzające na tym polu?

Każdy z nas nagrał, zagrał, wystąpił przynajmniej na kilku płytach. Wiemy, że ten rynek czy przemysł to wolna amerykanka. A fakt, że jeden ciągnie od wieków zasłużoną kapelę Made In Poland, drugi udziela się u Dody, trzeci gra w Golden Life, a kolejny wywodzi się z punkowego rzęcha – Vulgar, nie znaczy nic i nikt do nas nie zadzwoni, mówiąc: tutaj macie pieniądze, nagrajcie coś, my to wydamy i będziecie w Top 10 sprzedaży w Empiku. Wiemy z historii, że jeden kontrakt, jeden podpis w niewłaściwym miejscu upierdolił wielu artystów na kawał życia. Wiemy też, że muzyka, którą tworzymy, odpowiada ułamkowi procenta ludzkości, jeżeli oczywiście do tego ułamka procenta ludzkości dotrze. I nie ma co narzekać na sytuację na rynku, na układy w branży, tylko trzeba robić swoje najlepiej jak to możliwe, jeśli – oczywiście – ma się coś do zaoferowania światu. Nie ma się co wkurzać i – przysięgam – nie straciliśmy ani minuty życia na takie dywagacje. Nie poleci DLD w RMF MAXXX, ani nie zagra na „Sylwestrze z jedynką.” I nie czujemy się z tego powodu ani lepsi, ani gorsi. Vincent Van Gogh malował, bo czuł, że ma coś światu do zaoferowania i ilość sprzedanych, a właściwie: niesprzedanych płócien nie zbiła go z tropu.

Czym w zasadzie jest dla DLD muzyka – dodatkiem do życia, drogim hobby czy potrzebą, koniecznością? Wiążecie z tym zespołem jakieś nadzieje, macie cele, czy to po postu realizacja marzeń?

Patrząc na siebie i kolegów z zespołu muszę chyba powiedzieć, że muzyka jest życiem każdego z nas, a może sensem życia, nawet jeśli zabrzmi to pompatycznie. Niezależnie od tego kto z nas ile czasu jej poświęca, śmiem twierdzić, że każdy z nas powie coś podobnego. Potrzebą i koniecznością pewnie też, tzn., że każdy ma potrzebę i koniecznie musi komuś coś zagrać, zaciągnąć do studia, potem wywlec na scenę i zagrać to innym ludziom, którzy chcą tego koniecznie posłuchać, a nawet mają potrzebę wydania pieniędzy właśnie na ten koncert i właśnie na tę płytę. Hobby to według mnie niewspółmierne słowo w odniesieniu do tworzenia muzyki. Numizmatyka, filatelistyka, modelarstwo to według mnie jest hobby, nie umniejszając żadnej z tych dziedzin. Stworzyliśmy zespół i trochę piosenek, które wydaliśmy na płycie. Właśnie zaczynamy próby w składzie ludzi, którzy nigdy ze sobą nie grali. Celem jest przygotowanie materiału takiego, żeby grany na żywo trwał przynajmniej godzinę. Mamy nawet pomysł na wizualizacje i światło w trakcie grania. Jeśli tak się stanie, to spełnimy swoje marzenie, albo po prostu osiągniemy swój cel.

Skoro o koncertach mowa – być może będzie to teza kontrowersyjna, ale nie odnosicie wrażenia, że w natłoku muzycznych wydarzeń, promocyjna moc występów na żywo coraz bardziej traci sens?

Obawiam się, że trochę racji masz, może nawet trochę więcej niż trochę. I nie wiem czy to z powodu natłoku koncertów, ich cen, czy też zarobków. Czy może w powodu przyzwyczajenia ludzi do darmowych koncertów tzw. gwiazd, czy też tych przeklętych „list gości”, na które chce trafić zbyt wielu znajomych i znajomych znajomych, którzy zamiast wesprzeć zespół na starcie, na chama wpierdalają się, bo są znajomymi i bardzo szkoda im marnych kilku dych. Pewnie z powodu miksu tych czynników i jeszcze wielu innych. Żeby zaistnieć – trzeba publicznie występować. Żeby publicznie występować i ściągnąć ludzi na koncert – trzeba zaistnieć. To błędne koło, ale na pewno dla każdego jest miejsce. Od klubiku na parę osób, aż po wielotysięczne festiwale. Kwestia oczekiwań, celów i skuteczności w ich realizacji. Każdy zespół, każdy przypadek jest inny. Do końca życia nie zapomnę koncertu Vulgar gdzieś na Śląsku, na którym zagraliśmy dla trzech osób w sali na kilkaset ludzi. Właściciel klubu przed koncertem zapytał, co będzie jak nie przyjdzie więcej ludzi, bo sprzedały się tylko trzy bilety. Odpowiedziałem: „Jak to co?! Gramy normalny koncert ze światłami i dymami!”. I tak się stało. Dziś zrobiłbym tak samo. Niczego nie da się przewidzieć, całkowicie zaplanować, jedynie bezczynność daje stuprocentową gwarancję uzyskania efektów adekwatnych do włożonej pracy.

Na płycie znajdziemy też kower utworu „Zdrada” Maanam. Słuchając go, zastanawiałem się czy nie szkoda, że cała płyta nie jest zaśpiewana w języku polskim. Nie miałeś takich zakusów? 

To trochę tak, jakby zapytać malarza abstrakcjonisty dlaczego nie maluje pejzaży. Nie usłyszysz ode nie frazesów w stylu „językiem rock’n’rolla jest angielski”, czy „język angielski jest uniwersalny” Dlaczego? Bo tak czuję. Tak myślę. Po angielsku. Budzę się w nocy i mam w myślach wers, dwa po angielsku. Nie muszę niczego przetłumaczać. Gdy podłączam w domu bas i gram w kółko jakiś motyw modyfikując go, to tylko angielskie słowa tłuką się w mojej głowie i układają sensowną całość. Podejrzewam, że drugim dnem tego pytania jest mój twardy angielski, ale nie martwię się tym. Klaus Meine, Doro i rzesza innych wokalistów od dziesięcioleci śpiewa po angielsku z niemieckim akcentem i nie próbuje robić z siebie Kalifornijczyków. To dopiero byłoby słabe!przed

Czym dla waszego zespołu – w kontekście nowej płyty – będzie tzw. sukces? Macie jakieś, hmmm, marzenia?

Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Aktualnie jesteśmy króciutko po tzw. wyklarowaniu się składu i na próbach raczej upajamy się naszym szczeniackim entuzjazmem wywołanym wspólnym graniem, niż tracimy czas na plany pisane palcem po kałuży. Dla mnie sukcesem jest już wydanie tej płyty i zebranie TAKICH muzyków. Sukcesem będzie zagranie kilku, kilkunastu, nie wiem, nie pytaj ilu koncertów. W dobrych warunkach, z dobrą ekipą, nie spierdolonych przez akustyka z każdym utworem coraz bardziej pijanego. Sukcesem będzie zrealizowanie jeszcze kilku videoclipów do utworów z płyty „This Funeral Is Sold Out.” I sukcesem będzie nagranie płyty w tym składzie. Z tymi muzykami, znającymi się już, czującymi się i zaangażowanymi w płytę od samego startu. I wiesz co? Mam już nawet tytuł tej płyty. A marzenia? Proszę bardzo. Zagrać przed Siouxsie And The Banshees. Najlepiej w Holandii. I wydać płytę w wytwórni 4AD.

Czy możemy się spodziewać jakiejś wzmożonej akcji koncertowej?

Wzmożonej akcji koncertowej raczej nie będzie. Planujemy koncerty, jasne, ale nie zawsze, wszędzie i za wszelką cenę, bądź jej brak. Raczej pojedyncze koncerty, w konkretnych miejscach, dla konkretnych ludzi. Znamy realia i granie dla 3-5 osób za klasyczne polskie, przepraszam za wyrażenie: „piwko”, nigdy nie było przez nas brane pod uwagę.

I na koniec zasadnicze pytanie: dlaczego ten pogrzeb jest wyprzedany? 

Muzyka DLD jest różnorodna, okładka wielobarwna, a i sam tytuł również jest wielowymiarowy. To trochę przejaw mojego czarnego humoru i poczucia absurdu. Trochę bardzo osobista refleksja na temat mojego tzw. poprzedniego życia, powiedzmy, że sprzed choroby i wielu ludzi, którzy mocno w nim byli. I nagle jakby masowo wymarli, albo może jakbym ja sam już nie żył i nie wymagał atencji. Ale bez żalu już teraz, choć bolesne to było i sporo czasu oraz pracy nad sobą kosztowało mnie zaakceptowanie takiej kolei rzeczy. No, a teraz to już właśnie: wybaczcie, ale nie ma już dla was miejsca inaczej mówiąc: bilety wyprzedane. Kiedyś powiedziałbym: „wypierdalać!”, dziś mówię: „przepraszam, nie ma miejsc.”. Trochę to nawiązanie do śmierci Matki Mojej Lidii, która odeszła zanim DLD wydało pierwszą ep-kę i nie miała szans jej posłuchać… No, a jeśli jeszcze przypomnimy sobie historię z coverem Maanam, to użyte przeze mnie stwierdzenie, iż jest to historia magiczna i tragiczna zarazem, można – nie przesadzając ani trochę – odnieść do tytułu, muzyki i całej historii Dance Like Dynamite.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu