CUBA DE ZOO – noce w przeciwlotniczym schronie

Nowa, druga płyta Cuby De Zoo pokazuje, że nadal na naszej scenie jest miejsce na fajne wydarzenia muzyczne. Podkreślam – fajne. Nie przełomowe, ale ciekawe, dobrze zrobione, wyraźnie nawiązujące do tego, co dzieje się na świecie, a jednak – może dla przekory – posługujące się nadwiślańskim dialektem. „Trucizna” to triumf dobrych tekstów i muzyki dojrzałej, miejscami całkiem poważnej, ale też porywającej do zabawy. I wbrew pozorom, całkiem chwytliwej. Mój rozmówca, Kuba Podolski, nie do końca zgadza się z porównaniami, do jakich się posunąłem, ja jednak wiem swoje – Cuba to polski FF skrzyżowany z Bz R. O co chodzi? Jeśli chcecie wiedzieć, musicie wgryźć się w poniższy wywiadzik, do czego serdecznie zapraszam. 

Czujecie się częścią jakiejś sceny muzycznej w tym, kraju? Wasza stylistyka w zasadzie do niczego nie pasuje. Sami czujecie się związani z jakimś nurtem czy raczej stronicie od szufladkowania?

Jesteśmy częścią szeroko pojętej sceny rockowej świata i okolic (śmiech). A skoro w ustach szanowanego dziennikarza muzycznego Arkadiusza Lercha, bądź co bądź osłuchanego, pojawia się trudność z klasyfikacją tego co robimy, należy to potraktować jako komplement (śmiech). Zbudowanie własnego stylu to najtrudniejsza ze sztuk.

Jak wyglądały Wasze początki – gdzie się poznaliście i jak doszło do założenia Cuba De Zoo?

Znamy się jeszcze ze szkoły średniej i gramy ze sobą w różnych składach osobowych znacznie dłużej niż istnieje Cuba de Zoo. Ten zespół to taka kompilacja i esencja naszych doświadczeń z poprzednich składów.

noce w przeciwlotniczym schronie

noce w przeciwlotniczym schronie

Nie słyszałem „jedynki”, przeczytałem za to parę opinii, w myśl których nowa płyta nie jest tak dobra jak debiut – co macie do przekazania malkontentom?

Opinia taka jak na razie była tylko jedna. Na dodatek powstała ona po jednokrotnym przesłuchaniu albumu. Zdajemy sobie sprawę, że „Trucizna” jest bardziej wymagająca od debiutanckiego „Rozkazu” oraz że są słuchacze, którzy oczekują kontynuacji pewnej lekkości debiutu. Jednak to, że zmieniliśmy nieco kurs na ciemniejszą stronę mocy oznacza dokładnie progres. W innym przypadku cofalibyśmy się.

Pojawiające się tu i ówdzie porównania do Franz Ferdinand są z jednej strony na pewno nobilitujące, z drugiej wstawiają Was w niszę z całym tłumem indie rockowych bandów – czy taka sytuacja bardziej was śmieszy czy satysfakcjonuje?

Żaden z nas nie zna i nie kojarzy muzyki indie. Znamy za to muzykę hindi (śmiech). Wydaje nam się, że ta pomyłka w zaszufladkowaniu pierwszego albumu, będąca efektem ignorancji recenzentów już dawno wygasła. To co przeczytasz w Internecie kompletnie nijak ma się do tego co robimy naprawdę. Szczególnie jest to widoczne na koncertach.

Jak wypada z Waszego punktu widzenia porównanie debiutu z „Trucizną” – pytam jako osoba nie znająca pierwszej płyty…

Mówiłem już, że płyta „Trucizna” jest bardziej wymagająca, zarówno dla słuchacza, jak i dla nas, którzy ją gramy. Jednak obcowanie z nią daje nam o wiele większą satysfakcję. Ta płyta ewidentnie jest „bardziej nasza”, w pewnym sensie definiuje nasz styl i charakter. Tworzyliśmy ją jammując nocami w schronie przeciwlotniczym, z żelbetowymi ścianami o grubości ponad 90cm. To nasza baza i kwatera główna, gdzie można wykrzyczeć wszystko.

„Trucizna” to dla mnie przede wszystkim triumf kunsztu muzycznego i aranżacyjnego nad kompozycją jako taką – słucham nowej płyty właśnie pod kątem świetnych aranży, znakomitego rzemiosła. Czy faktycznie tym razem środek ciężkości przesunęliście z kompozycji na aranżację, czy to tylko moje złudzenie?

Cuba de Zoo to trio. Często stoimy przed pytaniem jak zagrać we trzech tak, aby cały czas się coś działo. Znamy nasze ograniczenia i znamy nasze zalety. Sztuką jest aby przykryć pierwsze a uwypuklić drugie. Klika utworów faktycznie posiada bardziej złożony aranż, jednak są to cały czas w zasadzie proste, rockowe numery.

Na pewno istotnym elementem są słowa, w zasadzie poezje, które świetnie uzupełniają muzykę – uważacie, że teksty w rocku mają jeszcze jakiś odświeżające znaczenie, jako manifesty niosące konkretne przesłania?

Słowa na album powstały w tym samym czasie co muzyka. Rozwój w muzyce szedł w parze z rozwojem w tekstach. Całość jest o poprzeczkę lepsza. Widać doskonale, że wiele zespołów nie przywiązuje wagi do treści, ale pamiętajmy, że muzyka i brzmienia kolejnych dekad się „starzeją” i po latach są anachroniczne. Jedyne co może zapewnić świeżość piosenkom to właśnie ponadczasowe teksty.

Jedynym tekstem, który mnie troszkę zdziwił/zniesmaczył jest zbyt dosłowny „W każdą stronę” – co było powodem takiej nieco politycznej, czy może społecznej deklaracji? Nie uważacie, że takie manifesty nie mają w sumie sensu?

To nie jest piosenka o polityce. Polityka jest zbyt brudna aby o niej pisać. W piosence tej są słowa: „nikt z was już nie reprezentuje mnie” oraz „gdy się zatracisz ja będę tam”. To bardziej wezwanie do wolności jednostki w poszanowaniu i trosce o drugiego człowieka. Każdy z nas jest inny i każdy żyje w innej relacji społecznej. Warto na to spojrzeć szerzej. A tak na marginesie, gdybym w swoim domu miał demokrację przy sile głosu moich czterech synów na obiad byłyby słodycze a bajki w telewizji stałyby się obowiązkowe.

Dla odmiany stworzyliście jeden z ciekawszych erotyków – „Pistolet” – zawsze uważałem że język polski powoduje, że takie tematy wypadają zwyczajnie wulgarnie, tymczasem w waszym wykonaniu taka poetycka wizja i erotyczny klimat bardzo fajnie się sprawdzają. Trudno pisać takie teksty? Jak udaje się zachować dystans, by nie przekroczyć tej bardzo cienkiej linii dzielącej poezję od wulgarności?

Haaa! Tajemnica! Teksty mogą być dobre i złe. Mogą też być zmyślone i prawdziwe. „Pistolet” to akurat przykład „prawdziwego” tekstu. To za sprawą ludzkiej niedojrzałości, a nie za sprawą języka polskiego tego typu teksty wypadają wulgarnie. Kompleksy własnych doświadczeń popychają wielu autorów słów do nieudolnej próby nadrabiania w tym temacie. Jeśli dotyka nas coś tak głębokiego jak miłość w kontekście „eros” to naprawdę „nie mamy szans” aby się temu opierać. Człowiek spełniony nie musi pisać w tzw. C-dur auto-reklamy o tematyce fallicznej bądź waginalnej. To wywołuje we mnie mdłości.Cuba

Za każdym razem kiedy słucham Trucizny, mam nieodparte wrażenie, że jesteście przyrodnimi braćmi Bratów z Rakemna. Szczególnie ich płyta „Krew, Sex, Popyt, Podaż” stoi moim zdaniem bardzo blisko Waszego, nowego krążka. Znacie ten zespół i co sądzicie o takim porównaniu?

Niestety, nie znamy tego zespołu. Jesteśmy wyluzowani w kwestii porównań. Chociaż zdajemy sobie sprawę, że dopóki coś jest nie dookreślone to stanowi problem w ocenie. Budujemy własny styl. Rock jest gatunkiem niezwykle szerokim i pojemnym. Są Red Hoci i jest Joy Division.

Intryguje mnie Wasze przywiązanie do koloru niebieskiego, w kontekście grafiki i sesji nagraniowej – jakiś fetysz, symbol czy przypadek?

 Kuba nie zgada się z porównaniami

Kuba nie zgada się z porównaniami

Kolory biały, czarny i niebieski na okładce podkreślają chłód i pewną oszczędność w wyrazie. Z naszymi piosenkami weszliśmy w strefy, w które się dotąd nie zapuszczaliśmy. Zimne i wyrachowane zło wyziera z tej płyty i jest na niej cała masa piosenek bez happy end’u (śmiech). Czarny humor.

Jak wyglądały prace nad materiałem, zarówno na sali prób jak i w studiu – są jakieś ciekawe sprawy, wykorzystany sprzęt, nietypowe techniki podczas nagrywania, o których warto wspomnieć?

Nasza sala prób mieści się w dawnym schronie przeciwlotniczym z okresu zimnej wojny. Myślę, że to w dużej mierze zdecydowało o charakterze i brzmieniu piosenek. Mamy przecież monolityczny, niemal betonowy groove sekcji rytmicznej, mamy piosenki z morałem, ale bez jasnego wyjścia, mamy gitary brzmiące czasem jak nalot dywanowy. Jeśli chodzi zaś o same nagrania to zrealizowaliśmy je jak najbardziej uczciwie wobec słuchacza. Żadnych dodatkowych ścieżek. Trzy instrumenty i wokale.

Miejscami płyta brzmi, jakby nagrywana byłą na tzw. setkę – bardzo organicznie i surowo – to zamierzony efekt?

Ta płyta była nagrywana w całości na setkę! Pracowaliśmy w Rolling Tapes Studio w Srebrnej Górze z Markiem Szwarcem – właścicielem tego niezwykle klimatycznego miejsca. Na przykład piosenkę „Raj” zagraliśmy w jednym pomieszczeniu bez separacji a wszystkie instrumenty zostały nagrane jedynie na 6 mikrofonów. To na dzisiejsze czasy dość archaiczne podejście, ale efekt daje nam gigantyczną satysfakcję.

Jak możecie się umiejscowić na polskiej scenie, jako zespół w 2013 roku? Jacy ludzie Was słuchają i czy na tak małej scenie jaką jest Polska jest dla Was miejsce?

Sukces jaki dotychczas osiągnęliśmy sprawia, że czujemy się świetnie na polskiej scenie. Piszemy teksty zrozumiałe dla polskojęzycznego słuchacza, gra nas niezwykle szanowane Polskie Radio Trójka, zapraszają nas na swoje koncerty zespoły takie jak Myslovitz i Happysad, zapraszali nas organizatorzy Open’era, Seven Festiwal Węgorzewo a nawet telewizyjnego Festiwalu Opolskiego. Po wydaniu „Trucizny” napływa do nas wiele pozytywnych opinii od słuchaczy. Co ciekawe, dużo dobrego słyszymy od muzyków, ludzi działających w tzw. branży muzycznej. A komplementy z tych ust to naprawdę rzadkość!

Kwestie promocji – dzisiaj albo za wszelką cenę trzeba zaistnieć w komercyjnych mediach, w jakikolwiek sposób, albo jest się skazanym na granie i wycieranie scen klubowych bez większych szans na sukces, taki wymierny, rzecz jasna. Czy dla Was istnieje pułap, na który chcecie się wspiąć, gdzie w zasadzie mierzycie?

Ja bym tak nie klasyfikował. Scena klubowa rządzi się swoimi prawami, festiwalowa swoimi. Kluby dają osobistą, niezbywalną relację ze słuchaczami. Wszystkie poważne zespoły to przeszły i w większości w tym trwają. Natomiast festiwale to swego rodzaju karnawał różnorodności i święto sceny muzycznej. Polska i światowa scena podzielona jest dokładnie według tego schematu. Pomijam zespoły, które się w klubach nie mieszczą, ale w Polsce chyba jedynie Kult do tego aspiruje.

Współpracujecie z Mystic Prod. Co daje ta kolaboracja i jakie formy kooperacji są i będą podejmowane?

cuba_de_zooMystic zajmuje się wydawaniem płyt. Z naszej współpracy wynika to, że mają nas w swoim zacnym katalogu wydawniczym a my mamy pewność, że płyta będzie szeroko dostępna w dystrybucji. Wspólnie ustalamy min. formy promocji. Obecnie dogrywamy szczegóły naszego kolejnego koncertu w legendarnym Studio im. Agnieszki Osieckiej w Trójce.

Plany na przyszłość – czy dzisiaj, kiedy płyta jest na rynku szykujecie jakieś spektakularne akcje, trasy itp.?

Do końca roku zagramy kilkanaście koncertów w większych i mniejszych klubach. Będziemy rozgrzewać przed wspomnianymi Myslovitz i Happysad,. Wiosną 2014 i później będziemy to konsekwentnie kontynuować.

Ostatnie słowo pozostawiam Wam i dotyczy ono pięciu płyt, które zmieniły wasze losy. Są to…

Kluczowe dla nas są płyty które niosą prawdziwą energię i emocje. Pięć płyt to bardzo mało i to mocne ograniczenie, ale spróbujemy: Rage Aganist The Machine – RATM, Quenns of the Stone Age – „Songs for the Deaf”, Depeche Mode – „Violator”, Dead Can Dance – „Within the Realm of a Dying Sun”, Godspeed You! Black Emperor – „Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven”.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Koykos Studio