CRAB INVASION – porządek i koncept

Tańczyć, gamonie!! Takim wezwaniem zachęcam wszystkich do sięgnięcia po album Trespass formacji Crab Invasion. Jeśli lubicie pop podany z alternatywnym sznytem, dobre disco grane z przesterowaną gitarą, stary Duran Duran i pulsację „We Can’t Dance” Genesis, w jakimś sensie możecie wyobrazić sobie to, co chce nam przekazać ta młoda, ale już bardzo świadoma załoga. Jasne, to co tworzą wpisuje się w moje fascynacje, ale nie wątpię, że w naszym pięknym i zadziornym kraju znajdzie się sporo ludzi, którzy z prawdziwą przyjemnością sięgną po taką muzykę. Kraby mają nieźle w głowach poukładane, prą do przodu i mam wrażenie, że dopiero wraz z następnym longiem pokażą, co w nich siedzi. O różnych posądzeniach, dobrym wyglądzie, disco i wychowaniu rozmawiałem z gitarzystą i wokalistą Jakubem Sikorą.

JEŚLI TRUDNO CI NAPISAĆ ŁADNĄ, CIEKAWĄ MELODIĘ, NIE RÓB TEGO!

Jak się czuje najlepszy, polski zespół rockowy już „z płytą”? Nadal pozostaje najlepszym zespołem?

To zdanie o „najlepszym zespole rockowym bez płyty” padło przy okazji Off Festivalu 2012, na którym zagraliśmy jako laureat konkursu T-Mobile. To bardzo miłe i napędzające – przeczytać o sobie taką opinię. Dla wielu pewnie nadal nim jesteśmy, ale w tej chwili, po „zrzuceniu z siebie” debiutu już o tym zapomnieliśmy. Pracujemy dalej i robimy to z miłości do muzyki, napędzani jakąś wspólną, wzajemną energią, która jest dziś silniejsza niż wcześniej. Poza tym stajemy się coraz mniej rockowi…

Ktoś kiedyś powiedział, że łatwiej jest zrobić zakręcony, awangardowy utwór niż dobrą i melodyjną piosenkę – potwierdzacie tę teorię?

Myślę, że dla kogoś, kto zajmuje się jednym, zawsze trudniejsze będzie to drugie. Każdy rodzaj muzyki posiada swój specyficzny język. Jego znajomość i umiejętność kreatywnego wykorzystania np. do opowiedzenia przekonującej historii, czy zbudowania wciągającej, wielowątkowej struktury świadczy o tym, czy coś jest dobre czy nie. My wybraliśmy akurat język piosenkowy. Poza tym piosenka musi z założenia powstawać z jakąś łatwością. Jeśli trudno Ci napisać ładną, ciekawą melodię – nie rób tego. Ja nawet w ramach solowego, bardziej wolnego i eksperymentalnego projektu ZaStary, staram się opierać wszystko na songwritingu. Po prostu czuję się w tym swobodnie.

Zazwyczaj krajowe zespoły, pisząc o swoich inspiracjach, podają nazwy kultowych grup punkowych czy metalowych. W kontekście Waszej płyty, spodziewam się zgoła innych inspiracji – co wpłynęło na Waszą muzyczną świadomość, jako młodych słuchaczy?

U każdego z nas było na pewno inaczej. Ja wychowałem się na rocku progresywnym, którego słuchałem w podstawówce dzięki starszemu bratu (Robert Sikora – bas, wokal). Pink Floyd, Genesis, King Crimson, wczesne Porcupine Tree. Oprócz tego nowofalowe rzeczy jak The Cure, The Police, Joy Division. Później było tego u nas coraz więcej i coraz bardziej różnorodnie – post rock, soul, indie, elektronika – dochodziło coraz więcej wykonawców aktualnych i tych, których można by zaliczyć do kanonu muzyki albumowej. Na pewno każdy z nas uwielbia pop – zarówno ten mniej jak i bardziej komercyjny. Tomasz Bala (instrumenty klawiszowe, gitara) jest naszym człowiekiem od jazzu, fusion i okolic. Tomek Skórzyński (perkusja, instrumenty perkusyjne) od disco, r’n’b czy house’u. Oczywiście, to uproszczenie, bo przede wszystkim mamy maksymalnie otwarte głowy na wszystko co nas otacza, a nasze zainteresowania stale się mieszają – jak to w zespole.CI4

Polska – moim zdaniem – nadal nie jest gotowa na zespoły, które nie ukrywają, że chcą grać muzykę taneczną. Nie mieliście obaw, wychodząc właśnie z taką propozycją do mimo wszystko nadal dość konserwatywnych słuchaczy? Może stąd poczucie tytułowego grzechu/wykroczenia??

Na pewno to wykroczenie odnosi się w dużej mierze do naszych, muzycznych decyzji – również do wychodzenia poza to, od czego zaczynaliśmy, czyli garażowego indie rocka. Ten taneczny kierunek był na początku jakimś eksperymentem. Pamiętam, że gdy nagrywaliśmy singiel „Dart”, nie byliśmy do końca pewni gdzie zabrniemy i jak to się dla nas skończy. Jednak bodziec, który mnie do końca przekonał do grania takiej muzyki pochodził skądinąd. Zdjęcia do klipu „Dart” i cały ten koncept zmusił nas do otworzenia się i tańczenia w niesprzyjającej przestrzeni, w miejscach publicznych. W moim życiu okazała się to być prawdziwa cezura, moment, od którego zacząłem czerpać autentyczną przyjemność z tańca. Jeśli więc zorganizowane działanie grupy osób w celu stworzenia czterominutowego filmu do internetu aż tak wpływa na Twoje życie, to wiedz, że coś się dzieje! Nie możesz już się cofnąć i znowu być smutasem.

Być może będzie to trochę bolesne, ale trzeba uderzać mocno – kiedy jeden z moich znajomych zobaczył w samochodzie płytę, po czym usłyszał dźwięki, skrzywił się – eee, co ty za gejów słuchasz?! Tu pojawia się właśnie problem dobrze wyglądających i tworzących inną, niż nakazuje kultura muzykę – spotkaliście się z jakąś otwartą niechęcią i różnymi „posądzeniami”? Moim zdaniem, u nas nadal króluje kult bojówek i przepoconego, długaśnego wszarza. Tak ogólnie rzecz ujmując…

He, he. „Niechęć” i „posądzenia” to nasze drugie imiona. Żartuję. Niestety, wszyscy w naszym zespole są heteroseksualni. Nie wiem do końca jaki jest dominujący ilościowo „model” muzyczno-tożsamościowy w Polsce. Nie jestem socjologiem, ale wydaje mi się jednak, że większy od „spoconego rocka” udział w nim ma dziś polski rap, lub disco polo (z którymi zresztą nie mam większych problemów). Być może żyłem całe życie pod jakimś kloszem, ale teraz każdy może sobie taki klosz zbudować – jesteś dzieciakiem, podłączasz się do sieci i kiedy chcesz, możesz zanurzyć się w muzyce, która nie ma nic wspólnego z tym, z czym spotykasz się na co dzień wśród rówieśników czy w głównych mediach.

porządek i koncept

porządek i koncept

Mam wrażenie, że muzyka Crab Invasion jest w jakimś tam sensie „wymyślona” – chodzi o to, że nie ma w niej takiego, debiutancko/młodzieńczego rzucania się na dźwięki i patrzenia co z tego wyjdzie, ale raczej wszystko jest odpowiednio przepracowane, wykoncypowane. Jak wyglądały te „początki” i „wymyślanie”?

Myślę, że tak jest dlatego, że te początki mamy już za sobą. Zostały po części nieudokumentowane (jak np. dziesiątki godzin kanciastego, zjaranego free jazzu granego przeze mnie i Tomasza Balę), a po części kryją się w czeluściach Internetu jako demówki Crab Invasion i innych zespołów, w których wyżywaliśmy się wcześniej. Muszę przyznać, że w przypadku długogrającego debiutu byliśmy już jakoś nastawieni na porządek i koncept. Dyscyplina przede wszystkim polegała na doborze środków. Na wstępnym etapie, gdy praktycznie nie mieliśmy żadnego materiału, a zespół w tym składzie osobowym dopiero się poznawał, chciałem zrobić album zamrożony brzmieniowo w latach 70-tych. Przez długi czas to narzucone przez nas samych ograniczenie zabraniało nam używać innych barw syntezatorów niż te pochodzące z ukochanego Mooga, a aranżacje opierać na gitarach, bębnach, elektrycznym pianinie, czy organach. Później pojawił się wspomniany wyżej wątek taneczny, który wywrócił sporo rzeczy do góry nogami. Część utworów wyleciało, część dopisaliśmy do nowego, rozbudowanego brzmienia.

Porównując Wasz debiut z obracającym się na podobnej orbicie UniqPlan, widać wyraźnie, że Wasza propozycja jest bardziej naturalna, nie tak syntetyczna, jak Wilderness. Nie mieliście pokus, żeby jeszcze bardziej wejść w edycję Waszej muzyki, idąc w stronę chociażby„Abacab”?

Są utwory na „Trespass”, które dryfują w takim kierunku. Nazwijmy go umownie electro-popowym. „Caught” czy house’owe „Way Too Close”. Jednak całościowo postanowiliśmy postawić bardziej na żywy, rockowy pierwiastek naszych kompozycji. Wszystko wskazuje na to, że nasz przyszły materiał, będzie bardziej odważny pod względem ingerencji studyjnej.

Nie ma co ukrywać, że „Trespass” będzie wrzucana do worka z napisem „indie”, zresztą, słyszalne tu i ówdzie nawiązania do chociażby Franz Ferdinand przesądzają moim zdaniem o sprawie. Boicie się takiego szufladkowania? A jeśli tak, to czy staracie się jakoś przed tym bronić?

Nigdy nie byłem jakoś szczególnie zasłuchany w zespoły typu Franz Ferdinand, więc ciężko mi się do tego ustosunkować. Myślę, że nie musimy się bronić, bo już nawet zapomnieliśmy, że gramy indie rocka! Jesteśmy Krabami i gramy wishful pop (żartobliwe określenie wymyślone na jakiejś imprezie – czyli taki pop, który chcielibyśmy, żeby faktycznie był w Polsce popularny).

Ktoś gdzieś rzucił względem sztuki takiej jak Wasza hasło „muzyka konfekcyjna”. Mnie się nie podoba, ale chciałem się dowiedzieć, jak reagujecie na takie określenia? Czy faktycznie można słowo „rozrywka” rozumieć tylko w konotacji negatywnej, co u nas jest często normą?

Taki elitaryzm mnie odrzuca. Niska/wysoka sztuka – chyba rozprawiono się z tym podziałem już pół wieku temu. W obrębie muzyki rozrywkowej można artykułować zarówno ciekawe treści jak i muzak. Z reguły nieznajomość wewnętrznego zróżnicowania muzyki pop prowadzi ludzi do takich sądów, o których mówisz. To tak jak ja mógłbym stwierdzić, że – przypuśćmy – metal jest gatunkiem nudnym i jednorodnym, bo się na nim zwyczajnie nie znam. Oczywiście, nie zrobię tego, bo wiem, że dotarł do mnie w życiu jakiś wierzchołek tej góry lodowej i fakt, że akurat postanowiłem nie zapuszczać się na głębiny świadczy tylko o tym, że z różnych powodów wolałem pozostać w tej dziedzinie ignorantem. Zresztą metal to też muzyka rozrywkowa.

„Trespass” zdradza także kilka nie do końca oczywistych kierunków, bo obok tanecznych bitów pojawia się trochę zgrzytliwej gitary a nawet elementy transowe, rozciągnięte ponad przyzwoite normy – czy mam zatem rozumieć, że swoim debiutem jedynie sygnalizujecie zainteresowania i kolejna płyta będzie pokazywać Crab Invasion z zupełnie innej strony?

Następna płyta bankowo pokaże nas z innej strony. Na pewno będzie to strona bardziej zespołowa, luźniejsza i rozrywkowa, mniej wykoncypowana. Chcemy wyrównać wpływ poszczególnych członków grupy na kompozycje. Trochę się wycofam na rzecz reszty chłopaków i wspólnych jamów, bo drzemie w tym naprawdę ogromny, nieodkryty przez nas wcześniej potencjał. „Trespass” jest trochę jak zróżnicowany, wieloskładnikowy przepis na ciasto. Teraz czas na wymieszanie tego wszystkiego i zaserwowanie całego, skończonego deseru.

Czy w związku z taką a nie inną muzyką, przyszło Wam do głowy, że możecie zaistnieć na szerszej niż klubowa scenie? Czy Crab Invasion ma jakiś ukryty plan, gdzie chce dotrzeć i co osiągnąć? Zastanawiacie się nad możliwościami, jakie stoją przed Waszym zespołem?

Blaski i cienie wishful popu (śmiech…). Oczywiście, chcielibyśmy dokonać totalnej inwazji, wejść ludziom do domów jak kraby na wyspie Bożego Narodzenia, ale chyba najlepiej nie mieć szczególnych oczekiwań i robić swoje. Wystąpiliśmy kilka razy w telewizji. W zasadzie gdzie tylko się dało. Staramy się zaskakiwać i pojawiać się w nietypowych miejscach. Nie obrażamy się na pop. Chcemy nagrać przebój.

„Trespass” brzmi bardzo naturalnie, momentami mam wręcz wrażenie, że nagrywaliście ją na żywca – zdradźcie jak wyglądała sesja nagraniowa i jakich pikantnych jej szczegółów dzisiaj się wstydzicie?

Nie nagrywaliśmy płyty na setkę, ale gdzieniegdzie znalazły się np. ślady z pierwszych podejść z wpadkami, które celowo zostawiliśmy, żeby zachować naturalność. Sesja była bardzo rozciągnięta w czasie. We wrześniu gdy zabraliśmy się już na poważnie za rejestrowanie i produkcję, znajdowaliśmy partie nagrane w lutym przy okazji czegoś innego. Na początku jesieni musieliśmy więc ułożyć puzzle i sprawdzić czego nam brakuje. Część ścieżek nagrywałem sam w mieszkaniu, część razem z Tomkiem Balą u niego, część w S7 w Piasecznie z Remkiem Zawadzkim. Pod koniec przesypiałem dni, żeby móc w nocy dośpiewywać wokale, kończyć teksty i edytować ślady gdy studio nie było zajęte. Zaniedbałem przez to wiele innych rzeczy. Zanim jednak doszło do tych poważnych prac, był etap luzu i zdarzało nam się spotkać, upić i nawymyślać jakichś syfiastych partii, które później trzeba było wywalać. Całe szczęście za te godziny nie płaciliśmy…

Zawsze intryguje mnie polaryzacja między muzyką a tekstami. Wiadomo: schemat – mocna muzyka, mocne teksty, punk = ideologia itp., itd. Co zatem z Waszym przekazem? Czy tekst jest dodatkiem do muzyki, czy macie na tej płaszczyźnie jakieś aspiracje?

Tekst zawsze był dla mnie na drugim planie w procesie pisania utworów. Czasem nawet na trzecim. Nie zmienia to jednak faktu, że przykładam sporą wagę do tego co śpiewam. Nie lubię wytartych rozwiązań i staram się podchodzić kreatywnie do struktury języka. Zarówno w przypadku angielskich jak i polskich tekstów (w projekcie ZaStary). Być może przez to bywają mało zrozumiałe dla odbiorcy. W przypadku „Trespass” częściej niż na komunikatywność, stawiałem na subiektywnie odbieraną oryginalność. Zasadniczo to płyta o zapominaniu o przeszłości i rzucaniu się w wir nowych bodźców. Często kosztem wypracowanego wcześniej komfortu.CI2

Kiedy pierwszy raz usłyszałem Waszą płytę i pooglądałem sobie FB, ukułem takie określenie: „oto zespół co wygląda jak młody Duran Duran a gra jak stary Genesis…”. Co wy na to?

Bardzo nam się to podoba. Lubimy oba zespoły. A szczególnie ten drugi, zarówno z Peterem Gabrielem jak i z Philem Collinsem na wokalu…

Patrząc na Was, zastanawiam się, w zasadzie, gdzie trafiacie? Do kogo? W jakich klubach można was spotkać? Jakoś nie wyobrażam Was sobie grających w MDK-u ani np. w Metal Cave…

Różnie z tym bywa. Graliśmy na Openerze, Off Festivalu w Katowicach (który jest moim ulubionym, polskim festiwalem) i na Męskim Graniu w Warszawie. Jeśli chodzi o warszawskie kluby, to m.in. Kosmos Kosmos, Hydrozagadka, Chmury. W Lublinie dobrze grało nam się w Dwóch Piętrach.

Jest płyta. Świetna płyta. Są koncerty. Dzieje się. Czy dla zespołu o takim jak Wasz profilu poruszanie się w krajowym show biznesie jest łatwe? Jakie są największe przeszkody i gdzie Wasz muzyczny wizerunek otwiera szeroko bramy?

Myślę, że dziś w ogóle zespołom grającym na żywych instrumentach jest trudniej poruszać się po rynku. Z jednej strony to pewnie kwestia mody, z drugiej przede wszystkim logistyki – wożenie bębnów, wzmacniaczy i gitar po kraju jest trudniejsze niż klawiatury, laptopa i kontrolerów. Przeszkody są takie jak zawsze w Polsce – na muzykę niezależną/alternatywną jest zbyt mały popyt w stosunku do ilości wykonawców (nie ma kultury chodzenia na koncerty młodych zespołów), a mainstream jest raczej zamknięty. Mimo wszystko, w tym drugim coś się zmienia – pojawiają się ciekawe, popowe płyty i nowi wykonawcy jak np. Kamp!, którzy zdobywają spory posłuch i przyciągają uwagę głównego nurtu. Przyszłość należy widzieć w jasnych barwach.

I na koniec standardowo – jakie plany przed Wami, co chcecie zrealizować i dokąd dojść? Co jest szczytem marzeń zespołu Crab Invasion? Przeprowadzka do Warszawy?

W Warszawie mieszka aktualnie 3/4 składu. Gdybyśmy byli tu wszyscy pewnie byłoby łatwiej, ale nie narzekamy i dajemy sobie radę. Plany na najbliższą przyszłość to trasa, festiwale i praca nad nowym materiałem. Niebawem premiera klipu do naszego okolicznościowego, walentynkowego utworu „One Day” spoza albumu. 25 kwietnia gramy w Poznaniu na konferencji Spring Break, organizowanej po raz pierwszy w Polsce. Oprócz tego uporządkowałem pomysły zbierane od ponad roku w notatnikach i na dysku i zacząłem produkować nowe solowe utwory, które chciałbym skończyć najpóźniej w lecie i wydać pod szyldem ZaStarego. Rozwijamy też nasz własny micro label Postaranie Records. Chcemy wspierać młodych, początkujących wykonawców w promocji i dystrybucji muzyki w Internecie. Wiemy, że trudno dziś znaleźć większego wydawcę, więc chcemy pomagać zdolnym, wartościowym muzykom stawiać pierwsze kroki na rynku. Marzenia Krabów: świetnie byłoby podpisać kontrakt z dużą wytwórnią i zagrać trasę na kilku kontynentach!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Jan Daciuk/Emilia Sałajczyk/Mateusz Tyszkiewicz