COLISEUM – coś starego, coś nowego

Coliseum został założony w 2003 roku a pierwszy raz na scenie znaleźliśmy się w marcu 2004 roku. Od tego czasu sporo koncertowaliśmy i wydaliśmy wiele płyt… Niezliczona ilość razy wojażowaliśmy po Ameryce Północnej, z pięć razy w Europie, Australii i Japonii po razie. Nasz debiutancki album pojawił się w czerwcu 2004 roku za sprawą Level Plane Records. „No Salvation” wydała Relapse w sierpniu 2007 zaś ostatni, duży krążek „House with a Curse” ujrzał światło dzienne dzięki Temporary Residence ltd w czerwcu 2010 roku – tak krótko przedstawił swój zespół gitarzysta i wokalista Ryan Patterson. A powód rozmowy był dość oczywisty – Coliseum ma na koncie nową ep – kę „Parasites” z kilkoma świetnymi nowymi kawałkami i powtórnie nagranymi perełkami z przeszłości. Czy nie jest to dobry powód do krótkiej konwersacji?


Jestem wielkim fanem płyty „No Salvation” – czy myślisz, że może być ona głosem niezależnego pokolenia ostatniej dekady?

Hmmm… Nie wiem, czy może to być głos pokolenia. Nic o tym nie wiem (śmiech…). Jestem dumny z tej płyty i z tego, co udało się nam osiągnąć. Jedyne co mogę powiedzieć, to fakt, że krążek idealnie puentuje miejsce, w jakim znajdował się nasz zespół. Płyta była dużym krokiem do przodu na wielu płaszczyznach. To słyszymy od wielu osób, z którymi rozmawiamy o te płycie…

Jak myślisz – czy „House with a Curse” może być uznana za kolejny krok do przodu? Pytam, bo dla mnie to raczej tzw. „skok w bok”…

coś starego, coś nowego

Odpowiem analogicznie jak w przypadku „No Salvation” – „House…” pokazuje, jaki był nasz zespół w momencie, kiedy robiliśmy ten materiał i go nagrywaliśmy. Nagrania są dla mnie zawsze zapisem chwili, emocji w tym konkretnie momencie. Nie nagrywamy z myślą o tym, co będzie za rok czy dwa, ale dlatego by zatrzymać czas. To wypowiedź artystyczna, sztuka a nie podsumowanie zespołu i jego historii. „Houe with a Curse” to rzecz całkiem świeża, dlatego nasz sposób myślenia jest podobny. Nie nazwałbym płyty skokiem w bok, bo dla mnie jest to szczyt naszej formy  i najlepsza rzecz, jaką do tej pory zrobiliśmy. A następny album będzie następnym szczytem i tak dalej…

To w tych układach co różni „Parasites”  od „House…”?

Pasożyty to nagrania z kilku różnych sesji. To kilka odrzuconych fragmentów z sesji „House…” oraz jeden utwór pochodzący z pierwszej płyty, nagrany ponownie. Trudno powiedzieć, jak porównać te płyty. To zbiór piosenek, swego rodzaju remanent a nie jakieś spójne dokonanie. Obrazują one kilka ważnych momentów w naszej historii. Są tu powiązania z „Goddamage” z sprawą ósmego kawałka z ep-ki, są powiązania z naszym pierwszym dziełem przez nową wersję „Give Up And Drive”. Są więc nawiązania do przeszłości i tego, jak widzieliśmy hardcore’a kiedyś, ale są też kroki do przodu za sprawą nowych piosenek takich jak „Waiting” czy „One Last Night”.

Coliseum – moim zdaniem – próbuje połączyć hardcore’a z noise rockiem. Myślisz, że w nowych piosenkach udało się Wam dokonać wyważenia tych elementów, swoistej fuzji, czy raczej bawicie się stylami i nie próbujecie niczego na siłę zmiksować?

Nie próbujemy jakoś świadomie łączyć różnych stylistyk. Raczej jesteśmy pod wpływem dokonań różnych zespołów i różnych brzmień, które się nam podobają. Po prostu próbujemy pisać piosenki, tak by się nam podobały. Tak jak często powtarzam, jesteśmy zespołem punkowym, pochodzimy z takiego środowiska i ciągle się w nim obracamy i działamy. Dlatego te idee, takie zespoły oddziałują na nas w pierwszej kolejności…

Na pewno zgadzam się z Twoją wypowiedzią, że „Parasites” to przede wszystkim krok w stronę lat 90 – tych, nie ukrywam, moich ulubionych, jeśli chodzi o muzykę. Wspomniałeś o zespołach, które na Ciebie mają wpływ – możesz zdradzić, co to za wykonawcy?

W latach 90 – tych byłem nastolatkiem i wtedy odkrywałem dla siebie świat muzyki. To były brzmienia, które faktycznie zmieniły moje życie i pchnęły mnie do stworzenia własnych zespołów. Dlatego nie dziwię się, że nadal słychać te wpływy w tym, co tworzę. Na samym szczycie w mojej głowie nadal tkwią Archers of Loaf, Drive Like Jehu, Fugazi, Hoover, Jawbox, The Jesus Lizard, Kerosene 454 czy Monorchid (w zasadzie wszystkie zespoły Chrisa Thomsona…). Dorzucę jeszcze Nation of Ulusses, Pegboy, Regulator Watts, Seaweed, Superchunk Swiz i wiele innych…

W kilku miejscach mam nieodparte wrażenie, że słyszę głęboki ukłon w stronę gitarowych brzmień Fugazi…

Wielkie dzięki za taki komplement, bo Fugazi, jak już powiedziałem, zawsze będzie dla mnie żywy i wielki…

Najlepsze piosenki z płyty to „Give Up And Drive” i „Ghost of God”. To utwory, które nadal pięknie łączą przeszłość z przyszłością, choć może to brzmieć dziwnie. Są jednocześnie świadectwem waszej nieprzewidywalności…

Zawsze będziemy tworzyć utwory, które będą dla nas w pewnym sensie wyzwanie i choć w części czymś ponadczasowym, dlatego cieszę się, że te starsze utwory zachowują swoją świeżość nawet wiele lat po ich napisaniu. Ale też nigdy nie tworzymy muzyki na zasadzie wymyślania kierunku, w jakim chcemy podążać. „Give Up And Drive” nagraliśmy ponownie, bo nakład naszego pierwszego albumu dawno się wyczerpał. Ta piosenka w pewnym sensie była dla nas drogowskazem, co do dalszych poszukiwań. Cieszę się, że podoba ci się „Ghost of God”, to był ostatni utwór, jaki stworzyliśmy na ep-kę. Ma troszkę eksperymentalny charakter, jest melodyjny, w taki bezpośredni sposób, ma otwarte akordy. Myślę, że jest to dla nas coś świeżego…

Wiem, że teksty są dla Coliseum istotną kwestią, więc może kilka słów o tej stronie muzyki, szczególnie w odniesieniu do nowych kawałków?

Kawałki „One Last Night” i „Blood of Beasts” odnoszą się do tematu pasożytów – jest nimi ludzkość, która bezpardonowo wydziera ziemi jej zasoby naturalne nie dając nic w zamian. To bardzo istotna kwestia, by piętnować rabunkowy sposób zarządzania naszą planetą. Nawet jeśli jest to głos wołający na pustyni… Są tu też nieco żartobliwe teksty, tak jak w przypadku „Big Baby” czy „Gone With the Rope”. Choć nie ukrywam, że piszemy raczej poważne słowa na podstawie naszych osobistych doświadczeń.

Nowa płytka podoba mi się również ze względu na świetne, bardzo naturalne brzmienie – wiem, że nagrywaliście w dość legendarnym miejscu…

Piosenki nagraliśmy z J. Robbinsem w studiu Inner Ear.  To najlepsze miejsce do nagrywania, jakie kiedykolwiek stworzono. Pomijam klimat, choć on też jest ważny. Tam zawsze udaje uchwycić się naturalny dźwięk, bez potrzeby używania jakichś skomplikowanych technik. To jednocześnie miejsce wymagające, bo zamiast komputerowej obróbki oferuje zespołowi możliwość zmierzenia się z własną muzyką i umiejętnościami. Tu nie ma poprawiania „krzywej” gry za pomocą komputera. A to jednocześnie oznacza, że płyty tam nagrane są faktycznie świadectwem umiejętności i postawy zespołu. Kocham tych ludzi, z którymi mogę pracować – Robbinsa i Kevina Rattermana.

Na koniec kilka słów dla maniaków hardcore w Polsce. Kiedy znowu was zobaczymy?!

Byliśmy w Polsce raz, graliśmy w krakowskich Fortach Kleparz w marcu 2011 roku. To był zajebisty koncert i chcemy jak najszybciej do was wpaść ponownie, kiedy będziemy w Europie. Dzięki dla wszystkich ludzi w Polsce, którzy nas wspierają!

Rozmawiał Arek Lerch